sobota, 19 sierpnia 2017

CZY KSIĄŻKI DODAJĄ INTELIGENCJI?/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI+"ROZWAŻNA I ROMANTYCZNA" JANE AUSTEN

  Hej, hej, witam Was w kolejnym poście z serii "Świat według książkoholiczki"! Każdy pewnie pamięta ze szkoły takie pytanie od nauczyciela: "Co nam daje czytanie książek?", no i, tam się wymieniało, że większy zasób słownictwa, rozwija wyobraźnię i takie tam. Natomiast, nigdy się chyba nie spotkałam ze stwierdzeniem, że dodaje inteligencji, więc postanowiłam to rozgryźć na własną rękę. Jeszcze tylko dopowiem, że mówiąc "inteligencja" mam na myśli taką mądrość w życiu, a nie znanie jak największej liczby formułek z podręcznika.
  Zacznę od kwestii czysto wizualnej. Dla mnie człowiek czytający coś, cokolwiek, nawet gazetę wygląda bardzo inteligentnie. To działa mniej więcej na takiej samej zasadzie jak noszenie okularów.   Na pierwszy rzut oka człowiek z każdą powieścią w rękach wygląda mądrzej. Nieważne, czy to jest fantastyka, romans, czy nawet erotyk. Jeśli nie znamy czytanej przez tą osobę książki, ani okładka nie sugeruje nam o czym ona jest, to odruchowo myślimy: "Ale on musi być mądry...".
  Powiedziałabym, że to, czy lektura dodaje inteligencji już nie w sensie wizualnym zależy od tego, o czym ona jest. Na przykład, nie sądzę, żeby "50 twarzy Greya" miało w sobie jakąś intelektualną wartość, ale znam tą pozycję tylko z opowieści, więc poprawcie mnie, jeśli się mylę. Nie mówię teraz, że swoją mądrość można zwiększyć czytając tylko literaturę piękną, bo nawet taki przeciętny Kowalski, czyli ja i pewnie większość książkoholików, czyta głównie dla rozrywki.
  Uważam, że to, co można nazwać dodawaniem inteligencji przez książki jest poszerzanie punktu widzenia czytelnika. Poznajemy różne historie, z różnych perspektyw, co może sprawić, że nie widzimy świata w kolorach czarne-białe tylko wiemy, że zawsze są jakieś szarości( ale poetycko to powiedziałam :D Nie, no, żartuję).
  Czasami różne powieści wbijają nam do głów wiedzę, nawet jeśli my sami o tym nie wiemy. Ja raz brałam udział w olimpiadzie polonistycznej i przed wejściem na salę, gdzie miałam ją pisać okazało się, że była jakaś lista książek do przeczytania i z niektórych będą pytania. Ja wtedy szłam pierwszy raz, więc nie wiedziałam, że coś takiego będzie, a moja ukochana nauczycielka od polskiego mi nic o tym nie powiedziała. Na tej liście była między innymi mitologia, a ja byłam świeżo po ponownym przeczytaniu "Percy'ego Jacksona i bogów olimpijskich". I powiem Wam, że to mnie uratowało w wielu pytaniach.
  Uważam, że książki nie tyle dodają inteligencji, co pozwalają ją jakoś rozwijać i kształtować. Myślę, że jeśli ktoś z natury nie jest inteligentny to czytanie nic nie pomoże, ale ja się opieram tylko na swoich doświadczeniach, a to bardzo złożony temat, więc chętnie zobaczę, co Wy o tym sądzicie, piszcie w komentarzach.
  Teraz przejdę do drugiej części tego posta, a mianowicie, mini-recenzji "Rozważnej i romantycznej". Miałam w ogóle nic o niej nie pisać, bo mam bardzo mało o niej do powiedzenia, ale jednak coś mam, a poza tym, strasznie podoba mi się zdjęcie, które jej zrobiłam, więc żal by było go nie wykorzystać.
  Po Jane Austen spodziewałam się czegoś naprawdę super, bo "Dumę i uprzedzenie" kocham całym serduszkiem, a tutaj dostałam taką historię, która w sumie mogłaby się zdarzyć każdemu i w której nie ma nic wyjątkowego. Nie czułam takiego klimatu, nie przywiązałam się do postaci i jeszcze strasznie się wynudziłam i musiałam się praktycznie zmuszać do czytania. Nie polecam "Rozważnej i romantycznej" przeczytajcie zamiast tego "Dumę i uprzedzenie". To była bardzo mini recenzja :P

wtorek, 15 sierpnia 2017

PATELNIĄ GO!/"MOJA LADY JANE" CYTNTHI HAND, BRODI ASHTON I JODI MEADOWS

  Hej, hej, dziś zapraszam Was na recenzję powieści, która po prostu zawładnęła internetem. Pojawiła się właściwie znikąd, bo jej autorki nie są znane, tematyka jest też by się wydawało mało popularna, bo jest to komedia. Na czym polega fenomen "Mojej lady Jane"? Czytajcie  recenzję, a się przekonacie...
  Król Edward dowiaduje się, że jest śmiertelnie chory, a niestety, ma szesnaście lat, więc nie ma potomka, który by go zastąpił. Decyduje, że tron po nim przejmie jego kuzynka Jane, a po niej jej dzieci. Pociechy nie pojawią się jednak, gdy nie będzie męża...W tym celu dziewczyna ma wziąć ślub z Giffordem(ale woli, żeby mu mówić "G"), który ma jednak jedną małą, zupełnie nieistotną cechę...Mianowicie, w dzień jest koniem, a w nocy człowiekiem. Małżonkowie, delikatnie mówiąc, nie lubią się, ale to jednak jest małe zmartwienie w porównaniu z tym, że będą musieli walczyć o tron Anglii.
  Zanim jeszcze przejdziemy do regularnej recenzji to powiem, że jest to alternatywna historia lady Jane Grey, która była królową przez 9 dni, a później została ścięta. Autorkom było jej szkoda, więc postanowiły napisać o tym, co by się stało gdyby jednak przeżyła.
  Słuchajcie, ta książka jest niesamowicie wciągająca, czyta się ją strona po stronie i w ogóle nie czuje się upływającego czasu. Bardzo dużo się tutaj dzieje, często mamy jakieś zwroty akcji i wbrew pozorom to wszystko trzyma w napięciu, czego kompletnie się nie spodziewałam.
  Myślałam bardziej, że będzie to taka prosta, komediowa historyjka, gdzie będzie opisane takie zwykłe życie królowej tylko, że z  mężem-koniem, a tutaj dostałam zdrady stanu, zamachy, dworskie intrygi. W ogóle prawie zawsze, gdy powieść ma związek z monarchią to nie wykorzystuje się tego potencjału, że można dodać jakieś spiski, a tutaj został on wykorzystany doskonale.
  Niestety, przez tą szybką, wartko płynącą fabułę wydaje mi się, że trochę ucierpiał humor w tej pozycji. Nie twierdzę, że go nie ma, absolutnie nie, po prostu spodziewałam się, że z jednego zabawnego momentu będziemy przechodzili od razu do kolejnego i tak w kółko.
  Poza tym, nie wybuchałam śmiechem, tylko bardziej tak parskałam od czasu do czasu, albo uśmiechałam się pod nosem. Ja żebym zaczęła się śmiać potrzebuję jakiegoś takiego ciągu śmiesznych akcji, a tu czegoś takiego nie było.
  Muszę oddać "Mojej lady Jane", że są tu bardzo wyraziste postacie, każda się czymś odznacza i właśnie się bałam przed przeczytaniem, że w tej całej komedii stracą one swoją osobowość, ale tak się na szczęście, nie stało.
  Jane jest pierwszą bohaterką, która jest lekkomyślna, ale ją lubię. Zazwyczaj ta cecha to było coś, co sprawiało, że dana persona była już u mnie skreślona. Natomiast nasza główna bohaterka postępuje czasami nierozsądnie nie dlatego, że jest głupia, ale dlatego, że albo chce kogoś chronić, albo pomóc. Ma bardzo rozsądne powody by być nierozsądną. Wiem, skomplikowane.
  Za to Edwarda to bym po prostu udusiła...Jego przemyślenia na temat kobiet sprawiały, że w środku mnie się gotowało. Uważał, że nie dają się one do rządzenia i takie tam. Później, co prawda odpokutował, a poza tym, takie były czasy, ale i tak mnie tym denerwował.
  Bardzo mi się podobało to, jak został przedstawiony konflikt: Nieskalani vs. Ewianie. Ewianie potrafili zmieniać się w zwierzęta, a Nieskalani nie. Bardzo często występuje w książkach fantastycznych spór między magicznymi, a nie magicznymi, ale tu został on przedstawiony całkowicie inaczej niż zwykle. Nie jest to jakaś wojna, tylko coś co mogę porównać do "bitwy" między prawicą, a lewicą.
  "Moja lady Jane" to powieść idealna na wakacje, bardzo szybka, lekka i przyjemna. Mimo  wszystko, trzyma w napięciu i na pewno nie będziecie się nudzić, więc polecam.
 
 

sobota, 12 sierpnia 2017

OKŁADKOVE LOVE#2

  Hej, hej, z racji tego, że jestem okładkową sroką jakiś czas temu rozpoczęłam nową serię dotyczącą wydań książek. Pierwszy post z tego cyklu był trochę inny niż ostateczna forma, ale od dziś wpisy tego typu będą miały stałą strukturę. Wybrałam 5 okładkowych pozycji, które albo bardzo mi się podobały, albo budzą we mnie odrazę. Zapraszam ;)
  Wiem, że bardzo często w podsumowaniach miesiąca w kategorii "Najbrzydsza okładka" wygrywa jakieś wydanie filmowe. To, że nie lubię okładek pochodzących od ekranizacji stało się prawie moją zasadą. Jednak tylko krowa nie zmienia poglądów. Wydanie filmowe "Zanim się pojawiłeś" strasznie mi się spodobało, ma w sobie to "coś", przyciąga wzrok, emanuje wręcz duchem tej powieści. Dodatkowo, w porównaniu z oryginalną polską okładką wychodzi zdecydowanie lepiej. Gdybym miała  to piękne wydanie zagraniczne to pewnie inaczej bym patrzyła na to filmowe, ale nie czepiajmy się szczegółów ;)
  Pozostaniemy jeszcze chwilę w temacie "Zanim się pojawiłeś", ale tym razem nie mówię o jednej pozycji, ale o serii. Niesamowicie irytuje mnie, gdy powieści z tego samego cyklu do siebie nie pasują, ale w tym przypadku to niedopasowanie wchodzi na wyższy level. Te książki nawet nie są tej samej wielkości! Jest zupełnie inna kolorystyka, styl okładki. Połączenie tych dwóch wydań jest tak złe jak skarpetki z sandałami! Rozumiem, że okładka pierwszej części jest od ekranizacji, a druga jest oryginalna, ale nawet gdybym do pierwszego tomu kupiła oryginalną to i tak by nie pasowała do drugiego!
  Teraz pokażę Wam kolejny przykład takiego niedopasowania tomów tej samej serii. W tym przypadku, co prawda jest to niewielki szczegół, ale dla tego cyklu akurat nie mam litości, więc ponarzekajmy. Widzicie, że wokół liter na grzbiecie pierwszego tomu jest taka niebieska poświata? Mam nadzieję, że tak. Otóż, na kontynuacjach już tego nie ma i ja się pytam: "Dlaczego?". Jak się mówi "a" to trzeba też powiedzieć "b". Aczkolwiek, to nie jest jedyna rzecz, która poszła nie tak w "Szklanym Tronie"...Więcej w recenzjach.
  Ja ogólnie nie przepadam za twarzami na okładkach. Tak, wiem, że przy "Zanim się pojawiłeś" jakoś mi to nie przeszkadzało. Może dlatego, że na tym zdjęciu jest Sam Claflin, nie wiem. Generalnie w przypadku "Mojej lady Jane" ta cała kolorystyka i styl mi nie odpowiada, bo kojarzy się z jakąś głupią młodzieżówką.
  I tak na dobre zakończenie tego posta wspomnę o wydaniu "Rozważnej i romantycznej". Należy ono do cyklu "Angielski ogród" i naprawdę kocham "Świat książki" za to, że tworzy te cudowne okładki. Nawet gdybym jakoś wzbraniała się przed czytaniem klasyków to i tak bym chciała kupić te powieści, bo wspaniale się prezentują, a gdybym je miała na swojej półce to czułabym, że powinnam je przeczytać.
  W dzisiejszym poście trochę więcej narzekałam na okładki niż je chwaliłam. Mam nadzieję, że w następnym poście będę mówić o samych pięknych wydaniach. Wyczekujcie cierpliwie...

czwartek, 10 sierpnia 2017

O CZŁOWIECZEŃSTWIE, ŚMIERCI I WOJNIE/"ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK" MARKUSA ZUSAKA

  Hej, hej, dzisiaj przychodzę do Was z recenzją bardzo znanej książki, o której ja usłyszałam jeszcze zanim tak bardziej się wciągnęłam w śledzenie książkowej blogosfery i booktube'a. Szczerze mówiąc, dodałam "Złodziejkę książek" na moją listę "Do przeczytania" nie dlatego, że byłam zainteresowana tą historią tylko dlatego, że wypada zapoznać się z tą pozycją. No, ale zobaczmy, co mi z tego wszystkiego wyszło.
  Trwa II wojna światowa. Dziewięcioletnia Liesel Meminger ma wraz ze swoim młodszy bratem zamieszkać u rodziny zastępczej. Na miejsce jednak dociera sama, bo mały Warner umiera w podróży. Na jego pogrzebie kradnie swoją pierwszą książkę, którą jest "Podręcznik grabarza". Ten "poradnik" jest dla niej niczym elementarz, to właśnie dzięki niej stawia pierwsze kroki w czytaniu i odkrywaniu magii słów.
  Zacznę od tego, czego się spodziewałam po tej powieści. Gdy dowiedziałam się, o czym ona jest, że Liesel kradnie te książki, które mają być spalone na stosie przez nazistów ze względu na to, że szerzyły poglądy niezgodne z polityką Hitlera to pomyślałam, że będzie tutaj bardzo dużo akcji. Przewidywałam, że nasza główna bohaterka przez to, że ratuje i czyta zakazane książki będzie uciekała przed żołnierzami, generalnie będzie miała bardzo poważne kłopoty. Tak nie jest. Ona zabiera te książki, raz zakazane, raz nie(w sumie to częściej niezakazane niż zakazane), nikt nic do niej z tego powodu nie ma i to mi się wydawało takie dziwne. Przez to ta cała historia jest bardziej spokojna niż przewidywałam i chyba wolałabym, żeby była bardziej trzymająca w napięciu.
  Tym, co sobie niezwykle cenię w "Złodziejce książek" jest narrator. Mianowicie jest nim Śmierć. To jest chyba najlepsza strona tej pozycji i to wznosi ją na zdecydowanie wyższy poziom niż gdyby historia była opowiadana z perspektywy kogoś innego. Sprawia to, że ta książka wyróżnia się wśród innych, które do tej pory czytałam.
  Ja w ogóle bardzo polubiłam Śmierć. Czasami dodawała ona jakieś wstawki czarnego humoru, co niestety zdarzało się dosyć rzadko, ale gdy już był taki moment to sprawiał, że może nie tyle się śmiałam, co lekko uśmiechałam, ale przecież nawet mały uśmiech jest na wagę złota.
  Natomiast to, co mi się nie podobało w naszym narratorze to, że spoilerowała, kto umrze. Starałam się wyprzeć te informacje z pamięci. I ja naprawdę tego nie rozumiem, czemu autor zdecydował się na taki zabieg. Nie widzę w tym sensu, bo przynajmniej w moim odczuciu nie dodaje to całości takiego dramatyzmu, co na przykład, w "Moulin Rouge!".
  Muszę oddać Markusowi Zusakowi to, że ma niezwykły styl pisania. Zwłaszcza to, jak porównywał dwie, wydawałoby się, kompletnie różne rzeczy było bardzo intrygujące. Skłaniało to do myślenia i takiej zadumy.
  Nie popadamy tu jednak w zbędne filozofowanie i to, że na każdej stronie trzeba dać co najmniej 5 "jakże głębokich" cytatów. Trzymamy się bezpiecznej granicy, gdzie czuć, że "Złodziejka książek" opowiada o takich kwestiach, jak człowieczeństwo, czy śmierć, ale nie robi tego w nachalny sposób.
  Doceniam w tej historii to, że nie osądza, nie zajmuje się polityką tylko po prostu opowiada o wojnie. Przedstawia ją jako piekło, w którym przede wszystkim cierpią cywile, nieważne, czy są po stronie "tego złego", czy "tego dobrego".
  Teraz się poprzyczepiam do takich małych szczególików, które jednak troszeczkę mi przeszkadzały podczas czytania. W tej powieści jest szalenie mało Hitlerjugend, czyli w takim dużym uproszczeniu organizacji młodzieżowej, która czci Hitlera. Bardzo mnie nurtowało podczas czytania jak ona działa, na czym to dokładnie polega i w ogóle, a niewiele nam o tym powiedziano.
  Ja dochodzę do wniosków, że Liesel ma chyba jakąś super moc, bo jej się udaje ukraść tylko dobre książki. Nie natrafiła na żadną złą powieść w trakcie całej tej historii. Jak to jest możliwe? Nie wiem, ale też bym tak chciała.
  Mimo, że większość "Złodziejki książek" nie porwała mnie tak bardzo, jak się tego po niej spodziewałam to zakończenie sprawiło, że płakałam i było mi bardzo smutno. Nie jest to ten typ powieści, który lubię najbardziej, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią, bo mimo tego, że nie jest to książka mrożąca krew w żyłach to na pewno jest bardzo wartościowa.