Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskoczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zaskoczenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 listopada 2017

GDY PATRONEM MEDIALNYM JEST "BRAVO"/"DUFF.TA BRZYDKA I GRUBA" KODY KEPLINGER

  Hej, hej, gdy moja znajoma pożyczyła mi "Duff'" myślałam, że będzie tragicznie. Wskazywała na to okładka, opis z tyłu, po prostu wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły: "Nie czytaj tego!". Postanowiłam jednak podjąć to wyzwanie, ale pozostaje pytanie, czy tego żałuję? Czytajcie dalej, a się przekonacie.
  Bianca jest dziewczyną o dość przeciętnym wyglądzie, a przyjaźni się z bardzo atrakcyjnymi nastolatkami, co sprawia, że jest określana jako "duff", czyli najbrzydsza osoba w towarzystwie. Ma ona jednak bardzo wyrazistą osobowość. Jej życie się zmienia, gdy nawiązuje relacje z najprzystojniejszym chłopakiem w szkole, którego nie znosi, ale jest nim bardzo zaintrygowana.
  Powiem Wam, że tą książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. W ogóle nie męczy i pozwala się oderwać od rzeczywistości. Trzeba wziąć poprawkę na to, że jest młodzieżówką, a ten typ literatury rządzi się swoimi prawami i błędy, które tu pomijałam, ale w przypadku powieści dla dorosłych bym ich nie wybaczyła.
  Powiedzmy sobie szczerze. Ta pozycja jest wręcz nasączona stereotypami. Sama postać Bianki jest taka bardzo typowa. Czasami jednak "Duff" przełamuje pewne schematy. Koleżanki głównej bohaterki mimo tego, że są ładne nie są skończonymi idiotkami, które obchodzą tylko ciuchy, makijaż, imprezy i takie takie. Na dobrą sprawę są nawet inteligentne i to mi się bardzo podobało, bo w społeczeństwie funkcjonuje taki stereotyp, że jeśli ktoś ma piękną buzię to musi być głupi jak but.
  Zachowanie Bianki w pewnym momencie jest tak sprzeczne, że ja nie wiem, czy ona nie ma jakiś zaburzeń osobowości. Nie mogę dokładnie powiedzieć, o co chodzi. Po prostu twierdzi ona, że kogoś nie znosi, ale tą nienawiść okazuje w bardzo specyficzny sposób. Jedynie dobre w tym jest to, że ta postać zdaje sobie sprawę z tego, że jej postępowanie jest całkowicie bez sensu.
  Wes, czyli ten najprzystojniejszy chłopak w szkole, o którym wspomniałam w opisie fabuły na początku jest oczywiście arogancki, trochę chamski i w ogóle. Z czasem jednak ja go polubiłam i uważałam, że jest uroczy, a ta jego nadmierna pewność siebie tylko dodaje mu uroku.
  Zakończenie można przewidzieć już od 20 strony. Nie stanowi ono praktycznie żadnej tajemnicy. Już czytając opis z tyłu można snuć już jakieś przypuszczenia, ale też nie oczekiwałam od tej pozycji, że jakoś wywróci nagle całą fabułę do góry nogami, nagle pojawi się wątek, którego zupełnie się nie spodziewamy i ogólnie walki, pościgi, wybuchy :D
  "Duff" jest dla mnie klasycznym przykładem guilty pleasure. Ta powieść nie jest dobra, jest fatalna, ale jest przy tym tak beztroska i luźna, że to mi kompletnie nie przeszkadza. Można się porządnie wkręcić i siedzieć z nad tą książka dobrą godzinę zanim się zorientuje, że już minęło tyle czasu odkąd się zaczęło. Dobrze czasami sięgnąć po taki tytuł, który pokazuje, że każdy Kopciuszek znajdzie w końcu swojego księcia. Boże, jak słodko się zrobiło...Dobra, zaczynam się roztkliwiać, więc już się z Wami żegnam i do następnego razu :)

czwartek, 10 sierpnia 2017

O CZŁOWIECZEŃSTWIE, ŚMIERCI I WOJNIE/"ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK" MARKUSA ZUSAKA

  Hej, hej, dzisiaj przychodzę do Was z recenzją bardzo znanej książki, o której ja usłyszałam jeszcze zanim tak bardziej się wciągnęłam w śledzenie książkowej blogosfery i booktube'a. Szczerze mówiąc, dodałam "Złodziejkę książek" na moją listę "Do przeczytania" nie dlatego, że byłam zainteresowana tą historią tylko dlatego, że wypada zapoznać się z tą pozycją. No, ale zobaczmy, co mi z tego wszystkiego wyszło.
  Trwa II wojna światowa. Dziewięcioletnia Liesel Meminger ma wraz ze swoim młodszy bratem zamieszkać u rodziny zastępczej. Na miejsce jednak dociera sama, bo mały Warner umiera w podróży. Na jego pogrzebie kradnie swoją pierwszą książkę, którą jest "Podręcznik grabarza". Ten "poradnik" jest dla niej niczym elementarz, to właśnie dzięki niej stawia pierwsze kroki w czytaniu i odkrywaniu magii słów.
  Zacznę od tego, czego się spodziewałam po tej powieści. Gdy dowiedziałam się, o czym ona jest, że Liesel kradnie te książki, które mają być spalone na stosie przez nazistów ze względu na to, że szerzyły poglądy niezgodne z polityką Hitlera to pomyślałam, że będzie tutaj bardzo dużo akcji. Przewidywałam, że nasza główna bohaterka przez to, że ratuje i czyta zakazane książki będzie uciekała przed żołnierzami, generalnie będzie miała bardzo poważne kłopoty. Tak nie jest. Ona zabiera te książki, raz zakazane, raz nie(w sumie to częściej niezakazane niż zakazane), nikt nic do niej z tego powodu nie ma i to mi się wydawało takie dziwne. Przez to ta cała historia jest bardziej spokojna niż przewidywałam i chyba wolałabym, żeby była bardziej trzymająca w napięciu.
  Tym, co sobie niezwykle cenię w "Złodziejce książek" jest narrator. Mianowicie jest nim Śmierć. To jest chyba najlepsza strona tej pozycji i to wznosi ją na zdecydowanie wyższy poziom niż gdyby historia była opowiadana z perspektywy kogoś innego. Sprawia to, że ta książka wyróżnia się wśród innych, które do tej pory czytałam.
  Ja w ogóle bardzo polubiłam Śmierć. Czasami dodawała ona jakieś wstawki czarnego humoru, co niestety zdarzało się dosyć rzadko, ale gdy już był taki moment to sprawiał, że może nie tyle się śmiałam, co lekko uśmiechałam, ale przecież nawet mały uśmiech jest na wagę złota.
  Natomiast to, co mi się nie podobało w naszym narratorze to, że spoilerowała, kto umrze. Starałam się wyprzeć te informacje z pamięci. I ja naprawdę tego nie rozumiem, czemu autor zdecydował się na taki zabieg. Nie widzę w tym sensu, bo przynajmniej w moim odczuciu nie dodaje to całości takiego dramatyzmu, co na przykład, w "Moulin Rouge!".
  Muszę oddać Markusowi Zusakowi to, że ma niezwykły styl pisania. Zwłaszcza to, jak porównywał dwie, wydawałoby się, kompletnie różne rzeczy było bardzo intrygujące. Skłaniało to do myślenia i takiej zadumy.
  Nie popadamy tu jednak w zbędne filozofowanie i to, że na każdej stronie trzeba dać co najmniej 5 "jakże głębokich" cytatów. Trzymamy się bezpiecznej granicy, gdzie czuć, że "Złodziejka książek" opowiada o takich kwestiach, jak człowieczeństwo, czy śmierć, ale nie robi tego w nachalny sposób.
  Doceniam w tej historii to, że nie osądza, nie zajmuje się polityką tylko po prostu opowiada o wojnie. Przedstawia ją jako piekło, w którym przede wszystkim cierpią cywile, nieważne, czy są po stronie "tego złego", czy "tego dobrego".
  Teraz się poprzyczepiam do takich małych szczególików, które jednak troszeczkę mi przeszkadzały podczas czytania. W tej powieści jest szalenie mało Hitlerjugend, czyli w takim dużym uproszczeniu organizacji młodzieżowej, która czci Hitlera. Bardzo mnie nurtowało podczas czytania jak ona działa, na czym to dokładnie polega i w ogóle, a niewiele nam o tym powiedziano.
  Ja dochodzę do wniosków, że Liesel ma chyba jakąś super moc, bo jej się udaje ukraść tylko dobre książki. Nie natrafiła na żadną złą powieść w trakcie całej tej historii. Jak to jest możliwe? Nie wiem, ale też bym tak chciała.
  Mimo, że większość "Złodziejki książek" nie porwała mnie tak bardzo, jak się tego po niej spodziewałam to zakończenie sprawiło, że płakałam i było mi bardzo smutno. Nie jest to ten typ powieści, który lubię najbardziej, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią, bo mimo tego, że nie jest to książka mrożąca krew w żyłach to na pewno jest bardzo wartościowa.

niedziela, 25 czerwca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "ZŁOTA GODZINA" SARY DONATI

  Hej, blisko okresu Bożego Narodzenia dowiedziałam się o pewnej książce, mam tu na myśli, oczywiście, "Złotą godzinę". Już tylko pół roku od tego wydarzenia w końcu po nią sięgnęłam. Zdecydowałam się na to, ponieważ mocno są w niej akcentowane wartości, które są dla mnie bardzo ważne. Generalnie, byłam nastawiona pozytywnie.
  Nowy Jork, 1883. Anna i Sophie Savard są kuzynkami i obie wykonują zawód lekarza. Anna jest chirurgiem, a Sophie położną. Nie przejmują się uwagami na temat ich pracy, są zwolenniczkami równouprawnienia i  sprzeciwiają się konwenansom. Pewnego dnia, Anna pomaga zakonnicom uporać się z falą włoskich sierot, które przypłynęły do Nowego Jorku. Wtedy poznaje Rosę, jej siostrę Lię oraz dwóch braci. Rodzeństwo ma zostać rozdzielone, dziewczynki mają pójść do żeńskiego sierocińca, a chłopcy do męskiego. Przez zamieszanie chłopcy gubią się jednak najstarsza z dzieci nie zamierza się poddać i chce ich odnaleźć. Annie imponuje jej postawa i poszukiwania także dla niej stają się niezmiernie ważne.
  W tej książce jest naprawdę sporo wątków, ale z tych wszystkich tak naprawdę zainteresował mnie tylko jeden. Przez pierwszą połowę Anna chodzi po tych wszystkich przytułkach dla dzieci, by znaleźć braci Rosy. To dosłownie jest 400 stron siedzenia w tych wszystkich instytucjach, gdzie tak naprawdę dzieje się to samo, czyli nic, bo nikt nic nie wie. No i fajnie, fabuła w ogóle nie idzie do przodu.
  Gdy już przebrniemy przez to wszystko rozpoczyna się mój ulubiony wątek, od którego tak trochę czuć kryminałem. Powiem Wam tylko tyle, że jest on związany z aborcją. I niby jest ok, kontrowersyjny temat, jakieś związane z nim zagadki, ale nie. Jeśli dobrze mi się wydaje one nie zostają rozwiązane, nie wiemy, kto popełnił przestępstwo i to nie jest na takiej zasadzie, że autorka pod koniec zasiewa taką niepewność. Ten wątek zostaje po prostu ucięty i już do niego nie powracamy. Poczułam się tak jakby po prostu ktoś mi wyrwał część stron. Jest też opcja, że w tym momencie, kiedy dostajemy odpowiedź na tą zagadkę się wyłączyłam, ale to by tylko dowodziło na to, jak bardzo mnie wciągnęła ta historia.
  Denerwowało mnie w tej powieści to, że zostało tu powielonych wiele stereotypów na temat feministek, bo umówmy się, nazwałabym Annę i Sophie feministkami nawet, jeśli takie słowo nigdy nie padło w tej pozycji. Jako przykład podam to, że Anna nie umiała zbyt dobrze gotować albo, że dla niej jakieś spotkania towarzyskie nie były przyjemnością, bo ona jest stworzona do wyższych celów. Feministka też jest człowiekiem! Też jest kobietą! Przynajmniej nie było tutaj czegoś takiego, że nasze główne bohaterki w ogóle nie były zainteresowane kontaktami z mężczyznami, bo oni są "bee" i tylko chcą sobie je podporządkowywać.
  Też nie podobało mi się, że wszystkie silne kobiety w tej powieści miały bardzo lekki stosunek do aborcji, która jednak jest zabraniem życia. Ja się teraz nie będę wypowiadać, jaki ja mam do niej stosunek, bo bym się musiała tu nieźle rozpisać, a poza tym nie chcę poruszać na blogu o książkach tak trudnych tematów. Powiem tyle, że traktuję to bardziej jako "mniejsze zło", które nie w każdym przypadku powinno być dozwolone niż tak jak to było często określane w tej powieści jako: "pozbycie się kłopotu".
  Idąc dalej, ja myślałam, że w tej pozycji będzie pokazana taka konkretna walka o prawa kobiet. Spodziewałam się, że będzie wychodzenie na ulice, będziemy świadkami jakiś przełomowych zmian w tym temacie albo, że chociaż wejdziemy do podziemia, będzie tajne rozdawanie ulotek o środkach antykoncepcyjnych lub samych środków. Wiem, że to, że ta walka jest tak cicha i mała wpływa na to, że bohaterki i wydarzenia wydają się bardziej prawdziwe, ale prawdziwe życie to ja mam na co dzień i w książkach oczekuję czegoś więcej.
  Podsumowując, "Złota godzina" moim zdaniem, nie wprawia w nastrój typu: "Te kobiety to jednak potrafią być ekstra", czego się po niej spodziewałam. Bardziej szkodzi w osiągnięciu tego stanu niż pomaga, a celom rozrywkowym nie może służyć, bo jest po prostu nudna.


czwartek, 8 czerwca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "LOLITA" VLADIMIRA NABOKOVA

  Hej, po dłuższej przerwie wracamy do pisania recenzji i na pierwszy ogień po tym czasie pójdzie "Lolita". Wiedziałam o tej książce dość mało. O fabule praktycznie nic, jedynie słyszałam kilka razy, że jest to powieść dobra, więc kiedy niczego nieświadoma przeczytałam opis z tyłu byłam lekko zszokowana i zaraz się przekonacie czemu.
  Główny bohater, Humbert Humbert szukając dla siebie miejsca do zamieszkania trafia do domu wdowy, Charlotty Haze. Posiada ona dwunastoletnią córkę Dolores, na którą Humbert mówi Lolita. Od początku jest nią zafascynowany, widzi w niej idealną nimfetkę. Nazywa on tak dziewczynki do 14 roku życia, do których czuje pożądanie i usiłuje nawiązywać z nimi niemoralne relacje. To samo zamierza zrobić z Lolitą, która jednak uważa za inną niż wszystkie pozostałe.
  Tak mniej więcej przedstawia się fabuła "Lolity". Na początku zastanawiałam się, czy chce mi się czytać coś takiego, ale nie miałam nic innego, więc postanowiłam zaryzykować.
  Nabokov ma piękny styl pisania, naprawdę jest to jeden z najlepszych elementów tej powieści. Czasami wplata francuskie słowa w dość istotnych miejscach, a że nie znam tego języka było to dla mnie małym utrudnieniem. Myślę jednak, że dodaje to całości pewnej wyjątkowości (jak mi się zrymowało :D).
  Nie powiem, żeby ta pozycja była jakąś najbardziej wciągającą na świecie. Nie jest to ten typ historii, którą najbardziej lubię, gdzie są walki, pojedynek dobra ze złem itd. Nie nudziłam się jednak tak bardzo, jak się tego spodziewałam. Daję fabule takie 5/10.
  Moim zdaniem, ta powieść bardzo by zyskała, jeśli byłaby napisana z perspektywy Lolity, a już najlepiej by było, jeśli niektóre rozdziały byłyby napisane z punktu widzenia Humberta, a inne z punktu Dolores.
  Przez pierwsze strony bardzo mi się podobało, że narratorem jest ten chory psychicznie mężczyzna, bo ja lubię takie klimaty, że wchodzimy właśnie do głowy kogoś z kim niekoniecznie wszystko jest w porządku. Mnie zawsze bardzo ciekawi to, jak taka osoba widzi świat. Później jednak, gdy ciągle mówione było o Lolicie, wszystkie uczynki były motywowane właśnie czymś związanym z tą dziewczyną to w środku książki zaczęło się już to robić męczące. Zdaję sobie sprawę, że Dolores była najważniejszym punktem w jego życiu, ale jednak mnie po jakimś czasie przestało to interesować.
  Według mnie, o wiele bardziej interesujące byłoby gdyby "Lolita" została opowiedziana właśnie przez tytułową bohaterkę. Myślę, że z zapartym tchem czytałabym o tym, jak ona odczuwa te wszystkie wydarzenia, jak to na nią wpływa, bo to jest tak naprawdę bardzo istotne.
  Wbrew pozorom o tej bohaterce nie mamy powiedziane zbyt dużo. Wiem, przed chwilą narzekałam, że zbyt wiele się o niej mówi. Humbert jednak głównie opowiada o niej jak o przedmiocie, jego słowa na jej temat dotyczą głównie ciała. Pokazana jest nam jedynie zewnętrzna warstwa jej charakteru, to, że jest wulgarna, złośliwa, bezwstydna, czasami nieznośna. Uważam jednak, że za tym na pewno kryje się coś więcej.
  Podsumowując, jeśli ktoś lubi literaturę ambitną to "Lolita" mu się spodoba. Ja przeczytałam, dowiedziałam się, o czym jest tak słynna książka. Mnie niezbyt zachwyciła, też nie była jakimś gniotkiem. Raczej do niej nie wrócę, jednak gdyby Vladimir Nabokov wciąż żył i postanowił napisać tę powieść z Lolitą w roli narratora to na pewno bym po nią sięgnęła.

wtorek, 9 maja 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "ZABIĆ DROZDA" HARPER LEE

  Hej, dziś przychodzę do Was z dość klasyczną i kultową powieścią, ale jednak nie aż taką starą, bo powstałą w latach 60. Po tej książce spodziewałam się czegoś trochę innego, ale więcej dowiecie się po przeczytaniu recenzji.
  Lata 30., Stany Zjednoczone. Ojciec Jema i Jean Louise, potocznie nazywanej Skautem, Atticus jest prawnikiem i  właśnie otrzymał prawdopodobnie najtrudniejszą sprawę w jego karierze. Ma za zadanie bronić w sądzie czarnoskórego mężczyzny, czyli Toma Robinsona posądzonego o zgwałcenie białej dziewiętnastolatki. Wszyscy uważają, że Tom jest winny, a nawet jeśli nie to i tak może pójść do więzienia albo i na śmierć, bo "jest czarny, więc to żadna strata". Atticus jednak postanawia doprowadzić do sprawiedliwego procesu i wyroku, na który nie będzie miał wpływu kolor skóry oskarżonego.
  Zacznę od jednej z rzeczy, które najbardziej mnie zdziwiły w "Zabić drozda". Mam tu na myśli to, że przez co najmniej 100 stron w ogóle nie mamy nic wspomniane o tym, co przytoczyłam w opisie fabuły. Ogólnie ten fragment bardzo mi się podobał i bardzo się w niego wciągnęłam.
  Opowiadał on o tym, jak Jem i Skaut codziennie przechodzili w drodze do szkoły obok domu, w którym mieszkał bardzo tajemniczy człowiek. Od wielu lat nikt go nie widział i nie było nawet wiadomo, czy on żyje, czy nie.
  Ja muszę się przyznać, że przez te pierwsze rozdziały to myślałam, że nie wytrzymam z tego  napięcia. Po prostu dość mocno się bałam.
  Nie jestem przyzwyczajona do takich klimatów, kryminałów mam bardzo mało na swojej półce, jeśli w ogóle jakiś mam. Chciałam przeczytać "Behawiorystę" Mroza, ale akurat nie było w księgarni, a później jakoś nie kupiłam w internecie. Dobra, ale zeszliśmy z tematu. Chodzi mi o to, że była to dla mnie ciekawa i miła odmiana. Trochę strachu jeszcze nikomu nie zaszkodziło ;)
  Drugim elementem, którego nie spodziewałam się tutaj spotkać to to, że narracja jest prowadzona z perspektywy dziecka, a konkretniej Skauta, która swoją drogą jest bardzo sympatyczną postacią, bardzo często się uśmiechałam czytając te historię właśnie ze względu na nią. Ujmowało mnie to jak się ona sprzeciwiała tej całej etykiecie panującej wśród dam, sukienkom, niedzielnym podwieczorkom. Jest taką małą buntowniczką.
  Nie zdarza mi się czytać powieści dla dorosłych, gdzie narratorami są dzieci. Poznałam dzięki temu, jak ciekawie przedstawia się wtedy inne postacie. Mam na myśli to, że wszystko jest wtedy pokazane w bardziej karykaturalny sposób, inaczej się patrzy na wszystko okiem dziecka, np. Atticus dla Jean Louise był zawsze dobry i mądry i to już nie podlegało żadnej dyskusji.
  "Zabić drozda" jest naprawdę mądrą pozycją, bardzo wartościową. Mnie również bardzo wciągnęła, a to jednak też jest ważne. Wszystkie te myśli, które ma nam do przekazania autorka są wyłożone w bardzo subtelny sposób. Mnie bardzo denerwuje, gdy w książce jest ciągle głęboka sentencja, głęboka sentencja, głęboką sentencją poganiająca. Tu tego nie ma, a i tak wszyscy wiedzą, co Harper Lee miała na myśli, więc za to należy się wielki plus.
  Uważam, że każdy powinien zapoznać się z "Zabić drozda", bo ta historia przekazuje takie niebanalne wartości moralne. Ten tytuł nie trafił, co prawda na listę moich ulubionych, ale myślę, że od czasu do czasu będę do niego wracać, bo naprawdę dobrze mi się go czytało mimo, że doznałam lekkiego szoku literacko-gatunkowego ;)
P.S. Polecam serdecznie "Zieloną milę" Stephena Kinga, bo tematyka jest trochę podobna, a to już jest jedna z moich najukochańszych powieści :)

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "MROCZNIEJSZY ODCIEŃ MAGII" V.E.SCHWAB

  Hej, dziś mam dla Was recenzję, którą miałam napisać wczoraj, ale niestety mi się nie udało, więc robię to dzisiaj. Na "Mroczniejszy odcień magii" byłam nastawiona bardzo pozytywnie, co prawda ziarnko niepokoju zasiała we mnie opinia Zuzi z kanału "Kulturalna szafa", ale nadal byłam raczej spokojna o to, że ta pozycja będzie dobra. Niestety, się przeliczyłam.
  Na świecie są cztery Londyny. Jest Londyn Czerwony, gdzie panuje pokój i magia żyje w zgodzie wraz z człowiekiem. Londyn Szary, gdzie o magii praktycznie się zapomniało, w Londynie Białym magia jest nadużywana przez mieszkańców oraz Londyn Czarny, który został zniszczony przez magię. W tym pierwszym mieszka Kell, młody antari, czyli osoba, która może się przemieszczać między tymi miastami. Oprócz niego został jeszcze tylko jeden taki człowiek. Kell, by dodać trochę emocji do swojego życia zajmuje się także przemytem i pewnego dnia, w jego ręce trafia przedmiot z Czarnego Londynu. Nie powinien on istnieć, ponieważ wszystkie rzeczy pochodzące z tego miejsca podobno zostały zniszczone. Antari musi jednak rozpocząć niebezpieczną podróż między Londynami, by zniszczyć ten niebezpieczny obiekt razem z towarzyszącą mu złodziejką, Lilą.
  Nie skomentuję tego, jak wiele razy użyłam słów "Londyn" oraz "magia" w opisie fabuły tej powieści. Musicie mi wybaczyć...
  Ja czytając tą książkę nie odczuwałam żadnych emocji. Po prostu nic. To było coś takiego, jakby autorka wyłączyła we mnie wszelkie uczucia. Jeszcze, gdy na początku było tak niemrawo to myślałam sobie, że przecież było tyle pochlebnych opinii o tym tytule, na pewno się rozkręci. Później zobaczyłam, że zostało mi 50 stron do końca i chyba moje nadzieje się nie sprawdzą.
  Nie wiem, czym to było spowodowane, bo nie mogę powiedzieć, że akcji było mało, ciągle się coś działo. Jakoś nie potrafiłam się wkręcić w ten świat, w tą historię i pod koniec wywoływała u mnie ogromne fale ziewania.
  Ja mam w ogóle problem z tym całym wykreowanym uniwersum. Jest kilka Londynów, ale zupełnie nic z tego nie wynika.
  Uważam, że pomysł autorki nie był jakoś bardzo oryginalny. Ja zauważyłam inspirację "Harrym Potterem", jeśli chodzi o ten przedmiot z Czarnego Londynu, bo go tak samo jak horkruksów nie da się tak zwyczajnie zniszczyć. I o ile w serii "Pani Peregrine" wydaje mi się, że gdy pojawił się wątek podobny czymś do wspomnianego wcześniej cyklu J.K. Rowling to był on bardziej poboczny. Tutaj jest to główny temat i to on trzyma całą fabułę.
  Plus, oczywiście widoczny był tu też "Władca Pierścieni", bo trzeba było coś bardzo złego odnieść na jego miejsce, by to zniszczyć.
  Ja nie trawię głównego bohatera tej historii. Dla mnie, Kell jest strasznie nijaki, taki płaski. Nie umiem powiedzieć żadnej jego cechy poza tym, że był odważny, ale co druga postać w książkach jest odważna.
  Dodatkowo, jest tutaj Lila, która ogromnie kojarzy mi się z Mare z "Czerwonej królowej". Do obu mam taki sam problem. Czemu złodziejki w powieściach zawsze są takie ponure, mają ciężkie życie i takie tam? Ja rozumiem, że wtedy bohaterka jest bardziej realistyczna, ale ja bym wolała, żeby miała ona więcej poczucia humoru i więcej takiego "cwaniakowania". Chciałabym, żeby była jak Flynn z "Zaplątanych". Wiem, że to jest bajka, ale ja po prostu wolę postacie tego typu.
  Koniec końców, subiektywnie ta powieść mi się nie podobała. Na pewno nie sięgnę po kolejne tomy z tej serii, bo po prostu jakoś nie poruszyła mnie ta historia, ale może komuś z Was się spodoba, bo naprawdę słyszę o tej książce różne opinie.

środa, 5 kwietnia 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "DUMA I UPRZEDZENIE" JANE AUSTEN

  Hej, dziś przychodzę do Was z recenzją absolutnie klasycznej, kultowej pozycji jaką jest "Duma i uprzedzenie" Jane Austen. Do tej powieści musiałam się przekonać, ale gdy to już się stało to zakochałam się i póki co, ta książka jest największą perełką 2017 roku.
  Państwo Bennetowie posiadają 5 córek. Największą ambicją matki dziewcząt jest wydać je za mąż, najlepiej za kogoś zamożnego. Ten plan jest tym bardziej desperacki, gdyż rodzina ta nie może pochwalić się zbyt wielkim majątkiem. Można, więc sobie wyobrazić, co się dzieje u Bennetów oraz w całej okolicy, gdy do miasteczka przybywa bogaty, przystojny i przemiły kawaler. Jedyną jego wadą jest to, że wszędzie towarzyszy mu odpychający i niekulturalny przyjaciel.
  Przez pierwsze kilka stron nie pałałam jakimś olbrzymim uczuciem do tej powieści. Musiałam się przyzwyczaić do języka, który w niej występuje jednak przez resztę książki w ogóle mi on nie przeszkadzał, a dodawał pewnego wyróżniającego się klimatu.
  Ta pozycja jest tak naprawdę zbudowana na swojej oryginalnej atmosferze. Niektórzy bohaterowie są bardzo groteskowi, przerysowani. Mówię tu raczej o tych mniej sympatycznych postaciach. Rozrysowanie ich jednak tak grubą kreską sprawiło, że są całkowicie niepowtarzalni i ich "nieprawdziwość" nie sprawia żadnego problemu podczas czytania i możemy dzięki temu odkryć coś zupełnie innego niż w pozostałych książkach.
  Ta cecha jest tym bardziej ważna, ponieważ taka prawdziwa akcja i to, do czego będziemy zmierzać aż do końca zaczyna się dopiero tak w połowie historii, a do tej pory mamy wrażenie, że czytamy trochę o wszystkim i o niczym. Mimo to, ta pierwsza część też mnie interesowała i wciągnęłam się w nią właśnie przez tą niezwykłość tej powieści.
  Mówiąc o "Dumie i uprzedzeniu" nie można pominąć pana Darcy(lub pana Darcy'ego, nie wiem, czy to odmieniać :D). Ja przed przeczytaniem tej pozycji, gdy słyszałam te wszystkie zachwyty na jego temat to sobie myślałam, że nie, ze mną nie będzie tak łatwo. Byłam przekonana, że nie ulegnę urokowi tego dżentelmena i cóż, przegrałam tę bitwę. Pan Darcy jest absolutnie cudowny, uwielbiam go i już trafił na listę moich ulubionych męskich bohaterów.
  Co do Elizabeth, czyli głównej bohaterki to uważam, że jest naprawdę rozsądną, młodą kobietą. Gdy zmieniała zdanie po kilka razy zawsze udawało mi się znaleźć dla niej jakieś usprawiedliwienie. Może brakuje jej trochę takiej charyzmy, ale wydaje mi się, że jest to jedna z tych postaci, którą można brać za przykład do naśladowania.
  Przed zapoznaniem się z "Dumą i uprzedzeniem" myślałam, że nie lubię klasyków. Teraz mam zaplanowane, by przeczytać co najmniej cztery. Chyba dwie od Jane Austen, a dwie od sióstr Brönte. Nie zamierzam jednak na tym poprzestać, bo właśnie otworzyły się dla mnie kolejne bramy w świecie literatury i nie chcę tego marnować.
  "Duma i uprzedzenie" jest po prostu magiczna, ma w sobie "to coś", które występuje we wszystkich moich ulubionych książkach. Pozornie zwyczajna historia, ale emocje są gwarantowane i ja będę na pewno wielokrotnie do niej wracać.

piątek, 17 lutego 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "DZIEWCZYNA, KTÓRĄ KOCHAŁEŚ" JOJO MOYES

  Hej, dzisiaj mam dla Was recenzję książki, którą dostałam na urodziny i, która kompletnie mnie zaskoczyła. Jest ona potwierdzeniem przysłowia, że nie można oceniać po pozorach. Opis z tyłu, tytuł oraz okładka, która swoją drogą bardzo mi się podoba, wskazywała na coś całkowicie innego, coś banalnego, przesłodzonego i coś, co mi się w ogóle nie spodoba.
  Francja, 1916 rok. Sophie Lefevre żyje w małym miasteczku pod niemiecką okupacją. Każdego dnia walczy o przetrwanie siebie i swojej rodziny oraz wyczekuje powrotu męża. Pewnego razu, dostaje ona rozkaz, by gotować dla Niemców stacjonujących w jej okolicy i gościć ich w swoim hotelu. Sophie, jednak wzbudza niepokojąco duże zainteresowanie dowódcy tego oddziału, a jeszcze większe jej portret namalowany przez małżonka tej kobiety.
  Londyn, 2006 rok. Liv żyje samotnie w swoim ogromnym, szklanym domu. Po odejściu jej męża, Davida straciła wszelką chęć do życia. Jest zadłużona i nieszczęśliwa. W tych ciężkich chwilach pocieszenie stanowi dla niej obraz wiszący w jej sypialni pod tytułem "Dziewczyna, którą kochałeś". Niestety, ma on zostać jej odebrany, ale Liv postanawia się nie poddać i walczyć.
  Mogliście zauważyć, że jedna część historii dzieje się w czasie I wojny światowej, a druga w czasach współczesnych. Mnie osobiście bardziej poruszyła ta pierwsza, ale obie są wciągające i łączą się w subtelny sposób. 
  Mimo, że to nie jest literatura, którą zwykle czytam to ta historia mnie całkowicie pochłonęła. Mamy tu odkrywanie tajemnic z przeszłości i zdecydowanie nie jest to beztroska opowieść, czego się po niej spodziewałam. Są tu, jednak delikatne akcenty humorystyczne, które dodają całej książce lekkości, która nie przyćmiewa, jednak omawianych przez nią poważniejszych tematów.
  Bohaterowie stworzeni przez Jojo Moyes są niesamowici. Nie chodzi nawet o ich charaktery. Największym plusem głównych postaci jest ich prawdziwość. Są one genialnie wykreowane, nie są przerysowane i jest pokazane to, jak się zmieniają. Poza tym, Liv i Sophie mają w sobie ogromną dawkę odwagi i heroizmu. Poboczne postacie również nie są potraktowane po macoszemu, każdy ma charakteryzujące go cechy i wszyscy się od siebie różnią.
  Zachwyciło mnie to z jakim realizmem autorka przedstawia rzeczywistość. W "Dziewczynie, którą kochałeś" genialnie została pokazana mentalność małomiasteczkowa. Wszyscy wszystko o sobie wiedzą, każdy każdego zna i nic nie umknie uwadze mieszkańców. Jeśli jedna osoba się o czymś dowie to dowie się cała społeczność.
  Wiadomo są też elementy, w których ta powieść jest zbyt idealna. Zbyt nierealnie i romantycznie został pokazany moment poznania Sophie i jej męża Eduarda. 
  W zakończeniu Jojo Moyes sprawia, że czytelnik odczuwa mnóstwo emocji. Wyciąga wszystkie asy z rękawa i ja nie spodziewałam się jej końcowych zagrań, myślałam, że to wszystko zakończy się zdecydowanie inaczej.
  Muszę przyznać, że to było moje pierwsze zetknięcie się z tą znaną autorką. Niezwykle poruszająca "Dziewczyna, którą kochałeś" sprawiła, że zdecydowanie szybciej sięgnę po "Zanim się pojawiłeś" i inne pozycje od Jojo Moyes.