sobota, 19 sierpnia 2017

CZY KSIĄŻKI DODAJĄ INTELIGENCJI?/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI+"ROZWAŻNA I ROMANTYCZNA" JANE AUSTEN

  Hej, hej, witam Was w kolejnym poście z serii "Świat według książkoholiczki"! Każdy pewnie pamięta ze szkoły takie pytanie od nauczyciela: "Co nam daje czytanie książek?", no i, tam się wymieniało, że większy zasób słownictwa, rozwija wyobraźnię i takie tam. Natomiast, nigdy się chyba nie spotkałam ze stwierdzeniem, że dodaje inteligencji, więc postanowiłam to rozgryźć na własną rękę. Jeszcze tylko dopowiem, że mówiąc "inteligencja" mam na myśli taką mądrość w życiu, a nie znanie jak największej liczby formułek z podręcznika.
  Zacznę od kwestii czysto wizualnej. Dla mnie człowiek czytający coś, cokolwiek, nawet gazetę wygląda bardzo inteligentnie. To działa mniej więcej na takiej samej zasadzie jak noszenie okularów.   Na pierwszy rzut oka człowiek z każdą powieścią w rękach wygląda mądrzej. Nieważne, czy to jest fantastyka, romans, czy nawet erotyk. Jeśli nie znamy czytanej przez tą osobę książki, ani okładka nie sugeruje nam o czym ona jest, to odruchowo myślimy: "Ale on musi być mądry...".
  Powiedziałabym, że to, czy lektura dodaje inteligencji już nie w sensie wizualnym zależy od tego, o czym ona jest. Na przykład, nie sądzę, żeby "50 twarzy Greya" miało w sobie jakąś intelektualną wartość, ale znam tą pozycję tylko z opowieści, więc poprawcie mnie, jeśli się mylę. Nie mówię teraz, że swoją mądrość można zwiększyć czytając tylko literaturę piękną, bo nawet taki przeciętny Kowalski, czyli ja i pewnie większość książkoholików, czyta głównie dla rozrywki.
  Uważam, że to, co można nazwać dodawaniem inteligencji przez książki jest poszerzanie punktu widzenia czytelnika. Poznajemy różne historie, z różnych perspektyw, co może sprawić, że nie widzimy świata w kolorach czarne-białe tylko wiemy, że zawsze są jakieś szarości( ale poetycko to powiedziałam :D Nie, no, żartuję).
  Czasami różne powieści wbijają nam do głów wiedzę, nawet jeśli my sami o tym nie wiemy. Ja raz brałam udział w olimpiadzie polonistycznej i przed wejściem na salę, gdzie miałam ją pisać okazało się, że była jakaś lista książek do przeczytania i z niektórych będą pytania. Ja wtedy szłam pierwszy raz, więc nie wiedziałam, że coś takiego będzie, a moja ukochana nauczycielka od polskiego mi nic o tym nie powiedziała. Na tej liście była między innymi mitologia, a ja byłam świeżo po ponownym przeczytaniu "Percy'ego Jacksona i bogów olimpijskich". I powiem Wam, że to mnie uratowało w wielu pytaniach.
  Uważam, że książki nie tyle dodają inteligencji, co pozwalają ją jakoś rozwijać i kształtować. Myślę, że jeśli ktoś z natury nie jest inteligentny to czytanie nic nie pomoże, ale ja się opieram tylko na swoich doświadczeniach, a to bardzo złożony temat, więc chętnie zobaczę, co Wy o tym sądzicie, piszcie w komentarzach.
  Teraz przejdę do drugiej części tego posta, a mianowicie, mini-recenzji "Rozważnej i romantycznej". Miałam w ogóle nic o niej nie pisać, bo mam bardzo mało o niej do powiedzenia, ale jednak coś mam, a poza tym, strasznie podoba mi się zdjęcie, które jej zrobiłam, więc żal by było go nie wykorzystać.
  Po Jane Austen spodziewałam się czegoś naprawdę super, bo "Dumę i uprzedzenie" kocham całym serduszkiem, a tutaj dostałam taką historię, która w sumie mogłaby się zdarzyć każdemu i w której nie ma nic wyjątkowego. Nie czułam takiego klimatu, nie przywiązałam się do postaci i jeszcze strasznie się wynudziłam i musiałam się praktycznie zmuszać do czytania. Nie polecam "Rozważnej i romantycznej" przeczytajcie zamiast tego "Dumę i uprzedzenie". To była bardzo mini recenzja :P

wtorek, 15 sierpnia 2017

PATELNIĄ GO!/"MOJA LADY JANE" CYTNTHI HAND, BRODI ASHTON I JODI MEADOWS

  Hej, hej, dziś zapraszam Was na recenzję powieści, która po prostu zawładnęła internetem. Pojawiła się właściwie znikąd, bo jej autorki nie są znane, tematyka jest też by się wydawało mało popularna, bo jest to komedia. Na czym polega fenomen "Mojej lady Jane"? Czytajcie  recenzję, a się przekonacie...
  Król Edward dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory, a niestety, ma szesnaście lat, więc nie ma potomka, który by go zastąpił. Decyduje, że tron po nim przejmie jego kuzynka Jane, a po niej jej dzieci. Pociechy nie pojawią się jednak, gdy nie będzie męża...W tym celu dziewczyna ma wziąć ślub z Giffordem(ale woli, żeby mu mówić "G"), który ma jednak jedną małą, zupełnie nieistotną cechę...Mianowicie, w dzień jest koniem, a w nocy człowiekiem. Małżonkowie, delikatnie mówiąc, nie lubią się, ale to jednak jest małe zmartwienie w porównaniu z tym, że będą musieli walczyć o tron Anglii.
  Zanim jeszcze przejdziemy do regularnej recenzji to powiem, że jest to alternatywna historia lady Jane Grey, która była królową przez 9 dni, a później została ścięta. Autorkom było jej szkoda, więc postanowiły napisać o tym, co by się stało gdyby jednak przeżyła.
  Słuchajcie, ta książka jest niesamowicie wciągająca, czyta się ją strona po stronie i w ogóle nie czuje się upływającego czasu. Bardzo dużo się tutaj dzieje, często mamy jakieś zwroty akcji i wbrew pozorom to wszystko trzyma w napięciu, czego kompletnie się nie spodziewałam.
  Myślałam bardziej, że będzie to taka prosta, komediowa historyjka, gdzie będzie opisane takie zwykłe życie królowej tylko, że z  mężem-koniem, a tutaj dostałam zdrady stanu, zamachy, dworskie intrygi. W ogóle prawie zawsze, gdy powieść ma związek z monarchią to nie wykorzystuje się tego potencjału, że można dodać jakieś spiski, a tutaj został on wykorzystany doskonale.
  Niestety, przez tą szybką, wartko płynącą fabułę wydaje mi się, że trochę ucierpiał humor w tej pozycji. Nie twierdzę, że go nie ma, absolutnie nie, po prostu spodziewałam się, że z jednego zabawnego momentu będziemy przechodzili od razu do kolejnego i tak w kółko.
  Poza tym, nie wybuchałam śmiechem, tylko bardziej tak parskałam od czasu do czasu, albo uśmiechałam się pod nosem. Ja żebym zaczęła się śmiać potrzebuję jakiegoś takiego ciągu śmiesznych akcji, a tu czegoś takiego nie było.
  Muszę oddać "Mojej lady Jane", że są tu bardzo wyraziste postacie, każda się czymś odznacza i właśnie się bałam przed przeczytaniem, że w tej całej komedii stracą one swoją osobowość, ale tak się na szczęście, nie stało.
  Jane jest pierwszą bohaterką, która jest lekkomyślna, ale ją lubię. Zazwyczaj ta cecha to było coś, co sprawiało, że dana persona była już u mnie skreślona. Natomiast nasza główna bohaterka postępuje czasami nierozsądnie nie dlatego, że jest głupia, ale dlatego, że albo chce kogoś chronić, albo pomóc. Ma bardzo rozsądne powody by być nierozsądną. Wiem, skomplikowane.
  Za to Edwarda to bym po prostu udusiła...Jego przemyślenia na temat kobiet sprawiały, że w środku mnie się gotowało. Uważał, że nie dają się one do rządzenia i takie tam. Później, co prawda odpokutował, a poza tym, takie były czasy, ale i tak mnie tym denerwował.
  Bardzo mi się podobało to, jak został przedstawiony konflikt: Nieskalani vs. Ewianie. Ewianie potrafili zmieniać się w zwierzęta, a Nieskalani nie. Bardzo często występuje w książkach fantastycznych spór między magicznymi, a nie magicznymi, ale tu został on przedstawiony całkowicie inaczej niż zwykle. Nie jest to jakaś wojna, tylko coś co mogę porównać do "bitwy" między prawicą, a lewicą.
  "Moja lady Jane" to powieść idealna na wakacje, bardzo szybka, lekka i przyjemna. Mimo  wszystko, trzyma w napięciu i na pewno nie będziecie się nudzić, więc polecam.
 
 

sobota, 12 sierpnia 2017

OKŁADKOVE LOVE#2

  Hej, hej, z racji tego, że jestem okładkową sroką jakiś czas temu rozpoczęłam nową serię dotyczącą wydań książek. Pierwszy post z tego cyklu był trochę inny niż ostateczna forma, ale od dziś wpisy tego typu będą miały stałą strukturę. Wybrałam 5 okładkowych pozycji, które albo bardzo mi się podobały, albo budzą we mnie odrazę. Zapraszam ;)
  Wiem, że bardzo często w podsumowaniach miesiąca w kategorii "Najbrzydsza okładka" wygrywa jakieś wydanie filmowe. To, że nie lubię okładek pochodzących od ekranizacji stało się prawie moją zasadą. Jednak tylko krowa nie zmienia poglądów. Wydanie filmowe "Zanim się pojawiłeś" strasznie mi się spodobało, ma w sobie to "coś", przyciąga wzrok, emanuje wręcz duchem tej powieści. Dodatkowo, w porównaniu z oryginalną polską okładką wychodzi zdecydowanie lepiej. Gdybym miała  to piękne wydanie zagraniczne to pewnie inaczej bym patrzyła na to filmowe, ale nie czepiajmy się szczegółów ;)
  Pozostaniemy jeszcze chwilę w temacie "Zanim się pojawiłeś", ale tym razem nie mówię o jednej pozycji, ale o serii. Niesamowicie irytuje mnie, gdy powieści z tego samego cyklu do siebie nie pasują, ale w tym przypadku to niedopasowanie wchodzi na wyższy level. Te książki nawet nie są tej samej wielkości! Jest zupełnie inna kolorystyka, styl okładki. Połączenie tych dwóch wydań jest tak złe jak skarpetki z sandałami! Rozumiem, że okładka pierwszej części jest od ekranizacji, a druga jest oryginalna, ale nawet gdybym do pierwszego tomu kupiła oryginalną to i tak by nie pasowała do drugiego!
  Teraz pokażę Wam kolejny przykład takiego niedopasowania tomów tej samej serii. W tym przypadku, co prawda jest to niewielki szczegół, ale dla tego cyklu akurat nie mam litości, więc ponarzekajmy. Widzicie, że wokół liter na grzbiecie pierwszego tomu jest taka niebieska poświata? Mam nadzieję, że tak. Otóż, na kontynuacjach już tego nie ma i ja się pytam: "Dlaczego?". Jak się mówi "a" to trzeba też powiedzieć "b". Aczkolwiek, to nie jest jedyna rzecz, która poszła nie tak w "Szklanym Tronie"...Więcej w recenzjach.
  Ja ogólnie nie przepadam za twarzami na okładkach. Tak, wiem, że przy "Zanim się pojawiłeś" jakoś mi to nie przeszkadzało. Może dlatego, że na tym zdjęciu jest Sam Claflin, nie wiem. Generalnie w przypadku "Mojej lady Jane" ta cała kolorystyka i styl mi nie odpowiada, bo kojarzy się z jakąś głupią młodzieżówką.
  I tak na dobre zakończenie tego posta wspomnę o wydaniu "Rozważnej i romantycznej". Należy ono do cyklu "Angielski ogród" i naprawdę kocham "Świat książki" za to, że tworzy te cudowne okładki. Nawet gdybym jakoś wzbraniała się przed czytaniem klasyków to i tak bym chciała kupić te powieści, bo wspaniale się prezentują, a gdybym je miała na swojej półce to czułabym, że powinnam je przeczytać.
  W dzisiejszym poście trochę więcej narzekałam na okładki niż je chwaliłam. Mam nadzieję, że w następnym poście będę mówić o samych pięknych wydaniach. Wyczekujcie cierpliwie...

czwartek, 10 sierpnia 2017

O CZŁOWIECZEŃSTWIE, ŚMIERCI I WOJNIE/"ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK" MARKUSA ZUSAKA

  Hej, hej, dzisiaj przychodzę do Was z recenzją bardzo znanej książki, o której ja usłyszałam jeszcze zanim tak bardziej się wciągnęłam w śledzenie książkowej blogosfery i booktube'a. Szczerze mówiąc, dodałam "Złodziejkę książek" na moją listę "Do przeczytania" nie dlatego, że byłam zainteresowana tą historią tylko dlatego, że wypada zapoznać się z tą pozycją. No, ale zobaczmy, co mi z tego wszystkiego wyszło.
  Trwa II wojna światowa. Dziewięcioletnia Liesel Meminger ma wraz ze swoim młodszy bratem zamieszkać u rodziny zastępczej. Na miejsce jednak dociera sama, bo mały Warner umiera w podróży. Na jego pogrzebie kradnie swoją pierwszą książkę, którą jest "Podręcznik grabarza". Ten "poradnik" jest dla niej niczym elementarz, to właśnie dzięki niej stawia pierwsze kroki w czytaniu i odkrywaniu magii słów.
  Zacznę od tego, czego się spodziewałam po tej powieści. Gdy dowiedziałam się, o czym ona jest, że Liesel kradnie te książki, które mają być spalone na stosie przez nazistów ze względu na to, że szerzyły poglądy niezgodne z polityką Hitlera to pomyślałam, że będzie tutaj bardzo dużo akcji. Przewidywałam, że nasza główna bohaterka przez to, że ratuje i czyta zakazane książki będzie uciekała przed żołnierzami, generalnie będzie miała bardzo poważne kłopoty. Tak nie jest. Ona zabiera te książki, raz zakazane, raz nie(w sumie to częściej niezakazane niż zakazane), nikt nic do niej z tego powodu nie ma i to mi się wydawało takie dziwne. Przez to ta cała historia jest bardziej spokojna niż przewidywałam i chyba wolałabym, żeby była bardziej trzymająca w napięciu.
  Tym, co sobie niezwykle cenię w "Złodziejce książek" jest narrator. Mianowicie jest nim Śmierć. To jest chyba najlepsza strona tej pozycji i to wznosi ją na zdecydowanie wyższy poziom niż gdyby historia była opowiadana z perspektywy kogoś innego. Sprawia to, że ta książka wyróżnia się wśród innych, które do tej pory czytałam.
  Ja w ogóle bardzo polubiłam Śmierć. Czasami dodawała ona jakieś wstawki czarnego humoru, co niestety zdarzało się dosyć rzadko, ale gdy już był taki moment to sprawiał, że może nie tyle się śmiałam, co lekko uśmiechałam, ale przecież nawet mały uśmiech jest na wagę złota.
  Natomiast to, co mi się nie podobało w naszym narratorze to, że spoilerowała, kto umrze. Starałam się wyprzeć te informacje z pamięci. I ja naprawdę tego nie rozumiem, czemu autor zdecydował się na taki zabieg. Nie widzę w tym sensu, bo przynajmniej w moim odczuciu nie dodaje to całości takiego dramatyzmu, co na przykład, w "Moulin Rouge!".
  Muszę oddać Markusowi Zusakowi to, że ma niezwykły styl pisania. Zwłaszcza to, jak porównywał dwie, wydawałoby się, kompletnie różne rzeczy było bardzo intrygujące. Skłaniało to do myślenia i takiej zadumy.
  Nie popadamy tu jednak w zbędne filozofowanie i to, że na każdej stronie trzeba dać co najmniej 5 "jakże głębokich" cytatów. Trzymamy się bezpiecznej granicy, gdzie czuć, że "Złodziejka książek" opowiada o takich kwestiach, jak człowieczeństwo, czy śmierć, ale nie robi tego w nachalny sposób.
  Doceniam w tej historii to, że nie osądza, nie zajmuje się polityką tylko po prostu opowiada o wojnie. Przedstawia ją jako piekło, w którym przede wszystkim cierpią cywile, nieważne, czy są po stronie "tego złego", czy "tego dobrego".
  Teraz się poprzyczepiam do takich małych szczególików, które jednak troszeczkę mi przeszkadzały podczas czytania. W tej powieści jest szalenie mało Hitlerjugend, czyli w takim dużym uproszczeniu organizacji młodzieżowej, która czci Hitlera. Bardzo mnie nurtowało podczas czytania jak ona działa, na czym to dokładnie polega i w ogóle, a niewiele nam o tym powiedziano.
  Ja dochodzę do wniosków, że Liesel ma chyba jakąś super moc, bo jej się udaje ukraść tylko dobre książki. Nie natrafiła na żadną złą powieść w trakcie całej tej historii. Jak to jest możliwe? Nie wiem, ale też bym tak chciała.
  Mimo, że większość "Złodziejki książek" nie porwała mnie tak bardzo, jak się tego po niej spodziewałam to zakończenie sprawiło, że płakałam i było mi bardzo smutno. Nie jest to ten typ powieści, który lubię najbardziej, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią, bo mimo tego, że nie jest to książka mrożąca krew w żyłach to na pewno jest bardzo wartościowa.

środa, 9 sierpnia 2017

IMIENINOWY BOOKHAUL!

  Hej, hej, jeszcze nigdy na moim blogu nie było bookhaulu, bo ja zawsze kupuję na raz 1-2 książki, więc robienie bookhauli nie miałoby sensu. Niedawno jednak miałam imieniny i w ramach prezentu mogłam sobie pozwolić na większą paczkę. Wszystko kupiłam na stronie taniaksiazka.pl, tam najczęściej kupuję, bo wydaje mi się, że mają bardzo dobre ceny tylko dostawa do domu jest trochę droga. Ale już bez dłuższych wstępów, zaczynajmy.
  Paczka przyszła do mnie jakoś dwa dni po tym, jak złożyłam zamówienie, więc bardzo szybko. No i, jak już do mnie dotarła to trzeba było ją rozbroić. W końcu po paru minutach udało mi się i moim oczom ukazały się piękne, cudowne książki...

  Pierwszą z nich jest "Simon oraz inni homo sapiens", którą zdążyłam już przeczytać i zrecenzować. Bardzo cieplutka powieść, idealna na lato. Dość długo zbierałam się, żeby ją przeczytać, bo zawsze było coś ważniejszego, ale teraz mam ją już za sobą i serdecznie polecam.
  Pamiętacie, jak kilka miesięcy temu po przeczytaniu "Dumy i uprzedzenia" obiecywałam, że zacznę czytać więcej Jane Austen? Było to na początku kwietnia, mamy sierpień...Ale lepiej późno niż wcale, a poza tym częściowo spełniłam to postanowienie, bo sięgałam trochę po klasyki. Teraz mam nadzieję, że Jane Austen powróci w wielkim stylu do mojego życia dzięki powieści..."Rozważna i romantyczna". Czytanie klasyków tym bardziej mi się opłaca, bo zdobią one moją półkę dzięki serii "Angielski ogród". Okładki z tego cyklu są naprawdę przepiękne.

  Następne są "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender". To też jest pozycja, którą długo czekała na to, że ja kupię. Słyszałam o niej wiele dobrego, praktycznie nie natrafiłam na żadną negatywną opinię, a nawet jeśli mi się ona nie spodoba to przynajmniej będzie ładnie wyglądać na regale. Te złote elementy są cudowne.
  Czas na książkę, o której w ostatnim czasie było bardzo głośno, a mówię tu o "Mojej lady Jane". Słyszałam, że jest bardzo zabawna, a ja bardzo sobie cenię jeśli w powieściach jest dużo humoru. Do tego, gdy słyszy się, że występuję tutaj postać, która w dzień jest człowiekiem, a w nocy koniem(lub na odwrót)...Słuchajcie, nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to brzmi co najmniej intrygująco. Poza tym, mamy tu brytyjską monarchię, co tam, że to nie jest historia oparta na faktach? Ja kocham brytyjską rodzinę królewską w każdym wydaniu.
  Niestety, moi Drodzy, dochodzimy już do ostatniej powieści, a jest nią pierwszy tom serii "Apollo i boskie próby", czyli "Ukryta Wyrocznia". Najbardziej znana seria Ricka Riordana, czyli "Percy Jackson i bogowie olimpijscy" bardzo mi się podobała, z tego co pamiętam to przeczytałam ją chyba nawet 2 razy, więc nazwisko autora na okładce dobrze wróżyło.Nasłuchałam się też zachwytów Anity z Book Reviews i stwierdziłam, że co mi szkodzi. Podobno "Apollo" gwarantuje naprawdę częste wybuchy śmiechu, a poza tym, bardzo lubiłam te momenty w "Percym", gdy pojawiał się Apollo wraz ze swoim słonecznym maserati i powalającym na kolana wszystkie kobiety uśmiechem.
  Wszystko, co dobre kiedyś się kończy...Więcej w tej paczce już nic nie było. Mam nadzieję, że bookhaul Wam się spodobał. Zachęcam do obserwowania bloga i polubienia fanpage'a :)

niedziela, 6 sierpnia 2017

GEJE BEZ STEREOTYPÓW/"SIMON ORAZ INNI HOMO SAPIENS"- BECKY ALBERTALLI

  Hej, witam Was z recenzją książki "Simon oraz inni homo sapiens". Od bardzo długiego czasu chciałam ją przeczytać, głównie ze względu na jej tematykę(dla niewtajemniczonych- geje i te sprawy). Bardzo lubię, gdy powieści poruszają budzący emocje aspekt, a ta konkretnie robi to w niezwykle lekki sposób.
  Szesnastoletni Simon jest gejem, ale jeszcze nikomu tego nie zdradził. Od pewnego czasu koresponduje on z chłopakiem o pseudonimie Blue. Oboje przy wymienianiu maili zachowują anonimowość. Przez przypadek znajomy głównego bohatera, Martin odczytuje te wiadomości i używa ich by go szantażować. W zamian za milczenie Martina Simon ma zeswatać go ze swoją przyjaciółką, Abby.
  Wiem, fabuła tej pozycji nie zapowiada, że będzie ona czymś imponującym. Ot, zwyczajne życie nastolatka, który całkowicie przy okazji jest homo. I właśnie w tym, że ta historia jest taka zwyczajna tkwi cała jej wyjątkowość. Obecnie jest duży trend na książki trzymające w napięciu, pełne zwrotów akcji lub dramatyczne. Autorka nie udaje, że "Simon oraz inni homo sapiens" jest tego typu powieścią, co sprawia, że stanowi ona bardzo miły odpoczynek od tego wszystkiego.
  Ogólnie, relacja z Simonem jako postacią jest też taka przyjemna. Ta cała powieść jest bardzo przyjemna, jeśli mam być konkretna. Żywiłam do głównego bohatera takie uczucia, jakimi darzy się dobrego przyjaciela. Uśmiechamy się, gdy coś mu się uda, gdy jest w jakiejś krępującej sytuacji to mamy ochotę zapaść się razem z nim z zażenowania. To moje podejście do niego sprawiało też, że czasami w jakiś zabawnych momentach dostawałam głupawki i nie mogłam opanować śmiechu.
  Reszta postaci jest dość prosto rozpisana, nawet Simon nie ma jakiegoś rozbudowanego portretu psychologicznego. Wszyscy mają jakieś podstawowe, charakteryzujące ich cechy, ale nic więcej. Mogę jednak to wybaczyć, bo "Simon" jest dość krótką książką, ma chyba tylko 300 stron, więc trudno na takiej objętości wykreować jakiś super skomplikowanych, wielowymiarowych bohaterów.
   Becky Albertalli jednak dała radę stworzyć aż dwie postacie, które mnie denerwują. Jest to dość spore osiągnięcie, nagrodźmy ją brawami. Dziewczyny w tej powieści...One mnie załamują. Lea we wszystkich rozdziałach działała mi na nerwy, bo robi z siebie taką ofiarę losu zamiast wziąć się w garść. Abby z kolei była spoko, ale później jej nagle coś odwaliło pod koniec i się obraziła z jakiegoś bezsensownego powodu. Ja już nawet nie pamiętam, dlaczego tak się stało, bo to było tak absurdalne.
  Nie myślcie sobie jednak, że to jest taka błaha historyjka z dziewczynami strojącymi fochy i nic nie da się z niej wynieść. Na przykład, ja zawsze uważałam, że w Ameryce osoby homo nie są traktowane jako coś dziwnego, po prostu są i nikt nic do tego nie ma. Dla mnie w ogóle była to taka kraina tolerancji, a okazało się, że tak pięknie to tam jednak nie jest. Owszem, jest pewien progres w porównaniu z Polską, ale nie jest to jednak traktowane jako coś  całkiem zwyczajnego.
  Autorka trafnie zauważa i opisuje to w tej pozycji, że ludzie mają coś takiego jak wyjściowy typ człowieka. Chodzi o to, że widząc pierwszą lepszą osobę myślimy podświadomie, że jest hetero albo, że kobieta, o której ktoś opowiada, a my jej nigdy nie widzieliśmy jest biała. To jest bardzo interesujące zjawisko i nawet Paweł Opydo nagrał o tym film, do którego link daję tutaj.
  Dużym plusem tutaj jest to, że nie ma tu stereotypów na temat gejów. Simon jest zwykłym chłopakiem, ubiera się po męsku nie zachowuje się tak, że równie dobrze mógłby mieć napisane na czole: "Jestem gejem".
  Jeszcze ostatnie, co powiem to, że "Simon" ucierpiał przez tłumacza, który chyba ma z 70 lat i nie wie, jakim językiem posługują się nastolatkowie. Najczęściej raziło to w mailach, gdzie nawet raz zostało użyte wyrażenie: "dziedziczyć po kądzieli". Jestem pewna, że każdy by to zmienił na: "dziedziczyć po mamie".
  "Simon oraz inni homo sapiens" to bardzo przyjemna, lekka lektura, idealna na kaca książkowego, wakacje i inne takie luźniejsze klimaty. Można też niej dużo wynieść i ja serdecznie ją polecam.
 
 

sobota, 5 sierpnia 2017

PODSUMOWANIE LIPCA/2017

  Hej, hej, witam Was w tym trochę przykrym dla mnie podsumowaniu. Minęła niestety, już połowa wakacji, łączmy się w bólu...
Liczba przeczytanych stron: 3124
Przeczytane książki: 6
1. "Kiedy odszedłeś"- Jojo Moyes
Link do recenzji
2. "Folwark zwierzęcy"- George Orwell
Seria "Szklany Tron"- Sarah J. Maas:
3. "Szklany tron"
Link do recenzji
4. "Korona w mroku"
Link do recenzji
5. "Dziedzictwo ognia"
Link do recenzji
6. "Królowa cieni"
Link do recenzji
  Wow, w ogóle się nie spodziewałam, że przeczytałam w lipcu aż tyle stron. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy nie wkradł się jakiś błąd w obliczeniach, ale zawsze liczę to na kalkulatorze, więc raczej nie. Nie wiem, ale jestem naprawdę zdziwiona. Jest też ciemna strona medalu, bo więcej nie znaczy lepiej i nie przeczytałam w tym miesiącu ani jednej super dobrej książki.
Najlepsza książka miesiąca:
"Kiedy odszedłeś"- Jojo Moyes
  Być może pamiętacie, że w recenzji nie wypowiadałam się jakoś bardzo pozytywnie o tej powieści, ale w porównaniu z innym, które przeczytałam w lipcu to ta naprawdę wypada najlepiej. Wzbudziła we mnie najwięcej emocji, nawet się popłakałam, a ja lubię sobie popłakać przy lekturze, więc jest ok.
Najgorsza książka miesiąca:
"Szklany tron"- Sarah J. Maas
  Przyznaję, że to nie jest najgorsza powieść, którą przeczytałam w tym miesiącu, bo były gorsze. Po prostu czuję się oszukana przez tą książkę, ponieważ dała mi ona nadzieję. Po jej przeczytaniu myślałam, że cykl "Szklany Tron" ma potencjał i że będzie świetny. Tak bardzo się myliłam...
Muszę Was z wielkim żalem poinformować, że w tym podsumowaniu nie będzie kategorii "Najlepsza postać miesiąca", bo nie chcę znów dawać tego tytułu Lou, a tym bardziej nikomu ze "Szklanego Tronu".
Najgorsza postać miesiąca:
Chaol z serii "Szklany Tron"
  Mogłabym wybrać tutaj wiele postaci z tego cyklu, ale postawiłam na Chaola. Nie dość, że przez większość tej serii jest jakiś taki niemrawy, taki mało wyrazisty to, gdy w końcu zaczyna mieć jakąś osobowość to okazuje się, że jest on niezwykle denerwujący, głównie przez swoje poglądy i to, że zawsze uważa, że to on ma rację.
Najładniejsza okładka miesiąca:
  Nawet najładniejsza okładka lipca nie jest jakaś piękna. To były naprawdę pechowe 30 dni...
Najbrzydsza okładka miesiąca:
  Nie mam tu nic do powiedzenia...
  Słuchajcie, jeszcze mi się nie zdarzył tak zły miesiąc, jeśli chodzi o jakość przeczytanych historii. Trzymajcie kciuki, żeby w sierpniu było lepiej ;)

czwartek, 3 sierpnia 2017

"KRÓLOWA CIENI" SARAH J. MAAS, CZYLI O POŚLADKACH ROWANA?

  Hej, hej, witam Was w tym(przynajmniej u mnie) upalnym dniu. Gdy temperatura przekracza 30 stopni i nie jestem na wakacjach przez co nie mogę wskoczyć do wody to czuję się jak roztapiające się masło i to wcale nie jest przyjemne uczucie. Najgorzej jest jednak, gdy takiemu cierpieniu towarzyszy jeszcze czytanie złej książki, a taka właśnie dla mnie jest "Królowa cieni". Myślałam, że po "Dziedzictwie ognia" polubię "Szklany Tron", ale definitywnie się myliłam...
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY POPRZEDNICH TOMÓW
  Celaena, obecnie nazywana Aelin powraca jako królowa Terrasenu z Wendlyn do Adarlanu, który jest teraz opanowany przez demony, Valgów. Jednocześnie intensywnie działa ruch oporu przeciw królowi, prowadzony przez Chaola. Aelin stawia sobie jako najważniejsze zadanie uwolnienie swojego kuzyna, Aediona ze szklanego zamku, a później połączenie z nim sił w walce o wolność swojej ojczyzny.
  Dla mnie ta powieść jest nudna jak flaki z olejem. Tu nawet nie chodzi o fabułę, bo ma miejsce tutaj wiele wydarzeń, które mogłyby mrozić mi krew w żyłach, trzymać w napięciu, czy w jakikolwiek inny sposób na mnie oddziaływać. I chyba odkryłam w czym jest problem.
  Ja po prostu nie lubię tych postaci. Może inaczej, źle to ujęłam. Są mi obojętne. Nie ma ani jednego bohatera, którego losem bym się przejęła. Wszyscy nic w sobie nie mają. Znacie pewnie takie postacie z jajem, z charyzmą... Tu takich nie znajdziecie, ale życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach.
  To, co mnie zdziwiło w tej pozycji to, że Aelin ma kuzyna, którego nie widziała od 10 lat, ostatni raz, gdy się z nim spotkała oboje byli dziećmi. Nie wie dokładnie na jakiego człowieka wyrósł, czy ona będzie go w ogóle lubić, ale postanawia dla niego zrobić ogromną akcję ratunkową, której towarzyszy spore ryzyko złapania. I nie wierzę, że to ze względu na więzy krwi, czy coś a tym stylu, bo w moim odczuciu nie jest to dziewczyna, która zwraca uwagę na sentymenty.
  Jeśli czytaliście recenzję "Dziedzictwa ognia" to pewnie wiecie, że shipowałam naszą główną bohaterkę i Rowana. Myślałam, że ta relacja będzie taka wyjątkowa, że oni tak do siebie pasują, że to będzie bardzo dojrzały związek. Tymczasem oni w większości rozdziałów zachowują się jak dwójka zakochanych w sobie gimnazjalistów. Ona ciągle się rumieni, on nie powie jej tego, co czuje wprost. Czułam się jakbym czytała o pierwszej miłości w jakiejś romantycznej młodzieżówce, a nie o uczuciu łączącym królową Terrasenu i wojownika, który ma 400 lat.
  Poza tym, niesamowicie irytują mnie bohaterki, które ciągle rozpływają się nad wyglądem swoich partnerów, bądź ogólnie mężczyzn. Z "Królowej cieni" najbardziej zapamiętałam to jak Aelin mówiła do siebie w myślach, że ręcznik pięknie podkreśla pośladki Rowana. Naprawdę, to była informacja, bez której nie mogłabym się obejść w swoim życiu, dziękuję, że pani Maas mi to uświadomiła.
  Nie chodzi tu o to, że mi przeszkadza, gdy postacie czują wobec siebie pociąg fizyczny, ale gdy czytam o takich spostrzeżeniach bohaterek to po prostu widzę je jako takie dziewczyny w klubie, które siedzą na kanapie, czy przy barze, sączą drinki i po kolei się za wszystkimi oglądają.
  Ja rzadko wykrywam błędy logiczne w książkach, ale tutaj zdarzyło się, że taki znalazłam i bardzo mi on przeszkadzał podczas czytania. Mianowicie chodzi mi o to, że Rowan oberwał strzałą...W ramię. No i ja sobie myślę: Ok, będzie żył, a nawet jak nie to "who cares"? Narrator jednak powiadamia nas, że jeśli byłby ustawiony choćby o centymetr inaczej to oberwałby w serce. Serce jest mniej więcej na środku klatki piersiowej, więc jeśli dostał w ramię to odległości od serca była mimo wszystko dosyć spora. A i jeszcze dowiadujemy się, że kuleje. Tak, dostał w ramię i kuleje. Jeśli ktoś wie, czemu tak się stało to niech napisze w komentarzu, chętnie się dowiem.
  Czytając "Królową cieni" uświadomiłam sobie, że ten główny zły, czyli król Adarlanu też nie jest za dobrze wykreowany. Mogę o nim tylko powiedzieć tyle, że jest okrutny, żądny władzy i jeszcze może się złowrogo zaśmiać, żeby dodać sobie grozy. Nie odróżnia się niczym wśród innych czarnych charakterów, o których do tej pory czytałam.
  Podsumowując, nie zamierzam póki co czytać ostatniego tomu. Czwarta część skutecznie mnie od tego pomysłu odciągnęła. Jeszcze jak popatrzę na ilość stron to tym bardziej nie chcę się w tą historię dalej zagłębiać. Znając ostatnie tomy tego typu serii to pewnie będzie jakaś wojna, później ostateczna bitwa, w międzyczasie może ktoś zginie, ale mnie to i tak nie ruszy i koniec końców wygrają i będą żyć długo i szczęśliwie. Umieściłam cykl "Szklany Tron" na najniższej półce mojego regału, Półce Hańby i nie wiem, czy ostatecznie nie wyniosę go na strych, bo szkoda mi na niego miejsca.
 
 

niedziela, 30 lipca 2017

BOOKi W PODRÓŻY#2

  Hej, ci z Was, którzy są ze mną dłużej na tym blogu może pamiętają post o moim zimowym wyjeździe, gdzie wstawiłam zdjęcia z tej właśnie podróży. Bardzo mi się spodobała taka forma, komentarze też były bardzo pozytywne, więc pomyślałam, że powtórzę ją, ale tym razem w lecie. Ten wyjazd był świetny, co prawda narobił mi trochę zaległości książkowo-serialowych, ale na wakacje wyjeżdża się raz w roku, więc nie mogę narzekać. Dobra, ale już bez zbędnego gadania, zapraszam do oglądania zdjęć ;)

Czytanie w przestworzach ;)

Przepraszam, ale małpy będą gwiazdami tego posta, bo się w nich zakochałam i robiły takie genialne miny, że nie mogłam się zdecydować na jedno zdjęcie :D

Pseudo-artystyczne zdjęcie :P


Zjadłabym pomarańczę...



















Gdy ktoś przyłapie mnie na nocnym podjadaniu :D
                                                                              
              

I na dobre zakończenie posta, małpa, która gryzie swoją rękę :D
Do następnego razu ;)

poniedziałek, 24 lipca 2017

WIEDŹMY RZĄDZĄ!/"DZIEDZICTWO OGNIA" SARAH J. MAAS

  Hej, hej, mam dla Was taką recenzję z lekkim poślizgiem, bo jestem na wyjeździe i były problemy z internetem, ale mam  nadzieję, że już się one nie powtórzą. Dobra, ale już bez zbędnych tłumaczeń, bo od trzeciego tomu "Szklanego Tronu" oczekiwałam dużo, więc zobaczcie, czy sprostał on moim wymaganiom.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH CZĘŚCI
  Celaena dostała rozkaz od króla Adarlanu aby zabić rodzinę królewską Wendlyn. Widząc jednak, jak bardzo naród jest szczęśliwy mając ich jako władców postanawia nie wykonać tego zadania. W międzyczasie zostaje zabrana przez tajemniczego wojownika Fae do swojej ciotki. Dowiadujemy się, że dziewczyna jest zaginioną dziedziczką tronu Terrasenu. Teraz ma rozwijać swoje magiczne zdolności pod okiem nieprzeniknionego Rowana.
Pierwszym, co przykuło moją uwagę w tej powieści było to, że rozdziały pisane są z trzech różnych miejsc. Jeden opisuje to, co się dzieje z Celaeną, kolejny to, co ma miejsce w adarlańskim pałacu, a jeszcze kolejny mówi o treningach wiedźm. Wydaje mi się, że właśnie to sprawiło, że ta część podoba mi się bardziej niż poprzednie. Taki zabieg pozwala tak odpocząć od poszczególnych postaci na parę stron i sprawia, że fabuła jest bardziej urozmaicona.
  Muszę przyznać, że jestem zafascynowana wiedźmami, ich kulturą i zwyczajami. Dla mnie są one bardziej interesujące niż Fae i chciałabym, żeby Celaena była jedną z nich.
  W tych rozdziałach, gdzie najbardziej skupiamy się na czarownicach przeszkadzało mi jednak trochę to, że większość z nich jest do siebie bardzo podobna charakterem i to sprawiało, że się tak zlewały ze sobą.
  Moim zdaniem, Rowan, czyli trener Celaeny jest dla niej po prostu stworzony. Tworzyliby oni idealną parę. Byłby to co prawda taki bardzo surowy związek, gdzie nie byłoby zbędnej słodyczy i przytulasów. Ta dwójka odpowiada mi też jako para przyjaciół, ale wolałabym, żeby łączyły ich relację romantyczne.
  Jeszcze skoro jesteśmy w temacie to wspomnę o jeszcze jednym związku, który bardzo mi się podoba. Mówię to o Dorianie i pewnej osobie, ale nie zdradzę dokładnie o kogo chodzi. Ta relacja jest z kolei bardzo urocza i romantyczna, ale zarazem ogromnie dojrzała.
  Powiem Wam teraz o rzeczach, które nie powinny mi pasować w "Dziedzictwie ognia", ale jakoś, dziwnym trafem, przypadły mi do gustu. Pierwszą z nich jest to, że Celaena zbawi świat i, że tylko ona może to zrobić. Druga to to, że raczej rzadko się zdarza, żeby zaginione księżniczki odnajdywały się po latach i jeszcze w międzyczasie stają się najlepszymi zabójczyniami w kraju. Tutaj się tak dzieje, ale jakoś odpowiada mi ten cały motyw odnalezienia poszukiwanej od długiego czasu dziedziczki tronu.
  Niezwykle mocno jest w tym tomie podkreślona przemiana duchowa Celaeny w Aelin(to właśnie jest jej prawdziwe imię). Jest to bardzo dobrze rozpisane na przestrzeni całej książki i wychodzi to tak bardzo naturalnie. Dla mnie jest to zdecydowanie zmiana na lepsze.
  W tej części dowiadujemy się wielu rzeczach, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. W połączeniu z tym, co wiedzieliśmy z wcześniejszych części to tworzy nam to taki lekki "misz masz". Pewnie te wszystkie elementy będą się łączyły w późniejszych częściach, co sprawi, że ta seria będzie miała więcej wątków.
  Zakończenie "Dziedzictwa ognia" było naprawdę wstrząsające i zaskakujące. Nie spodziewałam się po autorce niektórych zagrań i myślę, że są one genialnym wstępem dla kolejnych tomów.
  Podsumowując, jak na razie trzeci tom "Szklanego tronu" jest moim ulubionym. Mam nadzieję, że dobra passa będzie trwała jeszcze dłużej, aż do końca tego cyklu.

poniedziałek, 17 lipca 2017

CELAENA-DOBRY ZIOMEK/"KORONA W MROKU" SARAH J. MAAS

  Hej, jeśli czytaliście moją recenzję "Szklanego tronu" to pewnie wiecie, że ta powieść nie zachwyciła mnie tak jak się tego spodziewałam po tych wszystkich pochwałach, które otrzymała. Zakupiłam jednak kolejne tomy, bo wyczułam w pierwszej części pewien potencjał i chciałam zobaczyć, jak to wszystko się rozwinie. Czy drugi tom przekonał mnie do tej serii? Czytajcie dalej ;)
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE "SZKLANEGO TRONU"
  Celaena po tym jak otrzymała tytuł Królewskiej Obrończyni prowadzi w miarę spokojne i dostatnie życie. Za mordowanie wrogów władcy Adarlanu dostaje sowitą zapłatę, lecz król nie jest świadomy tego, że ona wcale nie zabija tych osób. Zabójczyni pozwala im uciec i pozoruje ich śmierć. Pewnego dnia otrzymuje nakaz wyeliminowania swojego starego znajomego z Twierdzy Zabójców, Archera Finn'a, który obecnie pracuje jako pan do towarzystwa. Jest on posądzony o tworzenie ruchu oporu, a Celaena musi się dowiedzieć, czy jest to prawda.
  Ta książka to taka cisza przed burzą. Do 3/4 jest jak film "Kosogłos. Część 1.", czyli nie dzieje się nic. To znaczy niby tam są jakieś tajemnicze sprawy, odkrywanie zadziwiających faktów o niektórych bohaterach, ale nie ma niczego takiego konkretnego, żeby akcja tak ruszyła żwawiej do przodu i powoduje to, że czytanie tego się trochę dłuży.
  Zapytacie pewnie teraz: "To co się dzieje po tych 3/4, że przestaje być tak niemrawo?", a ja Wam odpowiem. Ma miejsce pewne "Dramatyczne Wydarzenie", nie powiem, co konkretnie, żeby nie spoilerować. 
  Ma ono ogromny wpływ na główną bohaterkę, zmienia przez nie swoje stanowisko w pewnych sprawach, motywuje ją do pewnych czynów, których wcześniej nie zamierzała zrobić. Ogólnie, Celaena ma konkretnego doła i czytelnik też powinien takiego doła mieć, a ja nie miałam. Moim zdaniem, jest to spowodowane tym, że nie czuję jeszcze takiej więzi z postaciami i, że to "Dramatyczne Wydarzenie" miało miejsce za wcześnie by na mnie w jakiś silniejszy sposób oddziałało.
  Poza tym, dla mnie są autorzy, którzy potrafią sprawić by dramat wybrzmiał, a niektórzy nie. Dla mnie Sarah J. Maas zalicza się do tej drugiej grupy. Dla przykładu, w dwóch powieściach zupełnie innych pisarzy ma miejsce to samo smutne wydarzenie, powiedzmy, przyjaciel głównego bohatera zapada w śpiączkę i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się wybudzi i jeden autor opisze to tak, że zamieniamy się w fontannę, a drugi tak, że przyjmiemy to z chłodną obojętnością. To właśnie to drugie uczucie towarzyszyło mi, gdy czytałam o "Dramatycznym Wydarzeniu".
  Po przeczytaniu "Korony w mroku" nie mam pojęcie, co myśleć o Celaenie i z jednej strony to dobrze, bo to znaczy, że jest wielowymiarową postacią i ma wiele twarzy, ale z drugiej strony niesamowicie mnie to irytuje.
  Bardzo mi się podoba, gdy zamienia się ona w taką bezwzględną maszynę do zabijania, bo czytanie o tym jest niezwykle fascynujące i chyba jeszcze się nie spotkałam z bohaterką, która by od czasu do czasu wpadała w taki stan, więc jest to bardzo oryginalny zabieg.
  Później się jednak okazuje, że Zabójczyni ma być niczym Superman i ocalić świat i pomyślcie, gdybyście byli duchem królowej Adarlanu jak Elena i raczej jesteście mądrym duchem i zastanawiacie się: "Kogo by tu wyznaczyć do zbawiania świata?". To czy spotykając dziewczynę, która przez bardzo długi okres zabijała za pieniądze to byście pomyśleli: "O, to na pewno będzie dobry ziomek, ona idealnie się nadaje do tego zadania"? No chyba jednak nie. I ja wiem, że na końcu to się niby wszystko wyjaśnia, ale i tak to mnie nie przekonuje, że Celaena jest perfekcyjną osobą do wypełnienia tej misji. W sumie to z kolei pokazuje, że nawet nie będąc kimś wybitnym można dokonać wielkich czynów, a to jest dobre przesłanie...No i widzicie, nie umiem się jednoznacznie wypowiedzieć, musicie sami wyrobić sobie zdanie.
  Cenię sobie w tej powieści to, że jest trójkąt miłosny, ale on nie jest napisany tak jak w większości tego typu pozycji. Mianowicie chodzi mi o to, że Celaena ma swoje uczucia w miarę konkretnie sprecyzowane, wie, co czuje i czego chce i nie waha się między dwoma chłopakami.
  Jak już jesteśmy w takich romantycznych klimatach to powiem Wam, że w "Koronie w mroku" ma miejsce związek. I nie wiem, jak go odbierały inne osoby, które przeczytały tę książkę, ale dla mnie ta relacja w większości była oparta na seksie. Nie wiem, może ja oczekuję zbyt wiele takiego romantyzmu, ale naprawdę miałam wrażenie jakby po każdym spotkaniu ta para lądowała w łóżku.
  Słowem podsumowania, ta pozycja mi się średnio podobała, porównałabym ją z "Miastem popiołów", bo ta powieść też niezbyt wpisała się w mój gust, ale miała zaskakujące zakończenie, tak samo jak "Korona w mroku", i każde kolejne tomy już były genialne. Wierzę, że "Dziedzictwo ognia" w końcu da mi to, czego oczekiwałam po serii "Szklany Tron", bo zaczęłam i na razie zapowiada się bardzo dobrze.
  

sobota, 15 lipca 2017

KSIĄŻKOWA SZTUKA TAG

  Hej, hej tutaj BOOKi! Dawno już nie robiłam jakiegoś tagu, a ostatnio zaczęłam nową serię na blogu o okładkach, więc żeby to uczcić zapraszam na tag związany właśnie z ich tematyką.

1. Najładniejsza okładka pojedynczej książki
  Jeśli widzieliście już pierwszy post z serii "Okładkove love" to pewnie spodziewaliście się tu tej okładki. Dla mnie jest ona po prostu dziełem sztuki, te złocenia są przepiękne, cudownie mienią się w słońcu, a do tego jeszcze ta książka w dotyku jest jak aksamit.
2. Najbrzydsza okładka pojedynczej książki
  Nie biorę w tym tagu pod uwagę okładek filmowych, więc kandydat do tego punktu może być tylko jeden. Widocznie dobrze chronię moją półkę przed "wydaniowymi" potworkami. Ta okładka nie jest jakaś okropna, ale taka bez pomysłu. Jeszcze nie byłoby tak źle gdyby nie ta wstawka o czcionce. Dramat...
3. Najładniejsze okładki serii
  Zdecydowanym zwycięzcą jest tutaj seria "Selekcja", która jest wydana po prostu prześlicznie. Jestem absolutnie zakochana w tych bajkowych okładkach.
4. Najbrzydsze okładki serii
  Posłużę się tutaj angielskimi okładkami, które jednak wyglądają prawie identycznie jak polskie. To mnie naprawdę boli, że jedna z moich ulubionych serii jest tak strasznie wydana. Jeszcze ta wersja to pół biedy w porównaniu z wcześniejszym wydaniem "Darów Anioła", ale i tak to jest straszne.
5. Okładka zapadająca w pamięć
  To jest okładka, która bardzo przyciąga wzrok i wydaje się podczas czytania, że ta dziewczynka ciągle się w ciebie wpatruje, co jest naprawdę przerażające. To uczucie będzie Was prześladować nawet długo po odłożeniu książki na półkę.
6. Okładka niepasująca do treści
  Bardzo lubię tą okładkę, która jest niezwykle przyjemna dla oka, nie mogę jednak zaprzeczyć, że częściowa powodowała u mnie uczucie, że "Dziewczyna, którą kochałeś" to będzie kolejne banalne romansidło. Całkowicie nie oddaje ona klimatu tej powieści.
7. Strony białe, czy żółte?
  Żółte i tylko żółte, nie lubię śnieżnobiałych stron.
8. Strony cienkie, czy grube?
  Coś pomiędzy, ale gdybym już miała popadać w skrajności to wolałabym grube, bo cienkie bardzo łatwo się drą.
9. Okładka miękka, czy twarda?
  No, proszę Was...Oczywiście, że twarda. Wybieram ją zarówno pod względem wizualnym jak i praktycznym.
10. Ulubione wydawnictwo pod względem wyglądu książek?
  Moje książki z  ulubionymi okładkami są z różnych wydawnictw, ale wydaje mi się, że wydawnictwo Otwarte nigdy sobie nie pozwala na wydanie książki z brzydką okładką.
  Dzięki za przeczytanie i do następnego razu ;)

poniedziałek, 10 lipca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "SZKLANY TRON" SARAH J. MAAS

  Hej, dziś mam dla Was recenzję książki, której planowałam nie czytać, ale ze wszystkich stron słyszałam głosy: "Przeczytaj Szklany tron", "Szklany tron jest super!", "Jak to jeszcze nie czytałaś Szklanego tronu?".  Przez jakiś czas się im opierałam, ale później stwierdziłam, że przecież, co mi szkodzi spróbować. Czy wyszłam zwycięsko na tej decyzji?
  Celaena jest najlepszą zabójczynią w całej Erilei jednak podczas jednej z akcji została złapana. Skazano ją na dożywotnią pracę w kopalni soli Endovier, gdzie większość osób nie wytrzymuje nawet roku. Gdy dostaje od księcia Doriana propozycję nie do odrzucenia od razu się zgadza. Miałaby ona wziąć udział w turnieju na królewskiego obrońcę, wygrać, a po czterech latach wiernej służby odzyskać wolność. Podczas jej pobytu w pałacu kolejni uczestnicy zawodów zostają bestialsko zamordowani i właśnie ona musi znaleźć winowajcę.
  Ta powieść sprawia, że czytelnik zaczyna mieć w sobie coś z tasiemca. Chce ciągle więcej i więcej i wcale nie czuje się nasycony po przeczytaniu nawet 100 stron. Przez te historię po prostu się płynie, znów bardzo często zapominałam patrzeć na numery stron, a to nie zdarza mi się często.
  Fabuła jest interesująca i wciągająca jednak jakoś bardzo nie trzyma w napięciu, a raczej taki był zamysł autorki. Ja po tych wszystkich "ohach" i "ahach" oczekiwałam większej porcji emocji i takiego jakiegoś poruszenia mnie w pewien sposób.
  Główna bohaterka naprawdę mi się spodobała, a to rzadko się zdarza w młodzieżówkach. Może jest trochę taka zbyt idealna, ale nie stanowiło to dla mnie jakiegoś problemu jednak liczę, że w kolejnych tomach zostanie ona zaprezentowana bardziej od takiej gorszej strony.
  Szczerze mówiąc, teraz tak myślę, że bardzo sporadycznie się zdarza, żeby postacie pierwszoplanowe w książkach dla młodzieży, zwłaszcza, jeśli to są bohaterowie typu: "To on ma zbawić cały świat!", mają jakieś normalne, ludzkie zainteresowania. Mam wrażenie, że Celaena zaczyna już być trochę programowana przez Sarah J. Maas na zbawienie świata, ale za to ma hobby. Czułam z nią przez to pewną nić porozumienia, bo ona kocha czytać i gra na pianinie, a ja też uwielbiam robić obie te rzeczy, więc jest taką moją książkową BFF :D
  Moją ulubioną postacią z tej pozycji chyba był Dorian. Ja mam najwyraźniej jakąś słabość do książąt w powieściach. On jest trochę jak Jace z "Darów Anioła" tylko, że Jace częściej żartuje i jest zabawniejszy, ale Dorian też ma takie sarkastyczne poczucie humoru, które bardzo lubię. Ja zwyczajnie wierzę w tego bohatera, jestem przekonana, że w prawdziwym życiu mogłabym spotkać osobę o identycznym zespole cech. Nasz książę jest po prostu bardzo realistyczny.
  Po przeczytaniu pierwszej części wydaje mi się, że Sarah J. Maas nie jest stworzona do pisania o miłości i zakochanych ludziach. Dla mnie wątek miłosny jest taki trochę bez wyrazu, nie ma takiej iskry i "tego czegoś". Nie czuć tej chemii między bohaterami.
Poza tym, gdy w "Szklanym tronie" ktoś się zakochiwał to automatycznie tracił zdolność logicznego myślenia. Bohaterowie zachowywali się wtedy jakby byli nastolatkami, a nie pełnoletnimi osobami. Jakiekolwiek opanowanie odchodziło w siną dal...
MINI SPOILER
  Chciałabym dodać jeszcze...Czujecie to co ja? Ten taki mdły, słodki zapach? Tak pachnie trójkąt miłosny i o ile tutaj jako takiego nie było to wydaje mi się, że w następnych tomach aspekt romantyczny będzie szedł w tym kierunku, ale mam nadzieję, że mój książkowy nos się myli, bo ile można wałkować ten sam temat?
KONIEC MINI SPOILERA
  Podsumowując, widzę potencjał w "Szklanym tronie" jednak czuję się nieco zawiedziona. Zamierzam przeczytać kolejne tomy, bo chcę zobaczyć, czy autorka rozwinęła świat, bohaterów itd. Jako początek serii ta powieść jest dobra, ale gdyby to była historia jednotomowa to byłoby trochę gorzej. Z niecierpliwością czekam aż w środę przyjdzie do mnie kontynuacja, bo na razie niestety, nie mam co czytać :(

sobota, 8 lipca 2017

KSIĄŻKI SĄ JAK ALKOHOL/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI

  Hej, hej, pewnie się zastanawiacie, co znaczy ten zagadkowy tytuł, o czym będzie dzisiejszy wpis. Książki są jak alkohol, ponieważ obie te rzeczy potrafią uzależnić i obie te rzeczy powodują kaca. I właśnie na tym drugim aspekcie się dzisiaj skupimy.
  Zacznę od tego, że ja postrzegam kaca książkowego trochę inaczej niż większość. U mnie to się nie objawia tym, że nie mogę zacząć nowej książki, bo jeszcze żyję w świecie tej poprzedniej, ale takim uczuciem melancholii, smutku i tym, że w mojej głowie non stop rozbrzmiewa pytanie: "Co mam teraz zrobić ze swoim życiem?". Ostatnio przechodziłam też kaca serialowego i on bardziej pasował do tego powszechnego modelu kaca, bo jak próbowałam zacząć jakiś inny serial to żaden mi się nie podobał.
  Wszystko się zaczyna od tego, że czytasz ostatnie słowo w powieści, którą pokochałeś. Jesteś lekko podłamany, zastanawiasz się, jak będziesz mógł dalej bez niej funkcjonować, ale raczej starasz się być nastawionym pozytywnie i próbować żyć do przodu. Następnie myśląc, że już się pogodziłeś z tą stratą chcesz zacząć czytać coś nowego, ale nic nie spełnia Twoich wymagań. Czy już nie ma na świecie dobrych książek? Gdzie są moi ukochani bohaterowie? Na mojej półce nie ma już nic wystarczająco dobrego do czytania!
  Gdy już stwierdziłeś, że nie będziesz zapoznawał się z żadną nową pozycją zaczynasz kurczowo trzymać się powieści, którą skończyłeś. Oglądasz filmiki na youtube jej poświęcone, czytasz wywiady z autorem, wchodzisz na jej fanpage, ustawiasz sobie zdjęcie okładki na tapecie. Szydzący głos w Twojej głowie jednak mówi Ci, że to i tak nie zwróci Tobie bohaterów, których kochasz. Załamujesz się. Zaczynasz płakać w przypadkowych momentach. Każdy kolejny dzień jest naznaczony cierpieniem i tęsknotą.
  Z czasem zaczynasz się zachowywać niczym Gollum z "Władcy Pierścieni". W dramatycznych przypadkach gładzisz książkę po grzbiecie jednocześnie powtarzając: "Mój skarb" i wpychając sobie ciastka do ust. Zaczynasz mieć dziwne pomysły przeczytania książki jeszcze raz mimo, że niedawno ją skończyłeś. W Twoim umyśle jednak w pewnym momencie rozbrzmiewa głos rozsądku, który pamięta czasy z przed kaca i krzyczy: "Otrząśnij się". Następuje etap chłodnej akceptacji i próby powrotu do normalnego życia.
  Tak oto wygląda mniej więcej przebieg kaca po naprawdę dobrej powieści. Nienawidzę tego stanu. To jest aż śmieszne, jak bardzo można się przywiązać do danej historii. Najgorsze jest to, że nie można nic z tym zrobić. Ja polecam przeczekać wiem, że to jest trudne, ale damy radę. To jest właśnie ta ciemna strona bycia książkoholikiem. Jest to ryzykowne, ale warto!

środa, 5 lipca 2017

ZNÓW SIĘ ZAKOCHAŁAM, CZYLI TROCHĘ O "RIVERDALE"

  Hej, hej, parę dni temu skończyłam oglądać serial "Riverdale" i miałam go nie recenzować, ale aż buzowałam chęcią, żeby komuś o nim opowiedzieć. Poza tym, właśnie po to stworzyłam bloga, by uspokoić moją potrzebę mówienia o fajnych rzeczach. Także dziś nie o książce, lecz o serialu.
  Riverdale jest małym, spokojnym miasteczkiem, które jednak zmienia pewne tragiczne zdarzenie. Pewnego dnia, Cheryl Blossom wraz ze swoim bratem Jasonem poszła popływać łódką na rzece. Niestety, chłopak się utopił, lecz ciało nie zostało znalezione. Później zwłoki odnaleziono. Jeden fakt jednak wszystko komplikuje, w głowie nastolatka jest rana postrzałowa. Wszyscy mieszkańcy Riverdale próbują odkryć, kto jest mordercą, zaczynają się wzajemne oskarżenia, a na światło dzienne wychodzą mroczne tajemnice.
  Wątków w tym serialu jest po prostu multum, one wszystkie w jakiś sposób łączą się na końcu. Naprawdę nie sposób się nudzić, każdy znajdzie coś dla siebie. Poza tym, jest on niesamowicie wciągający, do tego twórcy stosują starą jak świat sztuczkę, że na końcu odcinka jest zwrot akcji i po prostu musisz obejrzeć następny, bo nie wytrzymasz z tego napięcia.
  Głównymi bohaterami są uczniowie liceum i to powoduje, że serial operuje paroma schematami, które mi jednak absolutnie nie przeszkadzają. Mamy tu drużynę futbolową, cheerleaderki. Spotykamy się z typową wredną, bogatą dziewczyną, szarą myszką, odludkiem. Jeszcze pokazano nam w tej produkcji tzw. "wyższe sfery", które są bardzo "wyższe" i wydaje mi się, że aż tak wysokie sfery nie występują w jakimś pierwszym, lepszym miasteczku. Tak jak mówiłam w tym przypadku to przerysowanie niektórych elementów nie stanowi dla mnie żadnego problemu.
  Jughead sprawił, że pokochałam "Riverdale" całym swoim serduszkiem. On jest moją ulubioną postacią, po prostu jest absolutnie genialny. Po pierwsze, ma talent do pisania powieści, po drugie sposób w jaki on się uśmiecha jest całkowicie rozbrajający. Poza tym, jego poczucie humoru odpowiada mi w 100%. No nie mogę powiedzieć nic innego oprócz tego, że jest idealny. Jughead jest wystarczającym powodem, by obejrzeć ten serial.
  Z Jugheadem jest też związana inna sprawa. Ship. I ja tu nie mówię o żadnym statku(taki nieśmieszny suchar językowy :D). Jughead będzie w związku, nie powiem Wam z kim, żeby nie spoilerować za bardzo, ale to jest ship mojego życia. Jedyna rzecz, która jest lepsza od samego Jughead'a to Juhead w związku. Gdy ta dwójka się pojawia na ekranie to ja się po prostu rozpływam i myślę: "Znowu wierzę w miłość!". Tą więź widać w każdym ich spojrzeniu i geście.
Od lewej: Archie, Veronica, Jughead, Betty.
  Ta relacja to mój ulubiony wątek. Przez pierwsze odcinki podchodziłam do "Riverdale" z takim: "Ok, fajne, ale bez szału", ten jeden element wszystko zmienił. Na początku jakoś tak nie shipowałam tej pary, a później tak sobie pomyślałam, że może jednak oni by do siebie pasowali i idealnie parę minut później wszystko się zaczęło. Ja mam więź telepatyczną z twórcami tego serialu. Też z tym związkiem jest związana moja ukochana scena z wchodzeniem po drabinie do okna i tekst: "Hello, Juliet". Nawiązania do literatury są zawsze świetne.
  Bardzo lubię też Veronicę. Ona jest pewna siebie, zna swoją wartość. Jest bogata, ale nie obnosi się z tym na prawo i lewo. Stara się być miła dla osób, które na to zasługują. Niczego się nie boi. Co prawda, w ostatnich odcinkach trochę mi podpadła, a nawet trochę bardzo, ale ogólnie ja poczułam się po ostatnim odcinku jakbym dostała od jego twórców twarz. Przez pół dnia chodziłam na kacu serialowym, a później jeszcze doszedł do tego kac książkowy, bo tego samego dnia skończyłam czytać "Zanim się pojawiłeś". W takim stanie to już nic, tylko brać antydepresanty.
  Ostatni aspekt, o którym powiem to, że "Riverdale" można oglądać też, bo jest bardzo miłe dla oka. Konkretniej chodzi mi o to, że są tam po prostu piękni aktorzy. Przepraszam, ja wiem, że wygląd nie jest ważny, ale dla mnie ładni ludzie to jest po prostu chodząca sztuka. W "Riveralde" występuje sporo rudych aktorów i aktorek, a ja uwielbiam ten kolor. Jedna z głównych postaci, czyli Archie jest rudy i myślałam, że on będzie moją ulubioną postacią, ale po jakimś czasie stwierdziłam, że mnie wkurza i miałam w głowie takie: "Archie, weź wyjdź".
  Oglądajcie "Riverdale"! To jest rozkaz! Doskonale umili Wam wakacje i ja teraz, gdy go skończyłam czekam z utęsknieniem na październik, kiedy ma wyjść drugi sezon, ale wtedy jest premiera w Stanach, więc w Polsce pewnie będzie jeszcze później. Jednak to nie zmienia faktu, że serdecznie polecam Wam tą produkcję, bo jest po prostu świetna!

poniedziałek, 3 lipca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "KIEDY ODSZEDŁEŚ" JOJO MOYES

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE "ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ"
  Hejka, dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję książki "Kiedy odszedłeś", która jest drugą częścią "Zanim się pojawiłeś". 
  Naprawdę nie mogę nie wspomnieć tutaj o tytule, który jest po prostu chamskim spoilerem. Zastanawiałam się, czy w oryginalnym wydaniu ta powieść też ma tak jednoznaczny tytuł, czy to tylko polscy tłumacze tak go genialne przetłumaczyli. Oryginalnie brzmi on w dosłownym tłumaczeniu: "Po Tobie", więc przekaz jest jasny. Jak można było coś takiego zrobić? Przecież często czytelnik patrzy przed przeczytaniem pierwszej części, czy ma ona jakąś kontynuację. W tym momencie Jojo Moyes jawi mi się jako taki negatywny bohater z bajek, który chce zniszczyć świat spoilerując ludziom zakończenia książek. Ale koniec już narzekania, przejdźmy do recenzji.
  Po śmierci Willa Lou próbuje normalnie funkcjonować i spełnić jego ostatnie życzenie, by czerpała z życia garściami. Przez pierwsze tygodnie udaje jej się to, lecz później przychodzi czas smutku i zagubienia. Rodzice każą jej się zapisać na terapię dla właśnie takich osób jak ona, które straciły kogoś bliskiego. Próbując pogodzić się z tą tragedią Lou poznaje niektóre fakty na temat Willa, o których kompletnie nie miała pojęcia ani ona, ani on.
  Wiem, że ten opis fabuły jest ciut chaotyczny, ale chciałam napisać coś konkretnego, a jednocześnie nic nie spoilerując. W ogóle, najlepszym określeniem dla określenie akcji tej pozycji byłoby "losy Lou po śmierci Willa". Jest to dość ogólne stwierdzenie, którego ja też bardzo nie lubię, bo to znaczy, że nie mamy jakiegoś punktu, do którego to wszystko zmierza i tutaj trochę tak jest, dlatego czyta się to gorzej niż "Zanim się pojawiłeś".
  Traktowałam tą książkę jako "terapię", przez którą przechodziłam razem z Lou. Ja też musiałam się pozbierać po zakończeniu poprzedniego tomu i powiem Wam, że ta powieść trochę mi pomogła. I tak przy każdym jakimś bardziej rozwiniętym wspomnieniu Willa u mnie od razu występował potok łez i to nawet na końcu, ale przynajmniej nie jest ze mną aż tak źle jak było wcześniej.
  Wydaje mi się, że jest dość oczywiste, że możemy się tu spodziewać wątku miłosnego, który faktycznie występuje. Możemy to wywnioskować po samym napisie z tyłu: "Gdy coś się kończy, coś innego się zaczyna", czy coś w tym stylu. Tego pana, który będzie miał coś do powiedzenia w tej sprawie będę nazywała Ten Gość.
  Nie podobało mi się, że Lou tak bardzo podkreślała to, że Ten Gość jest tak potężnie zbudowany, że tak dużo pracuje i że ona może się poczuć taka krucha w jego ramionach. Jest to spowodowane tym, że w takich chwilach od razu przychodzi nam na myśl wspomnienie Willa, który nie mógł nawet jej objąć. Gdy tak wielokrotnie powtarzano tego typu stwierdzenia to budziło to we mnie wrażenie, że nasza główna bohaterka podświadomie myśli, że Will był jakiś wybrakowany, niewystarczający. Owszem, był niepełnosprawny, ale to nie znaczy, że nie mógłby jej kochać.
  Poza tym, Ten Gość jest dla mnie dość mdłą postacią. Nie ma jakiś wyróżniających go cech, jest taki bezpłciowy. Nie mogłam go polubić zwłaszcza, że wciąż w pamięci miałam tego super faceta na wózku, który miał sarkastyczne poczucie humoru, kochał oglądać filmy, był wyrazisty i po prostu cudowny.
  Bardzo mnie bolało to, jak Louisa się zmieniła. Z takiej kolorowej osoby na taką zwykłą, która woli się ubrać tak, by nie przykuwać niczyjej uwagi. Nawet, gdy niby już jakoś się pozbierała to było widać, że to nadal nie jest ten sam człowiek, ale oczywiście, nie mogę mieć o to do niej pretensji, bo każdy na jej miejscu by się zmienił.
  Podsumowując, jeśli po "Zanim się pojawiłeś" macie książkowego kaca to przeczytajcie tą powieść, bo ona jest idealna, żeby się trochę "rozbudzić", średnio angażująca, z małą dawką większych emocji. Natomiast, jeśli już się pozbieraliście to jej nie czytajcie, bo jest zdecydowanie gorsza niż pierwszy tom.
  

sobota, 1 lipca 2017

PODSUMOWANIE CZERWCA/2017

  Hej, kolejny miesiąc mamy za sobą, więc czas, by zrobić podsumowanie!
Liczba przeczytanych stron: 2298
Przeczytane książki: 5
1. "Lolita"- Vladimir Nabokov
Link do recenzji
2. "Ostrze zdrajcy"- Sebastien de Castell
Link do recenzji
3. "Złota godzina"- Sara Donati
Link do recenzji
4. "Wichrowe Wzgórza"- Emily Bronte
Link do recenzji
5. "Zanim się pojawiłeś"- Jojo Moyes
Link do recenzji
  Szczerze mówiąc, spodziewałam się lepszego wyniku, jeśli chodzi o ilość stron przeczytanych w tym miesiącu, ale i tak jest nieźle. To był całkiem dobry miesiąc, wszystkie książki były na jakimś w miarę przyzwoitym poziomie. Obejrzałam genialny serial, "Riverdale", o którym być 
może będzie wpis. Do tego wszystkiego rozpoczęłam nową serię o okładkach i wreszcie mam miejsce na blogu, gdzie moja dusza okładkowej sroki może się wyżyć. 
Najlepsza książka miesiąca:
"Zanim się pojawiłeś"- Jojo Moyes
  W tej kategorii miałam dylemat, czy wybrać "Zanim się pojawiłeś", czy "Ostrze zdrajcy", ale stwierdziłam, że więcej emocji wywołała we mnie pierwszy kandydat. Ta powieść mnie całkowicie pochłonęła, nadal jeszcze żyję tą historią. Jest ona niesamowicie wzruszająca, ale też z humorem. Po prostu jest genialna i polecam, żeby każdy ją przeczytał. Niech panowie nie myślą, że jest to jakieś banalne romansidło, bo tu chodzi o naprawdę coś o wiele większego. Poza tym, jestem dumna z tego zdjęcia, bo ten balon nie był wypełniony helem, tylko powietrzem, więc nie unosił się i musiałam trochę pokombinować, żeby oszukać prawa fizyki ;)
Najgorsza książka miesiąca:
"Złota godzina"- Sara Donati
  Na początek ustalmy sobie jedno. Ta książka nie jest zła pod tym względem, że jest nudna, chociaż jest, ale dlatego, że mnie ogromnie zirytowała. To jest powielenie wszystkich stereotypów na temat kobiet, które chcą walczyć o swoje prawa. Jeszcze mogłabym to wybaczyć gdyby poza tym była wciągająca, ale jest taka jakaś zupełnie bez życia i mdła.
Najlepsza postać miesiąca:
Lou Clark z "Zanim się pojawiłeś"
  Lou jest kimś kogo absolutnie ubóstwiam. Ta dziewczyna jest taka kochana, taka zawsze pozytywnie nastawiona, a ja uwielbiam takich ludzi. Poza tym, całkowicie się z nią identyfikuję i rozumiem, jak się czuje podczas tych wszystkich swoich wpadek. Lou jest po prostu cudowną osobą!
Najgorsza postać miesiąca:
Treena Clark z "Zanim się pojawiłeś"
   Kategorie związane z postaciami zostały całkowicie opanowane przez "Zanim się pojawiłeś". Osoba, o której tu mówię jest siostrą naszej Lou i tak bardzo jak kocham Lou, to Treeny nie znoszę. W tej dziewczynie nie ma nawet cienia pokory. Myśli, że wszystko jej się należy, że Lou ma ciężko pracować, a ona sobie wyjedzie na studia, żeby się rozwijać. Treena jest po prostu niezwykle samolubna i niewdzięczna.
Najładniejsza okładka miesiąca:
  Ta okładka jest przepiękna. Ona wręcz emanuje tą rycerskością i walecznością Wielkich Płaszczy. Ma ona w sobie to coś, a poza tym, posiada złote elementy, a złote elementy to coś, co kocham.
Najbrzydsza okładka miesiąca:
  Przykro mi, ale nie umiem uzasadnić, dlaczego ta okładka mi się nie podoba. Po prostu nie.