Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczajówka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 grudnia 2017

FLIRT CZY FILTR?/"PONAD WSZYSTKO" NICOLI YOON

  Hej, hej, dzisiaj mam dla Was recenzję książki, którą przeczytałam akurat teraz w zasadzie czystym przypadkiem. Byłam w księgarni razem z moimi rodzicami i kupowaliśmy jakąś powieść dla mojej babci na urodziny. Ja, jak to ja rozglądałam się po wszystkich półkach i szukając, czy są tam jakieś tytuły, które chcę przeczytać. Zobaczyłam grzbiet książki "Ponad wszystko", wyjęłam ją myśląc: "E, pewnie okładka filmowa". Patrzę, a tam oryginalna oprawa graficzna. Takiej okazji nie mogłam przepuścić, bo jak wszyscy wiemy, gdy pojawia się ekranizacja magicznym sposobem wszędzie znikają pierwotne okładki.
  Madeline ma wyjątkowo rzadką chorobę. Nie może wychodzić z domu, a wszystko wokół niej musi być specjalnie odkażone, bo inaczej każda rzecz wywołałaby reakcję alergiczną, która w przypadku tej właśnie dziewczyny może doprowadzić nawet do śmierci. Nastolatka akceptuje taki stan rzeczy, a nawet go lubi do momentu, gdy do domu obok wprowadza się chłopak Olly wraz ze swoją rodziną. Od razu zaczyna intrygować Madeline, a ich wspólna relacja toczy się taki sposób, jakiego by się nigdy nie spodziewała.
  Powiem Wam, że na początku się wystraszyłam. Spowodował to cytat zamieszczony jeszcze przed rozpoczęciem historii. Wiecie, czasami autorzy dają takie, ja zwykle ich nie czytam, lecz ten wyjątkowo zwrócił moją uwagę. Był to cytat z "Małego Księcia". Może niektórzy z Was wiedzą, że nie znoszę tej pozycji i jeszcze był to ten fragment: "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Jak dla mnie najbardziej oklepany ze wszystkich, bo już tyle razy został umieszczony na facebooku i wszędzie, że dla mnie on już kompletnie stracił przesłanie. Pomyślałam: "O, nie, czy to będzie jedna z tych książek 'ambitny' cytat, na 'ambitnym' cytacie 'ambitnym' cytatem pogania?". Na szczęście okazało się, że moje przypuszczenia były błędne.
  Ogromnym plusem "Ponad wszystko" jest to, że ma w sobie taką lekkość. Mimo tego, że tematyka nie jest jakaś taka najłatwiejsza(nie mówię też, że najcięższa), bo wiecie choroba i te sprawy, to my nie jesteśmy zmęczeni podczas czytania. Ja pochłonęłam tą powieść bardzo szybko, bo nie chciałam się od niej odrywać. To jest jej wielka zaleta, że jest jednocześnie mądra, ale też wyjątkowo przyjemna.
  Zastanawiałam się podczas zapoznawania się z tym tytułem, czy ta choroba, którą ma Maddy, czyli SCID istnieje. Myślałam, że nie, bo wydawało mi się to strasznie dziwne, że rodzi się człowiek, który tak jak inne zwierzęta ma przystosowania do życia na świecie, a ktoś po prostu tych cech, typu odporność, nie ma. Okazało się jednak, że ta przypadłość istnieje i to jest naprawdę świetne, że taka historia, która jest skierowana głównie do młodzieży zwraca naszą uwagę na ludzi, którzy mają w swoim życiu tak ciężko.
  Główna bohaterka generalnie przez to, że siedzi bez przerwy w domu bardzo dużo czyta. Autorka bardzo zręcznie wykorzystuje to, że właśnie taki typ spędzania czasu dała tej postaci, bo bardzo często dodaje jakieś nawiązania z literatury.
  Najczęściej jest tu chyba wspominany "Mały Książę"(blee), ale też "Władcy much", czy "Duma i uprzedzenie". Wyobraźcie sobie, że Madeline kocha pana Darcy tak samo jak ja. Gdy się o tym dowiedziałam poczułam tak olbrzymią więź z tą bohaterką mimo tego, że jej ulubioną powieścią jest właśnie "Mały Książę, czyli spis wszystkich cytatów, jakie mógł wymyślić autor".
  "Ponad wszystko" też zdecydowanie się nie nudzi. Wydaje mi się, że jest to spowodowane interesującą fabułą, ale to jest dość oczywiste, ale często też są w tej książce pokazane jakieś zapiski Maddy. Mamy też trochę wymieniania maili z Ollym, ale też na przykład rysunek makiety, którą zrobiła dziewczyna, czy takie jakby screeny ekranu komputera.
  Moim zdaniem, dwójka głównych bohaterów tworzy naprawdę uroczą, ale zarazem też bardzo dojrzałą parę. Wzajemnie się uzupełniają, Madeline wprowadza do tej relacji trochę spontaniczności i pcha ją do przodu, a Olly z kolei bardzo zaimponował mi tym, że rozumiał, że nie mogą się nawzajem dotykać, bo dla dziewczyny nie jest to bezpieczne ze względu na jej chorobę. Wiecie, zwykle, choć nie chcę generalizować, chłopaki w wieku Olly'ego, jeśli dowiedzieliby się, że nie mogą dotykać swojego obiektu zainteresowania to by powiedzieli: "Do widzenia, elo i cześć".
  Jedyny minus, który zaobserwowałam w związku z ich kontaktami to to, że ich rozmowy na czacie wydawały mi się czasami nienaturalnie bezpośrednie, wszystko mówili tak wprost  i w ogóle. Nie mówię, że to jest źle, bo gdyby w każdym związku tak było to myślę, że liczba zerwań by spadła kilkukrotnie. Nie wiem, może oni po prostu stwierdzili, że i tak mają wystarczająco skomplikowaną sytuację i nie chcą się bawić w te gierki :D
  Zakończenie mnie kompletnie zaskoczyło. Myślałam, że autorka całkowicie pojedzie po bandzie i w sumie pojechała, ale w zupełnie innym kierunku niż się spodziewałam i to było coś, co zupełnie mi nie przeszło przez myśl.
  Podsumowując, "Ponad wszystko" nie jest wybitnym dziełem współczesnej literatury, ale dostarcza rozrywki jednocześnie pozostając inteligentną. Tak naprawdę nie mam się do czego w niej przyczepić oprócz tej wady, która nawet nie wiem, czy jest wadą. Serio, to jest chyba jedyna w ostatnim czasie taka powieść, która praktycznie całkowicie mi się podobała.
P.S. Szybkie wyjaśnienie tytułu posta. Wiecie, bo Maddy musi korzystać z filtrów powietrza, a flirt to wiecie, o co chodzi :D

wtorek, 12 września 2017

JEDNA Z NAJLEPSZYCH KSIĄŻEK TEGO ROKU/"MAŁE ŻYCIE" HANYA YANAGIHARA

  Hej, hej, na początku, by się wytłumaczyć, przepraszam, że tak długo nie było recenzji, po prostu tak wyszło. "Małe życie" ma aż 800 stron, a zaczęła się szkoła, więc jak uda mi się przeczytać 100 stron dziennie to i tak jest sukces. Poza tym, tamten tydzień był dość specyficzny, ale już nieważne, przechodzimy do recenzji.
  Po studiach czwórka przyjaciół z college'u, JB, Malcolm, Willem i Jude przeprowadzają się do wspólnego mieszkania w Nowym Jorku. Wszyscy ogromnie się od siebie różnią jednak najbardziej wyróżnia się Jude, który jest ogromnie tajemniczy i nigdy nie mówi o swojej przyszłości. Na przestrzeni lat ich losy rozchodzą się i schodzą przez ich złe nawyki i toksyczne znajomości.
  Czytacie opis fabuły i pewnie myślicie sobie, jeśli nie znacie tej powieści: "A, nic specjalnego, zwykła historia o życiu". Można powiedzieć, że tak jest, ale mnie niesamowicie fascynują książki, które rozgrywają się przez kilkanaście, kilkadziesiąt lat, tak jakby przez większość życia bohaterów. Głównie z tego względu tak bardzo podobało mi się: "Love, Rosie".
  Autentycznie, czasami czytając "Małe życie" wzruszałam się przez to, co się aktualnie tam działo, ale przez to, że łapała mnie taka nostalgia przez to, że uświadamiałam sobie, ile te postacie mają lat, jak szybko to zleciało i naprawdę, w prawdziwym życiu też miewam takie momenty, kiedy myślę sobie, jak to szybko leci.
  Styl pisania autorki jest dość specyficzny, chociaż nie do końca. Jest taki zwyczajny, nieprzykuwający uwagi, ale jak czasami Yanagihara zarzuci jakim tekstem to aż trzeba go gdzieś zapisać, bo jest tak mądry, a jednocześnie tak prosty. To mi się strasznie podobało, bo bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy powieść jest napisana tak, żeby wcisnąć tam jak najwięcej "głębokich" cytatów (Na przykład, "Mały Książę", przepraszam, ale nienawidzę tej książki.), ale gdy czytelnikowi, co jakiś czas są rzucane takie smaczki to mi to jak najbardziej pasuje. Dam Wam takie dwie sentencje, które sobie zapisałam mimo, że zazwyczaj nie mam zwyczaju ich notować, ale te były jakieś takie inne, wyjątkowe.

W gruncie rzeczy nikt nie chcieli słuchać cudzych historii; chcieli tylko opowiadać swoje własne.
str.109
To ta dziwna osoba(...), która naśladowała gesty i postawy dorosłości kompletnie ich nie rozumiejąc.
str.202
  Natomiast tym, co nie podoba mi się kompozycji tej pozycji są straszliwie długie rozdziały. Niektóre mają nawet po 80 stron! To mi przeszkadzało, bo nie do końca wiedziałam na początku, jak dawkować sobie czytanie. Mówię Wam, jeśli kiedyś coś napiszecie to róbcie rozdziały po 10 stron,  dla mnie są idealne.
  Jak tak jesteśmy przy wadach to powiem jeszcze o tym, czego się spodziewałam dowiadując się, że akcja rozgrywa się w Nowym Jorku. Zwłaszcza okładka sugerowała, że będzie to dość istotne, a tu klops. Nie ma zbytnio oddanej tu atmosfery tego miasta, a gdy już umieszcza się fabułę w tak kultowym miejscu należałoby o to zadbać.
  Przejdźmy do postaci. Są one bardzo szczegółowe, rozpisanie Jude'a to w ogóle jest cud, miód i malinka, ale nawet bohaterowie poboczni nie są jacyś tacy ogołoceni ze swojej przeszłości, a to jest zawsze na plus. Jesteśmy w stanie uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę, bo są bardzo ludzcy. Jeszcze wrócę do Jude'a, ale muszę powiedzieć, że jest to chyba postać z najbardziej rozbudowaną psychiką, jaką do tej pory poznałam w literaturze. Może przeoczyłam jakiś tytuł, w którym była jeszcze lepiej wykreowana osobowość, ale to bez znaczenia. i tak kreacja tego mężczyzny jest genialna.
  Caleb, który nie zdradzę Wam kim jest, żeby nie spoilerować to ktoś, kto zapoznał mnie z nowym uczuciem, jeśli chodzi o książki. Wiecie, pewnie, że od czasu do czasu każdy lubi jakiś czarny charakter, bo jest fascynujący, czy coś w tym stylu. Też mam swoje perełki w tym zakresie, ale to, co robi Caleb. To nie jest Lord Voldemort to, co się tu dzieje może się zdarzyć naprawdę, nawet w tym momencie, kiedy to czytacie. To mnie zmroziło i poczułam wręcz takie obrzydzenie jego postępowaniem. Było jeszcze parę innych postaci, które doprowadzały mnie do takiego stanu, ale on jakoś szczególnie wrył się w moją psychikę. Czytając te fragmenty byłam zamurowana i naprawdę przerażona.
  Teraz tak płynnie przeszliśmy do największej zalety "Małego życia", a są to trudne tematy jakimi się ono zajmuje. Mamy ich tu tak wiele, od tego, jak czują się osoby niepełnosprawne i samookaleczania się do pedofilii i toksycznych związków. Ta pozycja nie ma gotowego rozwiązania na te wszystkie problemy, które mogłabym jeszcze tu wymieniać, ale prezentuje je w taki sposób, że to naprawdę porusza i myśl, że ktoś mógł coś takiego przeżyć towarzyszy bezustannie podczas czytania.
  Podsumowując, polecam Wam ogromnie tą powieść, chociaż moim zdaniem, pokazuje tak wielkie ludzkie okrucieństwo, że myślę, że lepsza będzie dla osób od pierwszej gimnazjum wzwyż(lub 7.klasy, whatever). Naprawdę, mimo tego, że ma 800 stron to jest warta tak dużej ilości czasu, który trzeba na nią poświęcić, bo wciąga i porusza do głębi.
  

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

POŁĄCZENIE FANTASTYKI, OBYCZAJÓWKI I HORRORU/"OSOBLIWE I CUDOWNE PRZYPADKI AVY LAVENDER" LESLYE WALTON

  Hej, dziś mam dla Was wpis na temat książki, o której słyszałam wiele dobrego, ale tak, przyznaję się bez bicia, że jej piękna okładka też miała swoją rolę w przekonaniu mnie do przeczytania tej powieści. Już nie przedłużając, zapraszam na recenzję "Osobliwych i cudownych przypadków Avy Lavender"!
  W rodzinie Avy od pokoleń dochodziło do dziwnych przypadków. Jej przodkowie często byli dość osobliwi jednak mimo dziwnych losów tej familii dziewczyna i tak zaskakuje wszystkich, gdy rodzi się ze skrzydłami. Nie ma żadnych magicznych zdolności, nawet nie potrafi latać. Z tego względu przez lata nie wychodziła z domu, lecz gdy poznała swoją przyjaciółkę Cardigan wyszła do ludzi. Niestety, czyha na nią niebezpieczeństwo w postaci Nathaniela Sorrowsa, który uważa, że jest ona aniołem.
  Pierwszym, co przykuło moją uwagę było to, jak doskonale Leslye Walton potrafi oddać klimat miejsca, w którym dzieje się akcja. Na początkowych stronach fabuła rozgrywa się w Nowym Jorku i czujemy jakbyśmy faktycznie tam byli razem z bohaterami.
  Tym jednak, co najbardziej mnie zachwyciło było oddanie mentalności małomiasteczkowej. Ja sama jestem z małej miejscowości i wiem, jak to wszytko wygląda w obecnych czasach, a przecież dawniej ludzie byli jeszcze bardziej tacy ograniczeni i każdy chciał znać wszystkie plotki.
  W ogóle, zapomniałam wspomnieć, że na początku poznajemy pradziadków Avy, a dopiero później stopniowo dochodzimy do tytułowej bohaterki i ten wątek bardzo mi się podobał. Ja ogólnie lubię tak od czasu do czasu przeczytać coś w stylu sagi rodzinnej, gdzie są przedstawione losy kliku pokoleń.
  Moim zdaniem, postać Avy była dość słabo rozpisana, nie była ona tak wyrazista, jak inne kobiety z jej rodziny. To mnie ogromnie dziwi, ponieważ autorka nawet takim przypadkowym bohaterom z tego miasteczka, gdzie dzieje się większość akcji potrafiła nadać jakieś cechy wyróżniające je wśród innych, a z główną bohaterką jej coś nie wyszło.
  Jedynym, co tak bardziej wybiło mi się w tej bezbarwności Avy było to, co zrobiła na końcu. Mianowicie, zachowała się jak ostatnia idiotka. Nie będę mówić, o co mi chodzi, żeby nie spoilerować. Ja po prostu w tamtym momencie załamałam ręce.
  Chociaż w sumie ta dziewczyna może to mieć po swojej mamie, która też do najbardziej rozsądnych nie należała. Otóż, musicie wiedzieć, że ta kobieta bardzo lekko podchodziła do seksu. Czasami wręcz się zastanawiałam: "Czy coś mnie ominęło? Przecież oni w poprzednim zdaniu jeszcze się kłócili."
  Dobra, ale koniec narzekania na postacie, bo tu do akcji wkracza Nathaniel Sorrows. Ja lubię takich psychopatów jak on, są oni niesamowicie intrygujący i po prostu uwielbiam o nich czytać. Gdy już miałam odkładać książkę pod koniec rozdziału i robić coś innego, ale zobaczyłam, że zaraz będzie fragment z jego przemyśleniami, to choćby się waliło i paliło, musiałam go od razu przeczytać.
  Wydaje mi się, że "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" to pozycja, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tu coś dla fanów fantastyki i dla tych, którzy wolą obyczajówki, które opisują magię codzienności. Mimo, że zwykle takie zwykłe życie w książkach to nie jest mój klimat to tutaj to działa, czuć tą niezwykłość codzienności i mi to bardzo odpowiadało. Są też takie  straszne fragmenty, jakby żywcem wyjęte z jakiegoś thrillera, czy horroru i one chyba mnie najbardziej zainteresowały, ale cała książka jest bardzo wciągająca, więc serdecznie ją Wam polecam.
  Słuchajcie, jeszcze tak z innej beczki powiem, że moja kolekcja FUNKO POP się powiększyła o 2 figurki. Pierwszą jest Luna, na którą polowałam już od dłuższego czasu, bo to moja ulubiona postać z HP, więc nie mogło jej zabraknąć. Wydaje mi się, że na zdjęciach wyglądała trochę lepiej, ale na półce też się dobrze prezentuje, jeśli ma się ją na wysokości oczu, bo inaczej wygląda jakby nie miała włosów.
  Następny jest Sherlock, bo serial "Sherlock" to moje życie i odkrycie tych wakacji. Ogólnie, Sherlock to mój serialowy mąż mimo, że on uważa, że miłość jest bez sensu, ale i tak go kocham. Z kolei ta figurka lepiej wygląda w rzeczywistości niż na zdjęciach. Prezentuje się tak bardziej łagodnie. Teraz tylko mam problem, bo wszystkie pozostałe figurki mam z HP albo "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć" i Sherlock jest taki samotny i kusi mnie, żeby dokupić do niego Irene Adler, bo moim zdaniem, oni do siebie niesamowicie do siebie pasują i powinni być parą.

niedziela, 6 sierpnia 2017

GEJE BEZ STEREOTYPÓW/"SIMON ORAZ INNI HOMO SAPIENS"- BECKY ALBERTALLI

  Hej, witam Was z recenzją książki "Simon oraz inni homo sapiens". Od bardzo długiego czasu chciałam ją przeczytać, głównie ze względu na jej tematykę(dla niewtajemniczonych- geje i te sprawy). Bardzo lubię, gdy powieści poruszają budzący emocje aspekt, a ta konkretnie robi to w niezwykle lekki sposób.
  Szesnastoletni Simon jest gejem, ale jeszcze nikomu tego nie zdradził. Od pewnego czasu koresponduje on z chłopakiem o pseudonimie Blue. Oboje przy wymienianiu maili zachowują anonimowość. Przez przypadek znajomy głównego bohatera, Martin odczytuje te wiadomości i używa ich by go szantażować. W zamian za milczenie Martina Simon ma zeswatać go ze swoją przyjaciółką, Abby.
  Wiem, fabuła tej pozycji nie zapowiada, że będzie ona czymś imponującym. Ot, zwyczajne życie nastolatka, który całkowicie przy okazji jest homo. I właśnie w tym, że ta historia jest taka zwyczajna tkwi cała jej wyjątkowość. Obecnie jest duży trend na książki trzymające w napięciu, pełne zwrotów akcji lub dramatyczne. Autorka nie udaje, że "Simon oraz inni homo sapiens" jest tego typu powieścią, co sprawia, że stanowi ona bardzo miły odpoczynek od tego wszystkiego.
  Ogólnie, relacja z Simonem jako postacią jest też taka przyjemna. Ta cała powieść jest bardzo przyjemna, jeśli mam być konkretna. Żywiłam do głównego bohatera takie uczucia, jakimi darzy się dobrego przyjaciela. Uśmiechamy się, gdy coś mu się uda, gdy jest w jakiejś krępującej sytuacji to mamy ochotę zapaść się razem z nim z zażenowania. To moje podejście do niego sprawiało też, że czasami w jakiś zabawnych momentach dostawałam głupawki i nie mogłam opanować śmiechu.
  Reszta postaci jest dość prosto rozpisana, nawet Simon nie ma jakiegoś rozbudowanego portretu psychologicznego. Wszyscy mają jakieś podstawowe, charakteryzujące ich cechy, ale nic więcej. Mogę jednak to wybaczyć, bo "Simon" jest dość krótką książką, ma chyba tylko 300 stron, więc trudno na takiej objętości wykreować jakiś super skomplikowanych, wielowymiarowych bohaterów.
   Becky Albertalli jednak dała radę stworzyć aż dwie postacie, które mnie denerwują. Jest to dość spore osiągnięcie, nagrodźmy ją brawami. Dziewczyny w tej powieści...One mnie załamują. Lea we wszystkich rozdziałach działała mi na nerwy, bo robi z siebie taką ofiarę losu zamiast wziąć się w garść. Abby z kolei była spoko, ale później jej nagle coś odwaliło pod koniec i się obraziła z jakiegoś bezsensownego powodu. Ja już nawet nie pamiętam, dlaczego tak się stało, bo to było tak absurdalne.
  Nie myślcie sobie jednak, że to jest taka błaha historyjka z dziewczynami strojącymi fochy i nic nie da się z niej wynieść. Na przykład, ja zawsze uważałam, że w Ameryce osoby homo nie są traktowane jako coś dziwnego, po prostu są i nikt nic do tego nie ma. Dla mnie w ogóle była to taka kraina tolerancji, a okazało się, że tak pięknie to tam jednak nie jest. Owszem, jest pewien progres w porównaniu z Polską, ale nie jest to jednak traktowane jako coś  całkiem zwyczajnego.
  Autorka trafnie zauważa i opisuje to w tej pozycji, że ludzie mają coś takiego jak wyjściowy typ człowieka. Chodzi o to, że widząc pierwszą lepszą osobę myślimy podświadomie, że jest hetero albo, że kobieta, o której ktoś opowiada, a my jej nigdy nie widzieliśmy jest biała. To jest bardzo interesujące zjawisko i nawet Paweł Opydo nagrał o tym film, do którego link daję tutaj.
  Dużym plusem tutaj jest to, że nie ma tu stereotypów na temat gejów. Simon jest zwykłym chłopakiem, ubiera się po męsku nie zachowuje się tak, że równie dobrze mógłby mieć napisane na czole: "Jestem gejem".
  Jeszcze ostatnie, co powiem to, że "Simon" ucierpiał przez tłumacza, który chyba ma z 70 lat i nie wie, jakim językiem posługują się nastolatkowie. Najczęściej raziło to w mailach, gdzie nawet raz zostało użyte wyrażenie: "dziedziczyć po kądzieli". Jestem pewna, że każdy by to zmienił na: "dziedziczyć po mamie".
  "Simon oraz inni homo sapiens" to bardzo przyjemna, lekka lektura, idealna na kaca książkowego, wakacje i inne takie luźniejsze klimaty. Można też niej dużo wynieść i ja serdecznie ją polecam.
 
 

poniedziałek, 3 lipca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "KIEDY ODSZEDŁEŚ" JOJO MOYES

RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE "ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ"
  Hejka, dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję książki "Kiedy odszedłeś", która jest drugą częścią "Zanim się pojawiłeś". 
  Naprawdę nie mogę nie wspomnieć tutaj o tytule, który jest po prostu chamskim spoilerem. Zastanawiałam się, czy w oryginalnym wydaniu ta powieść też ma tak jednoznaczny tytuł, czy to tylko polscy tłumacze tak go genialne przetłumaczyli. Oryginalnie brzmi on w dosłownym tłumaczeniu: "Po Tobie", więc przekaz jest jasny. Jak można było coś takiego zrobić? Przecież często czytelnik patrzy przed przeczytaniem pierwszej części, czy ma ona jakąś kontynuację. W tym momencie Jojo Moyes jawi mi się jako taki negatywny bohater z bajek, który chce zniszczyć świat spoilerując ludziom zakończenia książek. Ale koniec już narzekania, przejdźmy do recenzji.
  Po śmierci Willa Lou próbuje normalnie funkcjonować i spełnić jego ostatnie życzenie, by czerpała z życia garściami. Przez pierwsze tygodnie udaje jej się to, lecz później przychodzi czas smutku i zagubienia. Rodzice każą jej się zapisać na terapię dla właśnie takich osób jak ona, które straciły kogoś bliskiego. Próbując pogodzić się z tą tragedią Lou poznaje niektóre fakty na temat Willa, o których kompletnie nie miała pojęcia ani ona, ani on.
  Wiem, że ten opis fabuły jest ciut chaotyczny, ale chciałam napisać coś konkretnego, a jednocześnie nic nie spoilerując. W ogóle, najlepszym określeniem dla określenie akcji tej pozycji byłoby "losy Lou po śmierci Willa". Jest to dość ogólne stwierdzenie, którego ja też bardzo nie lubię, bo to znaczy, że nie mamy jakiegoś punktu, do którego to wszystko zmierza i tutaj trochę tak jest, dlatego czyta się to gorzej niż "Zanim się pojawiłeś".
  Traktowałam tą książkę jako "terapię", przez którą przechodziłam razem z Lou. Ja też musiałam się pozbierać po zakończeniu poprzedniego tomu i powiem Wam, że ta powieść trochę mi pomogła. I tak przy każdym jakimś bardziej rozwiniętym wspomnieniu Willa u mnie od razu występował potok łez i to nawet na końcu, ale przynajmniej nie jest ze mną aż tak źle jak było wcześniej.
  Wydaje mi się, że jest dość oczywiste, że możemy się tu spodziewać wątku miłosnego, który faktycznie występuje. Możemy to wywnioskować po samym napisie z tyłu: "Gdy coś się kończy, coś innego się zaczyna", czy coś w tym stylu. Tego pana, który będzie miał coś do powiedzenia w tej sprawie będę nazywała Ten Gość.
  Nie podobało mi się, że Lou tak bardzo podkreślała to, że Ten Gość jest tak potężnie zbudowany, że tak dużo pracuje i że ona może się poczuć taka krucha w jego ramionach. Jest to spowodowane tym, że w takich chwilach od razu przychodzi nam na myśl wspomnienie Willa, który nie mógł nawet jej objąć. Gdy tak wielokrotnie powtarzano tego typu stwierdzenia to budziło to we mnie wrażenie, że nasza główna bohaterka podświadomie myśli, że Will był jakiś wybrakowany, niewystarczający. Owszem, był niepełnosprawny, ale to nie znaczy, że nie mógłby jej kochać.
  Poza tym, Ten Gość jest dla mnie dość mdłą postacią. Nie ma jakiś wyróżniających go cech, jest taki bezpłciowy. Nie mogłam go polubić zwłaszcza, że wciąż w pamięci miałam tego super faceta na wózku, który miał sarkastyczne poczucie humoru, kochał oglądać filmy, był wyrazisty i po prostu cudowny.
  Bardzo mnie bolało to, jak Louisa się zmieniła. Z takiej kolorowej osoby na taką zwykłą, która woli się ubrać tak, by nie przykuwać niczyjej uwagi. Nawet, gdy niby już jakoś się pozbierała to było widać, że to nadal nie jest ten sam człowiek, ale oczywiście, nie mogę mieć o to do niej pretensji, bo każdy na jej miejscu by się zmienił.
  Podsumowując, jeśli po "Zanim się pojawiłeś" macie książkowego kaca to przeczytajcie tą powieść, bo ona jest idealna, żeby się trochę "rozbudzić", średnio angażująca, z małą dawką większych emocji. Natomiast, jeśli już się pozbieraliście to jej nie czytajcie, bo jest zdecydowanie gorsza niż pierwszy tom.
  

piątek, 30 czerwca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ" JOJO MOYES

  Hej, dziś przygotowałam dla Was recenzję absolutnego bestsellera, do którego lektury zbierałam się już od dłuższego czasu. Powiem Wam, że trochę się bałam czytać tą książkę, ponieważ wszyscy ją strasznie zachwalali, a to zawsze budzi podejrzenia, ale teraz już przejdźmy do konkretów.
  Louisa właśnie straciła swoją ukochaną pracę w kawiarni The Buttered Bun. Tym bardziej jest to zła wiadomość, ponieważ jej pensja stanowiła dużą część rodzinnego budżetu. Z braku innych możliwości postanawia pójść na rozmowę o pracę opiekunki niepełnosprawnego mężczyzny mimo, że nie ma żadnego doświadczenia. Cudem dostaje ją. Poznaje swojego podopiecznego, Willa, który jest sparaliżowany od szyi w dół, może jedynie lekko ruszać rękami. Od tego czasu jej życie się całkowicie zmienia, a ona ma przed sobą trudną misję do wykonania.
  Tą książkę czyta się jednym tchem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio podczas czytania zapominałam patrzeć na numery stron. Powodowało to, że często miałam takie: "130 strona? To już? Przed chwilą byłam na 10". Styl Jojo Moyes jest bardzo lekki i przyjemny. Potrafi ona w bardzo przystępny sposób opisywać trudne tematy.
  Zostałam absolutnie zgnieciona emocjonalnie przez tą powieść. Podczas jej lektury towarzyszyło mi chyba z milion emocji. "Zanim się pojawiłeś" wdeptywało mnie w ziemię po czym wyciągało rękę mówiąc, że już więcej tego nie zrobi i znów mnie miażdżyło. I tak w kółko. Po prostu uczuciowy rollercoaster. Towarzyszyło mi tutaj takie rozbawienie, że aż śmiałam się na głos, chwilami tak wielkie zdenerwowanie na bohaterów, że przechodziły mnie dreszcze, a jeszcze indziej ogromne wzruszenie.
  Podczas czytania tej pozycji czułam niesamowitą więź z Lou. Całkowicie się z nią identyfikuję, jeszcze chyba nigdy nie spotkałam w literaturze postaci, która jest tak podobna do mnie. Co prawda, nie jestem tak odważna jak ona, ale mamy mnóstwo innych wspólnych cech. Bardzo dobrym zabiegiem jest to, że to właśnie ona jest tutaj narratorem, bo potrafi dać całkowicie rozbrajające i celne komentarze do danej sytuacji. Czasami też, gdy jej na czymś zależy była w stanie wygłosić taką przemowę, że chyba nawet Barack Obama by się nie powstydził. Naprawdę, Lou jest niezwykle charyzmatyczną i pozytywną postacią, której nie sposób nie uwielbiać. Teraz wychodzi, że taki narcyz jestem, bo na początku powiedziałam, że Lou jest do mnie podobna :D
  Teraz przejdę do rodziny naszej głównej bohaterki. To jest banda egoistycznych niewdzięczników. W niektórych momentach to naprawdę myślałam, że wejdę do świata z tej książki i ich uduszę, miałam ochotę tak porządnie nimi potrząsnąć i powiedzieć: "Lou, sobie życie przez Was marnuje, opanujcie się!". Miałam dylemat, czy bardziej mnie irytuje ojciec Lou, czy Katrina, jej siostra, bo oboje szli łeb w łeb w tym niechlubnym rankingu najbardziej denerwujących postaci.
  Do Willa mam specyficzny stosunek, bo ja go kocham. Czasami myślałam sobie, że mógłby być milszy, ale później tak sobie myślałam, że gdybym ja nagle wylądowała na wózku to też bym raczej nie była najsympatyczniejszym człowiekiem na świecie.
  Zachwyty nad "Zanim się pojawiłeś" są według mnie, w pełni uzasadnione, to jest naprawdę trudne, żeby powieść aż tak poruszyła czytelnika. Mnie dotknęła ona do głębi i od wczoraj chodzę na książkowym kacu. Wzruszająca, przepiękna historia, która wbrew pozorom jest  całkowicie inna niż wszystkie pozostałe. Myślę, że na pewno będę do niej jeszcze wielokrotnie wracać.
  
  

niedziela, 25 czerwca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "ZŁOTA GODZINA" SARY DONATI

  Hej, blisko okresu Bożego Narodzenia dowiedziałam się o pewnej książce, mam tu na myśli, oczywiście, "Złotą godzinę". Już tylko pół roku od tego wydarzenia w końcu po nią sięgnęłam. Zdecydowałam się na to, ponieważ mocno są w niej akcentowane wartości, które są dla mnie bardzo ważne. Generalnie, byłam nastawiona pozytywnie.
  Nowy Jork, 1883. Anna i Sophie Savard są kuzynkami i obie wykonują zawód lekarza. Anna jest chirurgiem, a Sophie położną. Nie przejmują się uwagami na temat ich pracy, są zwolenniczkami równouprawnienia i  sprzeciwiają się konwenansom. Pewnego dnia, Anna pomaga zakonnicom uporać się z falą włoskich sierot, które przypłynęły do Nowego Jorku. Wtedy poznaje Rosę, jej siostrę Lię oraz dwóch braci. Rodzeństwo ma zostać rozdzielone, dziewczynki mają pójść do żeńskiego sierocińca, a chłopcy do męskiego. Przez zamieszanie chłopcy gubią się jednak najstarsza z dzieci nie zamierza się poddać i chce ich odnaleźć. Annie imponuje jej postawa i poszukiwania także dla niej stają się niezmiernie ważne.
  W tej książce jest naprawdę sporo wątków, ale z tych wszystkich tak naprawdę zainteresował mnie tylko jeden. Przez pierwszą połowę Anna chodzi po tych wszystkich przytułkach dla dzieci, by znaleźć braci Rosy. To dosłownie jest 400 stron siedzenia w tych wszystkich instytucjach, gdzie tak naprawdę dzieje się to samo, czyli nic, bo nikt nic nie wie. No i fajnie, fabuła w ogóle nie idzie do przodu.
  Gdy już przebrniemy przez to wszystko rozpoczyna się mój ulubiony wątek, od którego tak trochę czuć kryminałem. Powiem Wam tylko tyle, że jest on związany z aborcją. I niby jest ok, kontrowersyjny temat, jakieś związane z nim zagadki, ale nie. Jeśli dobrze mi się wydaje one nie zostają rozwiązane, nie wiemy, kto popełnił przestępstwo i to nie jest na takiej zasadzie, że autorka pod koniec zasiewa taką niepewność. Ten wątek zostaje po prostu ucięty i już do niego nie powracamy. Poczułam się tak jakby po prostu ktoś mi wyrwał część stron. Jest też opcja, że w tym momencie, kiedy dostajemy odpowiedź na tą zagadkę się wyłączyłam, ale to by tylko dowodziło na to, jak bardzo mnie wciągnęła ta historia.
  Denerwowało mnie w tej powieści to, że zostało tu powielonych wiele stereotypów na temat feministek, bo umówmy się, nazwałabym Annę i Sophie feministkami nawet, jeśli takie słowo nigdy nie padło w tej pozycji. Jako przykład podam to, że Anna nie umiała zbyt dobrze gotować albo, że dla niej jakieś spotkania towarzyskie nie były przyjemnością, bo ona jest stworzona do wyższych celów. Feministka też jest człowiekiem! Też jest kobietą! Przynajmniej nie było tutaj czegoś takiego, że nasze główne bohaterki w ogóle nie były zainteresowane kontaktami z mężczyznami, bo oni są "bee" i tylko chcą sobie je podporządkowywać.
  Też nie podobało mi się, że wszystkie silne kobiety w tej powieści miały bardzo lekki stosunek do aborcji, która jednak jest zabraniem życia. Ja się teraz nie będę wypowiadać, jaki ja mam do niej stosunek, bo bym się musiała tu nieźle rozpisać, a poza tym nie chcę poruszać na blogu o książkach tak trudnych tematów. Powiem tyle, że traktuję to bardziej jako "mniejsze zło", które nie w każdym przypadku powinno być dozwolone niż tak jak to było często określane w tej powieści jako: "pozbycie się kłopotu".
  Idąc dalej, ja myślałam, że w tej pozycji będzie pokazana taka konkretna walka o prawa kobiet. Spodziewałam się, że będzie wychodzenie na ulice, będziemy świadkami jakiś przełomowych zmian w tym temacie albo, że chociaż wejdziemy do podziemia, będzie tajne rozdawanie ulotek o środkach antykoncepcyjnych lub samych środków. Wiem, że to, że ta walka jest tak cicha i mała wpływa na to, że bohaterki i wydarzenia wydają się bardziej prawdziwe, ale prawdziwe życie to ja mam na co dzień i w książkach oczekuję czegoś więcej.
  Podsumowując, "Złota godzina" moim zdaniem, nie wprawia w nastrój typu: "Te kobiety to jednak potrafią być ekstra", czego się po niej spodziewałam. Bardziej szkodzi w osiągnięciu tego stanu niż pomaga, a celom rozrywkowym nie może służyć, bo jest po prostu nudna.