Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekranizacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 listopada 2017

BO KAŻDY CZASAMI LUBI SIĘ BAĆ.../"TO" STEPHENA KINGA

  Hej, hej, tak się składa, że niedawno było Halloween, więc ja stwierdziłam, że przeczytam pierwszy w moim życiu horror. Mój wybór akurat padł na "To" Kinga, bo ostatnio jest o tej pozycji dość głośno przez ekranizację. W ogóle byłam na tym filmie z moją klasą i powiem Wam, że bawiłam się świetnie. Moim zdaniem, nie był to taki 100% horror, ale dla mnie to akurat było ok, bo nie lubię się aż tak bardzo bać. Na "strasznych" momentach się śmiałam, ale nie znaczy to, że dlatego, że były tak złe, ale wiecie jak to jest, gdy się ogląda utwór w towarzystwie. Zwłaszcza, że ja siedziałam koło takiej dziewczyny, która ma chyba wyłączone odczuwanie strachu, bo kiedy byliśmy w Energylandii na takim 40 m młocie to ona w ogóle nie krzyczała i siedziała z wyrazem twarzy mówiącym: "Aha, czyli to wszystko?" i ona w kinie praktycznie wciąż śmiała się pod nosem. Generalnie, określiłabym tą produkcję jako przyjemną przygodówkę z elementami grozy. Poza tym, ciekawe jest to, że moja pierwsza recenzja była o książce Stephena Kinga, a teraz też nowy rok bloga otwiera post o jego powieści. W ogóle, jeśli nie widzieliście postu z okazji pierwszych urodzin to polecam Wam go przeczytać, bo bardzo długo nad nim siedziałam. Dobra, a teraz po tym bardzo długim wstępie, zacznijmy!
  Derry od zawsze było dziwnym miasteczkiem. Normalnym było to, że była tu zwiększona liczba morderstw, gwałtów i zaginięć dzieci. Zwłaszcza co 27 lat powtarzał się cykl wielu dramatycznych wydarzeń, które rozgrywały się niedługo po sobie. Gdy młodszy brat Billa, George zostaje zabity przez tajemniczą istotę, znaną jako To, chłopiec postanawia wraz ze swoimi przyjaciółmi ją zgładzić.
  Powiem Wam, że ta książka jest ciekawa, ale jej minusem zdecydowanie jest jej długość. Ma ona 1100 stron! Rekord najgrubszej powieści na mojej półce właśnie został pobity! Moim zdaniem, to wszystko jest zbyt przeciągnięte i To pojawia się tam tyle razy, że zaczynami się do niego jakby przyzwyczajać.
  Długość "Tego" bierze się z tego, że jest tu oprócz historii tej paczki dzieci, o której mówiłam w skrócie fabuły, historia tych samych osób jako dorosłych. Według mnie, ten wątek jest kompletnie niepotrzebny i można by było po prostu wziąć zakończenie z tej części, gdzie oni wszyscy są już pełnoletni i "wkleić" zamiast tego, gdzie są jeszcze młodzi.
  Gdy przeczytałam z tyłu książki: "Najbardziej przerażająca powieść króla grozy" to pomyślałam, że im się pewnie coś pomyliło i opierałam się na filmie, który w ogóle nie jest straszny. Gdy zaczęłam czytać myślałam, że chyba jednak nie popełnili błędu. Miałam ciarki i czułam takie wieczne napięcie. Miałam wrażenie jakbym miała lada moment wybuchnąć. Apeluję jednak, że jeśli czytacie początek tej pozycji i myślicie: "Nie, to jest dla mnie za straszne" to brnijcie w to dalej, bo później, przynajmniej w moim przypadku wszystko się zmieniło i przestałam się bać. Myślę, że to były spowodowane tym, że To objawia się jako to, czego najbardziej się boimy, coś jak bogin w "Harrym Potterze". Dla mnie lęki tych bohaterów typu olbrzymi drapieżny ptak nie były przerażające.
  Ja chciałam głównie przeczytać "To" z jednego powodu. Chciałam jeszcze raz spotkać się z postacią Richie'go. Jeśli oglądaliście film to wiecie, o czym mówię. Był to bardzo wygadany, czasami wręcz bezczelny chłopak, którego teksty i komentowanie różnych sytuacji jest po prostu genialne. W oryginalnej wersji ma on już trochę inny typ humoru taki, który mnie nie śmieszył przez, co czułam się w pewien sposób oszukana.
  Ogólnie, w ekranizacji jest zdecydowanie więcej zabawnych scen niż w wydaniu papierowym. Powiem Wam, że bardzo mi ich brakowało, bo był to jeden z ważniejszych czynników, które wpłynęły na to, że ta produkcja tak bardzo mi się spodobała.
  Ostatnia rzecz, która według mnie, była całkowicie zbędna to wyjaśnienie, czym jest To i zrobienie z tego wielkiej sprawy. Nie powiem dokładnie, o co chodzi, bo spoilery są be. Ja zazwyczaj lubię, gdy rozjaśnia mi się przeszłość czarnego charakteru, ale akurat w tym przypadku zdjęcie tej aury tajemniczość było wyjątkowo nietrafione.
  Podsumowując, jeśli chcecie zacząć przygodę z horrorem czymś lekkim to zdecydowanie polecam Wam "To". Dla mnie film jest jednak zdecydowanie lepszy i idźcie na niego do kina, jeśli jeszcze go grają. Jeśli chodzi o powieści Kinga to "To" umieszczam gdzieś między "Panem Mercedesem", a "Zieloną milą". Nie dam Wam, niestety, linków do recenzji, bo coś mi Blogger szwankuje. A tymczasem do następnego razu i podsumowania października :) 

czwartek, 20 kwietnia 2017

KILKA SŁÓW O SERIALU "13 POWODÓW"

  Hej, moi Drodzy, dziś po raz pierwszy wypowiem się na moim blogu o jakimś serialu i akurat padło na "13 powodów".  Jest to nowa produkcja Netfliksa, która wywołuje olbrzymie kontrowersje.
  Ale jeszcze zanim przejdę do głównego tematu to powiem Wam, że założyłam fanpage, do którego link podałam tutaj. A generalnie to znajduje się on po lewej stronie, tam gdzie jest też mój email. Dobra, powiedziałam o fanpege'u, jestem rozgrzeszona, więc zaczynajmy.
  Serial opowiada o nastoletniej Hannie Baker, która popełniła samobójstwo. Przed śmiercią nagrała jednak 13 kaset, w których opowiada, dlaczego to zrobiła i kto się przyczynił do jej decyzji. Nagrania mają trafić do wszystkich winowajców.
  Zapomniałam dodać, że jest to serial na podstawie książki Jaya Asher'a. Ja na początku stwierdziłam, że najpierw przeczytam powieść, ale później pomyślałam, że muszę już teraz się dowiedzieć, o co tam chodzi. Jeszcze znalazłam jakieś opinie, że lepiej najpierw obejrzeć serial, więc tak zrobiłam.
  Tak naprawdę o tych różnych poglądach na temat tego serialu dowiedziałam się kilka minut temu, kiedy szukałam grafiki, którą dołączyłam do tego wpisu. Wpisałam, więc w wyszukiwarkę "13 powodów", a tam mi wyskakują artykuły o takich tytułach: "Psycholodzy apelują, by nie oglądać najnowszej produkcji Netfliksa" itp. Ja będąc ciekawą, w czym jest cały problem przeczytałam je.
  Chodziło tam generalnie o to, że powoduje on nawroty jakiś złych wspomnień, zaburzeń psychicznych. Moim zdaniem, wszystkie filmy, programy, czy książki, które poruszają temat samobójstwa, gwałtu, czy depresji mogą się przyczynić do pogorszenia stanu osoby o tego typu problemach. Ja wychodzę z założenia, że każdy jest dorosły, no chyba, że nie jesteś dorosły, ale to wtedy w interesie rodziców jest dowiedzieć się, co oglądasz i zdecydować, czy ci na to pozwolić, czy nie, jaki to będzie miało na ciebie wpływ. Jeśli ktoś jest pełnoletni to wie, co jest w stanie znieść, a co nie.
  Według mnie, Netflix zrobił, co w jego mocy, by ostrzec, co ma miejsce w serialu niczego nie spoilerując. Gdy w odcinku miała być jakaś mocniejsza scena to na początku była taka notka o tym, czego można się spodziewać.
  Dobra, ale już nie mówmy o tych kontrowersjach, tylko o samym serialu. Jest on genialny. Ja cały sezon składający się z 13 odcinków obejrzałam w 4 dni, a były wtedy święta, więc jednak nie miałam tyle czasu, co bym miała normalnie na oglądanie.
   Jest on niesamowicie wciągający, ciągle zadajemy sobie jakieś kolejne pytania. Mnie osobiście najbardziej nurtował fakt, co zrobił główny bohater, czyli Clay. Gdy się dowiedziałam moje małe serce rozpadło się na milion małych kawałeczków.
  Dobór aktorów jak dla mnie jest mistrzowski. Jakoś każda osoba odgrywająca daną postać do niej pasuje.
  Gdy zaczniecie oglądać to nie zniechęcajcie się tym, że nie wiecie, czy coś dzieje się po śmierci Hanny, czy już po, bo po jakimś czasie wbijecie się w rytm. Nauczycie się zauważać rzeczy, które pozwolą Wam te momenty rozróżnić.
  Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że ten serial tak mi się podoba dopóki się nie skończył. Podobna sytuacja, jak z "Darami Anioła", że interesująca historia, ale nie jakaś zachwycająca, a później nadszedł koniec tego wszystkiego. Gdy skończyłam ostatni odcinek to zamknęłam laptopa i po prostu nie wiedziałam, co mam zrobić ze swoim życiem. Jak mam dalej żyć? Taki "serialowy kac".
  Ja polecam ten serial osobom, które mają mocną psychikę i wiedzą na co się piszą. Takie osoby wychwycą to najważniejsze przesłanie, że trzeba być dobrym człowiekiem, ale to jest taki banał. Najważniejsze jest to, żeby wynieść z tej produkcji to, że trzeba reagować, gdy widzimy, że jakaś osoba ma problemy i nie być obojętnym.
P.S. Soundtrack też jest cudowny, zachęcam do przesłuchania ;)
 

niedziela, 2 kwietnia 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "FANTASTYCZNE ZWIERZĘTA I JAK JE ZNALEŹĆ. ORYGINALNY SCENARIUSZ" J.K. ROWLING

  Hej, dziś zapraszam Was na pierwszą kwietniową recenzję. O tej książce mówiłam już trochę w podsumowaniu marca, ale dziś wypowiem się o niej bardziej szczegółowo. Jest ona dość specyficzna, ponieważ ma formę scenariusza filmowego, ale mi to absolutnie nie przeszkadzało i uważam, że wydanie "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć" jako książkę doskonale dopełnia film.
  Magizoolog, Newt Scamander przyjeżdża do Nowego Jorku. W swojej zaczarowanej walizce nielegalnie przewozi fantastyczne zwierzęta, których hodowla w Ameryce jest zabroniona. Przez zrządzenie losu oraz pewnego nieposłusznego niuchacza dochodzi do pomylenia teczek i jego podopieczni trafiają w ręce mugola, Jacoba Kowalskiego i niektóre stworzenia uciekają z walizki. To zdarzenie jest tym bardziej niefortunne, ponieważ od jakiegoś czasu tajemnicza istota nęka nowojorskich mugoli i podejrzenia mogą paść na Newta i jego zwierzęta.
  Nie sposób wyrażając swoją opinię o tej książce nie odwołać się do filmu. Dzięki spisaniu całej tej historii lepiej zrozumiałam niektóre rzeczy. Były tu opisane wszystkie kadry i jeśli się oglądało film to czytając opis ujęcia od razu się widziało opisywany moment i to było bardzo ciekawe uczucie. Też chciałabym powiedzieć, że to jest jedna z tych pozycji, gdzie lepiej najpierw obejrzeć film, a później przeczytać książkę.
  Postacie, którym towarzyszymy  w tej historii są cudowne, oprócz Tiny, bo ja w ogóle nie rozumiem tej kobiety i tego, do czego ona dąży.
  Poza tym, mamy tu Queenie, która jest tak genialna, że dostała tytuł najlepszej postaci marca. Już, co najmniej w kilku postach pisałam, jak ja ją kocham i uwielbiam, więc nie będę się powtarzać. Dodatkowo, mam jej figurkę FUNKO POP, która posłużyła mi jako "modelka" przy wykonywaniu zdjęcia.
  Jeszcze na zakończenie powiem, że jestem absolutnie zachwycona okładką i ogólnie ozdobieniem książki. Bardzo kojarzy mi się ono z "Wielkim Gatsbym" i w ogóle latami 20., które dla mnie są zachwycające.
  Na sam koniec podsumuję. Polecam obejrzeć film, przeczytać książkę, by zobaczyć świat czarodziejów w innej wersji niż dotąd znaliśmy. Poza tym, nawet jeśli historia ta Wam się nie spodoba to oprawa graficzna będzie niczym dzieło sztuki na Waszej półce.
 

poniedziałek, 13 marca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "SŁUŻĄCE" KATHRYN STOCKETT

  Hej, dziś znów przychodzę do Was z recenzją książki, w której ekranizacji jestem po prostu zakochana i oglądałam ją co najmniej trzy razy. Jak prezentuje się książka w starciu z filmem?
  Lata 60., miasto Jackson w stanie Missisipi. Dla jego mieszkańców to, że w domu jest czarnoskóra służąca jest normalnością. Relacje między gospodarzami, a pomocą są bardzo różne. Niektórzy są okropni dla czarnych kobiet, a w innych przypadkach występuje bardzo silna więź. W tym wszystkim mamy Skeeter, którą praktycznie wychowała służąca jej rodziny, Constantine. Skeeter chce zostać dziennikarką, nie w głowie jej wychodzenie za mąż, co doprowadza do szału jej matkę. Młoda dziewczyna dostaje szansę od losu. Otrzymała możliwość napisania książki, a jej uwaga kieruje się w stronę pomocy domowych.
  Akcja tej książki nie jest oparta na jakiś wielkich wydarzeniach, czy zwrotach akcji. Bardziej na intrygach i tym, jak społeczeństwo dzieli się na lepszych i gorszych. Tę powieść czyta się bardzo przyjemnie i szybko, mimo dość ciężkiego tematu, który porusza.
  Narracja jest pierwszoosobowa, pisana z perspektywy Skeeter lub dwóch czarnoskórych służących, czyli Minny i Aibileen. Te ostatnie posługują się dość uproszczonym językiem, na przykład mówią "we środę", często występuje słowo "coby", zamiast "wziąć" jest "wziąść". Chyba mniej więcej rozumiecie, o co  mi chodzi. Na początku książki strasznie mi to przeszkadzało i nie mogłam się przyzwyczaić do takiego sposobu wysławiania się. Później się do tego przyzwyczaiłam i stwierdziłam, że to dobrze, że autorka zastosowała ten zabieg, bo to dodało pewnej oryginalności historii.
  Postacie w "Służących" są bardzo dobrze zarysowane, nawet te drugoplanowe i trzecioplanowe czymś się odznaczają. Wydaje mi się, że jedynie Stuart został potraktowany trochę po macoszemu.
  Uwielbiam trzy główne bohaterki, chyba najbardziej Skeeter i Minny, mimo, że ta pierwsza bywała czasami hipokrytką, ale nie zepsuło mi to ogólnego wydźwięku tej postaci.
  Poza tym, to jak autorka wykreowała negatywne postacie jest genialne. Postać Hilly jest po prostu obłędna i gdy czytamy o niej to aż czujemy jej złośliwość i fałszywość.
  Bardzo ciekawe było to, jak autorka przedstawiła w "Służących" rasizm. Nie położyła ogromnego nacisku na przypadki pobić i morderstw czarnoskórych osób, choć takie sytuacje tez zostały ukazane w tej historii. Bardziej skupiła się na, swego rodzaju, przemocy psychicznej i takich szpilach, które są wbijane pomocom domowym przez niektóre gospodynie.
  Mimo wszystko, czytając tą powieść najbardziej się przejęłam historią Skeeter. Po prostu to, jak jej własna matka ją krytykuje na każdym kroku, zmusza, by była taka, jak ona chce było straszne i jakoś wywołało to we mnie większe emocje niż reszta historii.
  Jeśli miałabym porównać "Służące" do ich ekranizacji to stawiam na film. Mam wrażenie, że miał więcej takiej charakterystycznej atmosfery, klimatu. Moim zdaniem, jak się widziało tą akcję na ekranie to wywoływało to jakieś większe wrażenia. Film mnie zdecydowanie bardziej wzruszył, zawsze płaczę na nim jak bóbr. Nie zmienia to, jednak faktu, że książka też jest świetna, zachęcam Was do przeczytania jej, a jeszcze bardziej do obejrzenia filmu.

poniedziałek, 6 marca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "MÓJ TYDZIEŃ Z MARILYN" COLINA CLARK'A

  Hej, w dniu dzisiejszym przygotowałam dla Was recenzję cudownej książki. Miałam wobec niej spore wymagania, bo widziałam ekranizację z moim ulubionym aktorem, Eddiem Redmaynem w roli głównej. Obejrzałam ją nawet dwa razy, bo tak mi się podobała, a powieść zdecydowanie jej dorównuje.
  Colin Clark od zawsze marzył, by pracować w kontakcie z filmem. Pierwszą produkcją, w której brał udział był "Książę i aktoreczka". Był tam na stanowisku trzeciego asystenta reżysera, ale spokojne można tą posadę nazwać "chłopiec na posyłki". Colin przykuwa jednak uwagę odtwórczyni głównej roli w filmie, czyli Marilyn Monroe. Obdarza go ona zaufaniem przez co tworzy się między nimi niezwykła więź, która została opisana dopiero po wielu latach.
  Fabuła tej książki tak naprawdę opisuje, pewnego rodzaju, cud. Najsławniejsza kobieta tamtych czasów nawiązuje bliższy kontakt z osobą, która jest najmniej ważna na planie. Owszem, w książkach powtarza się motyw, że jakaś szkolna sława zakochuje się w szarej myszce, ale tu tą "sławą" jest Marilyn Monroe, co wnosi tą powieść na zdecydowanie wyższy poziom, a na plus też działa to, że jest ona prawdziwa.
  "Mój tydzień z Marilyn" z jednej strony opisuje okrutny świat show-biznesu, ale mimo to ta powieść jest bardzo delikatna i spokojna. Nie mamy tu wielkich zwrotów akcji, ale bardzo się wciągamy w tą historię.
  To, jak Colin Clark opisał Marilyn jest po prostu mistrzostwem świata. Przedstawił ją jako postać niesamowicie barwną, ubraną zarówno w ciemne, jak i jasne kolory. 
  Ja jednak osobiście nie wiem, czy polubiłabym Marilyn, jeśli bym ją poznała, ponieważ w niektórych momentach była, jak dla mnie, zbyt oderwana od rzeczywistości. Momentami też sprawiała wrażenie lekko, że tak to ujmę, mało inteligentnej. Nie można jednak jej odebrać tego, że bardzo fascynuje czytelnika.
  Colin po prostu owinął mnie sobie wokół palca i ja nie wiem, jak to się stało. Jest dość lekkomyślny, czego ja nie lubię ogólnie w bohaterach literackich i ludziach. Poza tym, zwłaszcza na początku książki, gdy obok pojawiała się Marilyn to procesy myślowe Colina gwałtownie zwalniały, co też powinno mnie denerwować. On jednak jest w tym wszystkim tak ogromnie uroczy i cudowny, że ja go zwyczajnie ubóstwiam.
  Kluczowym elementem tej książki, który jest też bardzo ciekawy jest cała relacja Colina z Marilyn. Nie jest to miłość, ale moim zdaniem, nie jest to też przyjaźń. To jest coś na pograniczu tych dwóch rzeczy i to jest absolutnie cudowne. Colin nie chce od Marilyn seksu, nie zmusza jej do związku i niczego od niej nie wymaga, ale po prostu ją wspiera, jak nikt do tej pory.
  Ta historia ma tak jakby dwa zakończenia. Jedno, którego można się domyślić po tytule i opisie z tyłu, pozornie smutne, ale wygrane w raczej optymistyczny sposób. Jest też kolejne, które nie zostało szczególnie opisane w książce. Mam tu na myśli to, że Marilyn popełniła samobójstwo i Colin, ani nikt inny nie zdołał uratować tej niezwykłej kobiety i aktorki, a to sprawiło, że mi pod koniec tej powieści zakręciła się łza w oku.
  "Mój tydzień z Marilyn" jest stosunkowo nieznaną pozycją, więc ja Wam ogromnie polecam tą książkę, bo jest wspaniała i zasługuje na zdecydowanie większą popularność.