Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bestseller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bestseller. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 kwietnia 2018

TYLKO GDZIE TE ŻÓŁWIE?/"ŻÓŁWIE AŻ DO KOŃCA" JOHN GREEN

  Hej, hej, dziś znów mam dla Was recenzję książki, które w ogóle nie planowałam czytać. Mimo tego, że bardzo lubię twórczość Greena to do "Żółwi aż do końca" jakoś mnie nie ciągnęło. Okazuje się jednak, że dobrze jest czytać takie powieści-niespodzianki, bo wtedy nie ma się wobec nich wygórowanych oczekiwań.
  Aza Holmes codziennie zmaga się z natłokiem niechcianych myśli w swojej głowie. Zdecydowanie utrudnia jej to już i tak ciężki okres dojrzewania. Do tego wszystkiego musi ona odświeżyć kontakt z synem zaginionego miliardera, Davisem Pickettem, który był niegdyś jej dziecinną miłością. Prosi ją o to jej najlepsza przyjaciółka, Daisy, ponieważ liczy, że uda im się uzyskać jakieś informacje, które pomogą w odnalezieniu ojca Davisa, ponieważ jest za to wyznaczaoa nagroda wysokości 100 tysięcy dolarów.
  Nie można powiedzieć o tej pozycji, że jest wciągająca. Nie trzyma w napięciu i nie jest tak, że nie można się od niej oderwać. Ma bardziej taki nostalgiczny, wręcz powolny charakter aczkolwiek nie traktuję tego jako coś złego, bo czasami trzeba zrobić sobie przerwę od tych wszystkich tytułów z biegnącą na łeb na szyję akcją.
  Mi "Żółwie aż do końca" bardzo się kojarzyły z takimi hipsterskimi filmami, nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi. "Amelia" jest na przykład taką produkcją. Mam na myśli takie bardzo artystyczne, poetyckie dzieła, które właśnie nie mogą się pochwalić mrożeniem krwi w żyłach, tylko taką bardziej sielankowością. Taka dokładnie jest ta książka.
  Wydaje mi się, że elementem, który najbardziej mi przypadł do gustu w tej powieści jest to, że choroba psychiczna, dolegliwość Azy, nie wiem, jak to nazwać, jest taka niepopularna. Teraz możecie zapytać: "Co mam na myśli mówiąc o popularnej chorobie psychicznej?". Chodzi mi tutaj, że o takiej depresji powstało na pewno więcej książek, filmów itd. niż, na przykład, o schizofrenii. W tym przypadku mamy chyba do czynienia z nerwicą natręctw, ale nie jestem pewna, bo żadna konkretna nazwa choroby psychicznej głównej bohaterki nie pada.
  Doceniam, że John Green nie poszedł na łatwiznę i nie postanowił obdarzyć Azy jakąś już "oklepaną" chorobą psychiczną. Wiem, że to zabrzmi jakbym była taka bardzo wyrachowana, bo choroby psychiczne to straszna rzecz, a ja mówię o tym jak o jakimś przereklamowanym motywie w literaturze. O nich trzeba mówić i to dużo, ale nie wciąż o tych samych, a poza tym tutaj jakby wypowiadam się jedynie jako czytelnik, a nie działacz społeczny.
  Skoro tak zostajemy w temacie tych problemów psychicznych to nie podoba jak w tej historii mówi się o lekach na tego typu dolegliwości. Mianowicie, jest tu przedstawiony taki pogląd, że one nie działają i tak jakby sprawiają, że nie jesteś sobą. Nie wiem, ile jest w tym faktycznej opinii autora w tej kwestii, a ile przedstawienia toku myślenia osoby chorej. Ja sama nie wiedziałam, co myśleć, o tym, co jest tu mówione, a co ma o tym pomyśleć ktoś z chorobą psychiczną. Może pomyśleć przecież, że to John Green jako John Green mówi, że leki tego typu są złe, więc ona nie będzie ich brać.
  Bohaterowie są dość specyficzni, co dla tego autora jest dość nietypowe, bo zwykle u niego postacie są dość "normalne", że tak to ujmę. Nie chodzi mi o to, że tych przedstawionych w "Żółwiach aż do końca" się nie lubi, ale po prostu ciężko się z nimi identyfikować, bo są aż tak "inni".
  Jest tu dużo takiej mądrości, jest to bardzo dojrzała młodzieżówka. Myślę, że osoby, które lubią zapisywać sobie jakieś cytaty wynajdą w tej pozycji dużo sentencji, które mogą dodać do swoich notatek.
  Generalnie, polecam Wam tą książkę, nie są to w pełni moje klimaty, ale nie będę się kłócić z tym, że jest to pozycja wartościowa.
 

piątek, 6 kwietnia 2018

NOWY I LEPSZY MRÓZ/"NIEODNALEZIONA" REMIGIUSZA MROZA

  Hejka, hej! O, mój boże, jak dawno już nie było recenzji. Wiecie, że musiałam sobie odświeżyć serię mojego życia, czyli "Harry'ego Potter'a". Tęskniłam już jednak za poznawaniem nowych pozycji i teraz już nie mogę się doczekać aż przeczytam wszystkie książki, które doszły na moją listę "Do przeczytania" w czasie tej mojej miesięcznej przerwy. Dziś przygotowałam dla Was recenzję powieści, z którą nie zamierzałam się bliżej poznawać, ale dostałam ją jako prezent, więc przeczytałam ją. Powiem Wam, że to była fantastyczna decyzja, bo dzięki temu diametralnie zmienił się mój stosunek do Remigiusza Mroza.
  Damian Wener odkąd pamięta spędzał każdą wolną chwilę ze swoją przyjaciółką Ewą, która z czasem stała się jego ukochaną. Pewnego wieczoru, mężczyzna postanowił się jej oświadczyć jednak, gdy dziewczyna odpowiedziała "tak" nie zaczęły się gorączkowe przygotowania do ślubu. Para została napadnięta, a Ewa zaginęła bez śladu. Po 10 latach od tego wydarzenia, gdy Damian stracił już wszelką nadzieję na jej odnalezienie trafia na jej zdjęcie na jednym z portali Spotted, a później na tą samą stronę zostaje dodana fotografia zrobiona przez samego Wernera, której nigdy nikomu nie pokazywał.
  Przyznacie, że historia brzmi dość intrygująco. I powiem Wam, że faktycznie taka jest. W przeciwieństwie do "Behawiorysty", gdzie pomysł był ciekawy, natomiast wykonanie dość marne to tutaj autor wyciska wszystkie soki z początkowego zamysłu tworząc z tego niezwykle interesujący napój.
  Fabuła jest niesamowicie wciągająca, w ogóle nie czujemy tego, że brniemy bez przerwy przez nawet kilkadziesiąt stron. Myślę, że jest to spowodowane tym, że na końcu większości rozdziałów pan Mróz serwuje nam genialne cliffhangery, przez co strasznie trudno przerwać czytanie.
  Ciężko jest też się znudzić przy "Nieodnalezionej", ponieważ rozdziały są prowadzone na zmianę z perspektywy Damiana oraz Kasandry, współwłaścicielki firmy detektywistycznej. To są, można powiedzieć, dwie osobne historie, które się ze sobą splatają w wielu miejscach, ale jednak mamy wrażenie, że dostajemy więcej niż początkowo się spodziewaliśmy, więc cały czas jesteśmy zainteresowani tym, co się dzieje. Zwykle przy takich średnich książkach tego typu narracja jest tylko takim dodatkowym gwoździem do trumny, ale tutaj działa jedynie na korzyść.
  Bardzo podoba mi się w tej pozycji również kreacja bohaterów. To prawda, że czasami robią głupie rzeczy, ale ogólnie mają bardzo intrygujące charaktery. Mam tu na myśli to, że większość postaci ma takie dwa oblicza i ciężko wskazać taką, która jest w 100% dobra.
  Idealnym przykładem jest tutaj Robert, mąż Kasandry. Dla mnie jest on czarnym charakterem, ale też zastanawiało mnie to, jak jego dzienna wersja kochającego ojca i człowieka sukcesu może zamieniać się w nocy w damskiego boksera.
  Właśnie bardzo istotnym wątkiem w "Nieodnalezionej" jest przemoc wobec kobiet. I tutaj należy się ogromny plus dla autora za to, jak sformułował dedykację oraz za cytat dodany na początku. Dedykacja brzmi: "Dla tych, którzy wiedzą, że milczenie to najgłośniejszy krzyk", a ta napisana myśl to: "Na świecie są dwa rodzaje mężczyzn-ci, którzy stają w obronie kobiet, i tchórze. Wybór należy do ciebie.". Te kilka słów już mnie złapało za serce i sprawiło, że zaczęłam darzyć ten tytuł większą sympatią. Jeszcze ważnym akcentem, który ja odebrałam bardzo pozytywnie jest notka z tyłu na temat przemocy wobec kobiet, do której został dodany telefon, na który można zadzwonić jeśli się jej doświadczyło.
  Na końcu tej powieści mamy dwa zwroty akcji. Pierwszy bardzo mnie zaskoczył, nie spodziewałam się takiego obrotu spraw, jedynie na kilka stron przed tym, jak ten suspens miał miejsce rozważałam taką wersję wydarzeń. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy miał miejsce ten zwrot akcji  to byłam bardzo zdziwiona. Niestety, pojawia się również drugi suspens, który jak dla mnie jest już takim zbytnim przekombinowaniem, ale on z kolei sprawia, że zakończenie ma zdecydowanie inny wydźwięk. Czujemy taki dobry niedosyt i ta książka od razu wydaje się taka bardziej głęboka.
  Tak teraz myślę i chyba mogę powiedzieć, że "Nieodnaleziona" to na ten moment to mój ulubiony kryminał. Naprawdę, wydaje mi się, że nie czytałam nic lepszego z tego gatunku, a tym bardziej, że jest to nasza narodowa twórczość to serdecznie ją Wam polecam.

wtorek, 13 lutego 2018

KRWIOŻERCZE ROŚLINY DONICZKOWE/"DOTYK JULII" TAHEREH MAFI

  Hej, hej, w końcu doczekaliście się recenzji wiem, że już dość długo żadnej nie było. W ogóle większość "Dotyku Julii" przeczytałam bardzo szybko, a chyba ostatnie  100 stron to aż 3 dni czytałam, ponieważ dopadło mnie zjawisko zwane szkołą. Później jeszcze przyszło choróbsko i nie miałam siły kompletnie na nic, nawet na pisanie recenzji. Dobra, ale koniec już tych wymówek, czas wreszcie się o tym "Dotyku Julii" wypowiedzieć.
  Julia jest zamknięta w czymś na wzór szpitala psychiatrycznego. Znajduje się tam, ponieważ dysponuje niezwykłą mocą, a mianowicie potrafi zabijać dotykiem. Funkcjonuje w tym miejscu w miarę normalnie aż do czasu, gdy jej współlokatorem zostaje Adam, chłopak, którego dziewczyna pamięta już od wczesnych lat swojego życia, ponieważ on jako jedyny nigdy się jej nie bał.
  Szczerze mówiąc, ta książka nie wzbudziła u mnie jakiś takich silnych emocji. Nie była ani jakoś specjalnie interesująca, ani też jakoś strasznie nudna. Ilość akcji akurat mnie zadowala, bo nie mogę powiedzieć, że ciągle siedzimy w tym samym miejscu i gadamy o tym samym, ale jednak nie polubiłam bohaterów na tyle, żeby im jakoś bardzo kibicować.
  Tahereh Mafi ma taki dość specyficzny styl pisania. Chodzi mi tu mniej więcej o tego typu przekreślenia, których zastosowanie mi się podoba, bo jednak dzięki nim jest w tej powieści jest trochę bardziej ciekawie i dodatkowo fantastycznie pokazują wszelkie wątpliwości i przekłamania głównej bohaterki.
  Istnieją jednak też gorsze strony sposobu pisania tej autorki. Ja mam wrażenie, że ona strasznie się starała wepchnąć w "Dotyk Julii" jak najwięcej głębokich metafor. Doceniam, że próbowała, bo jednak w przypadku powieści młodzieżowych autorzy zbytnio nie szaleją i starają się pisać w sposób taki bardzo "poprawny", że tak powiem.
  Ona chciała zrobić coś więcej, ale niestety nie wyszło jej to zbyt dobrze. Czasami te porównania były tak wzniosłe, że aż śmieszne. Ja Wam pokażę takie dwie perełki, przy których aż parsknęłam śmiechem. Pierwsza to było coś w stylu: "Uśmiechnął się do mnie niewielkim uśmiechem wielkości Jowisza" i ja nie rozumiem, czy w końcu to był taki mini uśmiech, czy taki od ucha do ucha, bo jakby te dwie rzeczy się wykluczają, a to zdanie brzmi jakby one występowały jednocześnie. To jest jednak dopiero rozgrzewka, bo drugi znaleziony przeze mnie cytat jest jeszcze lepszy: "Jestem mięsożernym kwiatem, moje ciało jest krwiożerczą rośliną doniczkową". Ja w tym momencie myślałam, że po prostu padnę. Jeszcze gdyby tam było tylko "krwiożerczą rośliną" to byłoby okej, ale to "doniczkową" przelało czarę goryczy.
  Podsumowując, ja skończę na przeczytaniu jednego tomu z tej serii, bo czuję, że tu nie ma potencjału na coś wybitnego, ale pierwszą część Wam polecam, jeśli naprawdę nie macie, co czytać i chcecie się pośmiać ze stylu pisania Tahereh Mafi.

czwartek, 1 lutego 2018

ZABIJANIE NA PRAWO I LEWO/"DIABOLIKA" S.J. KINCAID

  Hej, hej, skończyłam już serię "Wybrani", ale nie tylko ich dostałam pod choinkę. W moich wigilijnych zdobyczach znalazła się również "Diabolika". Powiem Wam, że nie myślałam wiele o tej powieści zanim ją przeczytałam. Wiadomo, słyszałam jakieś pozytywne opinie, ale nie myślałam, że ta pozycja będzie aż tak dobra.
  Nemezis jest diaboliką, istotą, która jest niczym maszyna do zabijania i która jest stworzona do bronienia i kochania tylko jednej osoby, która zostanie jej wskazana. Nemezis ma się opiekować Sydonią Impirian, córką senatora, który bardzo interesuje się nauką, co nie jest dobrze postrzegane przez cesarza. Młoda Impirianka wezwana na dwór pod pozorem zwyczajnej wizyty jednak wszyscy przeczuwają, że to jakaś pułapka stworzona dla ukarania senatora przez skrzywdzenie jego córki. W zamian tego zostaje tam posłana Nemezis by udawała Sydonię, co dałoby podopiecznej znacznie więcej bezpieczeństwa.
  Ja wciągnęłam się w tą historię już od pierwszej strony. Myślę, że jest to sprawa tego, że S.J. ma taki styl pisania, który sprawia, że aż chce nam się czytać i czas spędzony nad książką się nie dłuży. Autorka pisze też bardzo lekko, co tu jest niezwykle potrzebne, ponieważ ten cały wykreowany świat jest bardzo okrutny, a ludzie w nim są w większości bardzo zepsuci. Wydaje mi się, że "Diabolika" jest skierowana bardziej do młodzieży, więc taka prostota jest tu tym bardziej potrzebna.
  Ogólnie, całe to uniwersum bardzo mi się podoba. Niedawno w jednym z postów mówiłam, że ciężko dziś znaleźć dziś oryginalną młodzieżówkę. Nie mówię, że świat "Diaboliki" jest jakiś bardzo wyjątkowy, bo są w nim zawarte pewne schematy, z którymi już wielokrotnie się spotkałam, ale w tym przypadku akurat nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo.
  Fabuła jest bardzo ciekawa, mamy mnóstwo zwrotów akcji i dość sporo bohaterów dzięki czemu nie skupiamy się wciąż na tych samych postaciach i nie jesteśmy znudzeni w żaden sposób. W pewnym momencie w ogóle akcja całkowicie zmienia kierunek i to, co było najważniejsze na samym początku w pewnym momencie już całkowicie nie ma znaczenia.
  Według mnie, to jest bardzo udany zabieg i myślę, że często autorzy myślą, że jak ich książka nie ma więcej niż 500 stron to od początku do końca możemy mówić o tym samym. Czasami owszem, można tak zrobić, ale trzeba wtedy dokładać dodatkowe wątki i w inny sposób zajmować uwagę czytelnika. Często pisarze jednak myślą, że nie muszą robić nic dodatkowego, bo ten główny motyw jest wystarczająco zajmujący uwagę, a w wielu przypadkach tak nie jest i jesteśmy w przypadku takiej powieści skazani na nudę.
  Podoba mi się też to, że S.J. Kincaid nie owija w bawełnę w sprawie Nemezis. Często jeżeli główna bohaterka ma jakąś ciemną stronę albo sporo zabija, jak np. Celaena ze "Szklanego Tronu" to autorzy starają się nam wcisnąć kit, że ona ma jakieś powody, żeby taka być, bla bla bla i ciągle próbują ją usprawiedliwiać. I to mnie niesamowicie denerwuje. Tu czegoś takiego na szczęście nie ma i pani Kincaid stawia kawę na ławę i mówi: "Moja bohaterka morduje na prawo i lewo, musicie się z tym pogodzić".
  Jedyną rzeczą, która zawiodła mnie w tej pozycji jest zakończenie. To znaczy nie mówię, że ono było złe, sytuacja prezentuje się trochę inaczej. Otóż, zbliżamy się do ostatniej strony i jest taki zwrot akcji, który mnie po prostu rozwalił i rozbił na kawałeczki moje biedne serduszko. Wiecie, ale to by było takie pozytywne zniszczenie, które by mnie utwierdziło w przekonaniu, że właśnie przeczytałam niezwykle emocjonującą książkę. Niestety, w życiu  tak pięknie nie ma. Oto nastąpił kolejny zwrot akcji, który skleił mi serce na nowo, a ja nie chciałam, żeby ono było sklejane.
  Podsumowując, ja Wam "Diabolikę" serdecznie polecam. Zdecydowanie się spodoba fanom takich dystopijnych światów i historii myślę, że przypadnie też do gustu fanom sci-fi, bo cała akcja ma miejsce w kosmosie.

czwartek, 25 stycznia 2018

WIELKI FINAŁ W PIĘCIU SŁOWACH/"NIEZŁOMNI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, słuchajcie, mam już za sobą całą serię "Wybrani". Ta przygoda z tymi książkami zajęła mi około miesiąca. Niektóre tomy były lepsze, niektóre gorsze, ale dzisiaj w końcu się wypowiem finalnie o tym cyklu i o tym, jak go oceniam.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH TOMÓW
  Po całkowitej porażce na negocjacjach z Nathanielem w Londynie Carter zostaje porwany. Wszyscy w Akademii Cimmeria pracują nad planem jego odbicia. Allie musi sobie poradzić bez wsparcia chłopaka ze śmiercią Lucindy, zerwaniem z Sylvianem oraz z sekretami, które mają przed nią jej zaufani przyjaciele.
  Mi osobiście "Niezłomni" bardzo przypominali piąty tom "Darów Anioła", czyli "Miasto zagubionych dusz". Cała fabuła skupia się na ratowaniu bohatera, który dość średnio mnie obchodzi. Dla mnie Carter jest nijaki i nie darzę go jakimś szczególnym uczuciem. W ogóle według mnie, bardzo złym posunięciem jest to, że uwaga czytelnika nie jest zwrócona ku jakiejś takiej konkretnej wojnie z Nathanielem tylko takim podchodom.
  Mi tu brakuje takiej wielkiej, ostatecznej bitwy. Rozumiem, że to nie jest "Harry Potter" i że ten konflikt jest w środowisku takich ludzi biznesu, którzy nie będą spotykać się na jakiejś polanie, żeby się pojedynkować, ale można by tu zrobić jakąś akcję w stylu podłożenia bomby do Cimmerii i takiego napadu na tą szkołę.
  Dla mnie finał "Niezłomnych" to jest po prostu jakiś żart. Mówię o tej akcji z odbijaniem Cartera. Czekamy na to przez większość książki i to jest tak, że generalnie jest ogłoszone to, że tam "ci dobrzy" weszli do budynku no i dosłownie nie mija połowa strony i już jest koniec całej operacji. Ja się wtedy po prostu załamałam. Moim zdaniem, autorka powinna w tym momencie opuścić Allie, która w zasadzie nie robi kompletnie nic poza użalaniem się nad sobą i opisać to, gdzie faktycznie się coś dzieje. Zdecydowanie mogłaby tak zrobić, zwłaszcza, że narracja w tej powieści nie jest pierwszoosobowa.
  Jedyną rzeczą, która C.J. Daugherty mnie zaskoczyła to wątek związany z Rachel. Dla mnie to był kompletny szok i bardzo się wtedy identyfikowałam z Allie, bo ona uważała się za idiotkę, bo niczego nie podejrzewała i ja myślałam wtedy o sobie dokładnie tak samo.
  Dobra, nadszedł czas, żeby ogólnie ocenić sagę "Wybrani". Na pewno nie przeczytam jej drugi raz, to nawet nie podlega wątpliwościom. Powiem Wam, że nie polecam tej historii. Nie przywiązałam się jakoś szczególnie do bohaterów, co jest dla mnie szalenie ważne, bo od tego zależy, jak duże emocje odczuwam. Fabuła też nie była jakaś szczególnie porywająca mimo, że trochę próbowałam się oszukać, że jest ciekawa. Poza tym, są tu schematy typowej młodzieżówki wiecie, trójkąty miłosne, irytująca bohaterka, która ratuje świat itd. "Wybrani" zdecydowanie mnie nie zachwycili.

piątek, 19 stycznia 2018

NIEZDECYDOWANIE ALLIE JUŻ MNIE DOBIJA/"ZBUNTOWANI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, słuchajcie za mną jest już przedostatni tom sagi "Wybrani" i powiem Wam, że chociaż ta część nie była zachwycająca to jest bardzo dobrą furtką dla wielkiego finału.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH TOMÓW
  W Akademii Cimmeria została zaledwie garstka uczniów. Treningi Nocnej Szkoły są coraz bardziej intensywne, Allie szykuje się na wielkie negocjacje z Nathanielem, na które ma pojechać razem z Lucindą. Wszystko się jednak zmienia, gdy wszyscy odkrywają, kto był długo poszukiwanym szpiegiem.
  Wydaje mi się, że "Zbuntowani" to taka kolejna cisza przed burzą, ale jednak nie jest ona aż tak tragiczna jak w "Dziedzictwie". Nawet się wciągnęłam w tą historię i śledziłam ją z dość sporym zainteresowaniem. Dobrze się czytało o tych różnych przygotowaniach do ostatecznej walki z Nathenielem.
  Umówmy się, to, kto okazał się szpiegiem nie było dla mnie jakąś olbrzymią zagadką. Spodziewałam się tego praktycznie od momentu, w którym została wytypowana taka trójka głównych podejrzanych. Jeszcze w "Zagrożonych" miałam pewne wątpliwości, ale jak ich skończyłam to sprawa była już dla mnie oczywista. Moim zdaniem, autorka za bardzo przesłodziła tą postać, która była szpiegiem przez co zdecydowanie była ona dość podejrzana.
  Bardzo mi się zaczęła podobać osoba Nathaniela. Naprawdę, podczas tych wielkich negocjacji zauważyłam u niego takie typowe cechy czarnego charakteru psychopaty, który już w sumie się pogubił w tym, co robi.
  Allie mnie w tym tomie po prostu załamała. Myślałam, że ją uduszę. Przez całą powieść myślę: "Dobra, ogarnęła się, zdecydowała się na pana A" po czym na sam koniec Allie mówi: "Też cię kocham, panie B". Po prostu ręce opadają, a najlepsze jest to, że główna bohaterka argumentuje swoją zmianę zdanie tym, że zawsze kochała pana B i nie decyduje się w końcu na pana A z tych samych powodów, które sprawiły, że wcześniej nie zdecydowała się na pana B.
  Dzisiaj taka króciutka recenzja, bo tak jak mówię w tym tomie nie działo się jakoś bardzo dużo, przez co średnio mam, o czym pisać. Mam nadzieję, że w "Niezłomnych" ta sytuacja się zmieni i będę musiała pisać godzinę zanim wymienię wszystkie rzeczy, która w różnych sposób mnie poruszyły lub zastanowiły.

piątek, 12 stycznia 2018

WRESZCIE JAKAŚ WALKA!/"ZAGROŻENI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, mam za sobą już ponad połowę serii "Wybrani". Powiem Wam, że drugi tom zostawił mnie z dużą obawą o to, że ten cykl okaże się słaby. "Zagrożeni" na szczęście ratują honor tej sagi i są bardzo dobrym wejściem dla akcji, która będzie miała miejsce w następnych tomach.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH TOMÓW
  W Akademii Cimmeria pojawia się ogromny problem. Rodzice uczniów chcą ich zabrać ze szkoły ze względu na to, że większość z nich jest po stronie Nathaniela jest po po stronie Nathaniela oraz dlatego, że boją się zagrożenia dla placówki z jego strony. Nauczyciele zachowują się tak jakby w ogóle nie zauważali tej sytuacji, więc do walki musi stanąć grupka odważnych uczniów, w której znajduje się także Allie.
  Słuchajcie, wreszcie coś się dzieje! W tym tomie mamy wyjątkowo mało sercowych rozterek Allie, co jest bardzo na plus. Mamy za to wielką porcję planowania strategii walki, bitew, zasadzek oraz śledzenia różnych osób. Po prostu tu jest taka solidna partyzantka, bo ta grupka uczniów prowadzi tą wojnę z Nathanielem wbrew woli nauczycieli, bo oni by chcieli żeby uczniowie się w to w ogóle nie mieszali.
  Ogólnie, w tej wojowniczej ekipie działają bardzo spoko postacie. Składa się na nią Allie, Carter, Sylvian, Zoe, Nicole i chyba to tyle.To znaczy powiem tak, że aż do przeczytania tej części nie uważałam tych bohaterów za jakichś super, ale to jak działają w grupie sprawia, że pokazują się ze zdecydowanie lepszej strony.
  Między innymi udaje nam się poznać bliżej dzięki tej części cudowną Nicole. Ta bohaterka na początku mnie straszliwie irytowała, bo ja generalnie nie przepadam za kobietami, które są zbyt idealne. Ona właśnie taka była. Później jednak widać to, że ma jaja, że potrafi walczyć o swoje, a jednocześnie ma mnóstwo takie dziewczęcego wdzięku.
  Ogólnie, cieszy mnie to, że w "Zagrożonych" jest bardzo dużo akcji. Zdecydowanie najwięcej z tych trzech części, które przeczytałam. Nawet tu zaleciało mi tu trochę takim ciągiem fabuły typowym dla "Harry'ego Potter'a", a w moich ustach to jest największa pochwała jaką można dostać.
  W tym trzecim tomie też nareszcie są nam wyjaśnione motywacje Nathaniela. Wooow, tłum szaleje! Wcześniej strasznie mi przeszkadzało to, że w zasadzie nie wiem, czemu ten człowiek jest zły w sensie, że nie znam powodów, przez które robi te wszystkie okropne rzeczy. Teraz nareszcie to wiem i nawet okazało się, że te przyczyny nie są takie całkiem bez sensu.
  Chyba tym, co najbardziej mi się nie spodobało w tej powieści to, że ta "ostateczna walka" tego tomu strasznie gwałtownie się skończyła. W ogóle biją się, emocje sięgają zenitu, szala wygranej przechyla się na stronę wroga i nagle dzieje się "coś", co to przerywa i generalnie dziękujemy, można rozejść się do domów. To jest bitwa, na którą się czeka prawie 400 stron i ja oczekuję, że jej końcówka będzie trochę bardziej rozwinięta.
  Podsumowując, "Zagrożeni" bardzo mi się podobali, aczkolwiek nie jest to poziom, który całkowicie mnie satysfakcjonuje. Widzę tu duży potencjał i czekam na jeszcze więcej w kolejnych tomach.

wtorek, 9 stycznia 2018

W POSZUKIWANIU SZPIEGA.../"DZIEDZICTWO" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, za mną już drugi tom sagi "Wybrani" i powiem Wam, że skończyłam go już jakiś czas temu, ale dopiero teraz znalazłam czas na napisanie tej recenzji. W ogóle zauważyłam, że ostatnio wpisy z moimi opiniami o książkach pojawiają się zawsze we wtorek. Dziwne, ale nie o tym jest ten post. Mam nadzieję, że druga część tej serii nie pomiesza mi się z trzecią, bo już przeczytałam parę stron z "Zagrożonych" i akcja tych tomów mi się powoli miesza.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE PIERWSZEGO TOMU
  Allie wróciła na wakacje do domu po obfitującym w traumatyczne przeżycia pierwszym roku nauki w Akademii Cimmeria. Nawet tam jednak nie może być już bezpieczna. Z tego powodu wraca do szkoły wcześniej niż planowała. Tam czekają na nią trudne początki treningów w szkole, poszukiwania szpiega Nathaniela, a także problemy w miłości.
  Jak dla mnie ta powieść to jest klasyczna cisza przed burzą. Jeśli chodzi o wielką politykę to niewiele tu się dzieje w tym temacie poza tym, że wszyscy generalnie dość solidnie się boją, że któregoś dnia do szkoły wbiją ludzie czarnego charakteru, czyli Nathaniela.
  Ale słuchajcie, jeśli chodzi o strefę uczuciową to tu są niezłe dymy. Ogólnie, to jeszcze się nie określiłam na temat tego, czy wolę Allie z Carterem, czy Sylvianem. To znaczy, powiem tak, charakterem zdecydowanie bardziej mi odpowiada ten drugi i po prostu jego nienaganne maniery to coś, co po prostu ubóstwiam, ale to, że prawie zgwałcił główną bohaterkę z pierwszej części jest absolutnie niewybaczalne. Jak teraz tak o tym myślę to chyba autorka nie wiedziała, co zrobić, żeby Allie spiknęła się z Carterem, więc z Sylviana zrobiła jakiegoś zboczeńca mimo, że to się zupełnie kłóci z jego wcześniejszym zachowaniem. Chyba jednak wolę związek Allie z Carterem, bo nie wiem, jak mogłabym zapomnieć ten haniebny czyn Sylvianowi.
  Ogólnie, w "Dziedzictwie" pojawia się nam sporo nowych postaci i większość z nich jest naprawdę niezła. Zoe to bohaterka, która bardzo mi się podoba, chociaż jej zmiana na przestrzeni całej książki jest aż nie do uwierzenia. Na początku jest wredną zołzą, a później się zmienia w swego rodzaju maskotkę Allie. Tak najbardziej podobała mi się ona w środku tej powieści, bo miała takiego swojego trudnego charakterku, była taką wojowniczką, rozrabiaką, ale zarazem miała trochę takiego swojego dziecięcego uroku. 
  W "Dziedzictwie" mamy też trochę więcej Rachel, która jest chyba moją ulubioną bohaterką. Ja w ogóle nie wiem, czemu ona się zadaje z Allie, bo zazwyczaj jest bardzo rozsądną, mądrą dziewczyną, czyli całkowitym przeciwieństwem głównej bohaterki.
  Tak teraz myślę, że kompletnie nie rozumiem motywacji Nathaniela. Jest zły tylko dlatego, bo jest zły. Jedynym jego plusem jest to, że chyba nigdy główna bohaterka nie spotkała go na żywo przez co jest taki enigmatyczny i wnosi trochę tajemniczej atmosfery.
  Taka króciutka recenzja tym razem, bo tak jak mówiłam w tym tomie nie działo się zbyt wiele oprócz tych spraw rozgrywających się w sercu Allie. Mam nadzieję, że w "Zagrożonych" będzie trochę więcej wartkiej akcji i na razie wygląda na to, że moje oczekiwania zostaną spełnione.

czwartek, 4 stycznia 2018

ACH, TE TRÓJKĄTY MIŁOSNE!/"WYBRANI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, witam Was z pierwszą recenzją tej z tych powieści, które dostałam na Święta. O serii "Wybrani" słyszałam wiele dobrego, ale nie miałam jakiś ogromnych wymagań względem pierwszego tomu, więc zobaczmy, czy zdoła on spełnić te malutkie kryteria.
  Allie została kolejny raz wyrzucona ze szkoły. Po tym, jak jej brat Christopher zaginął dziewczyna przeżywa bunt i nie jest w stanie długo się utrzymać w jednej placówce. Jej rodzice w końcu postanawiają ją wysłać do elitarnej szkoły z internatem, Akademii Cimmeria. Większość uczniów jest potomkami członków rządu, bogaczy oraz gwiazd. Z czasem Allie się dowiaduje, że to na pierwszy rzut oka miejsce bez skazy i sekretów skrywa ich naprawdę wiele i nastolatka nikomu nie może ufać.
  Umówmy się nie brzmi to, jak najbardziej oryginalna książka na świecie. Fabuła jest prościutka, ale powiem, że dość łatwo można się w nią wciągnąć. C.J. Daugherty podobnie jak wielu innych autorów i autorek młodzieżowych ma bardzo lekki styl pisania przez co nie czujemy się znudzeni mimo tej nieskomplikowanej akcji.
  Ja bardzo lubię, jeśli dana książka dzieje się w jakimś miejscu, w którym ja sama chciałabym się znaleźć. Ten element jest, np. w "Harrym Potterze" i oczywiście mówię tu o Hogwarcie. W przypadku "Wybranych" coś takiego występowało. Akademia Cimmeria jakoś podbiła moje serce. Chciałabym się uczyć w tak ekskluzywnej, mrocznej szkole.
  Właśnie przez wszystkie strony tej książki towarzyszy nam taka atmosfera tajemniczości, bo tak naprawdę tak samo, jak główna bohaterka nie wiemy kompletnie, o co w tym wszystkim chodzi. Muszę przyznać, że pod koniec już mnie to trochę irytowało, ale generalnie to całe zastanawianie się było takie frustrująco wciągające. Ogólnie, na plus.
  Ja od pierwszego rozdziału wiedziałam, że Allie nie jest postacią moich marzeń, że będę miała z nią na pieńku i nie pomyliłam się. Na początku jest taką typową nastoletnią buntowniczką i niby miała powód, żeby zachowywać się w ten sposób, bo ten jej brat zaginął i w ogóle. Mimo wszystko irytują mnie takie osoby i właśnie ona również działała mi na nerwy. Później niby się trochę zmienia, ale wtedy z kolei staje się taką głupią laską, którą wszyscy muszą ratować, bo wciąż pakuje się w tarapaty.
  Jest pewna postać, którą ja pokochałam i mówię tutaj o Sylvianie. Po prostu idealny przykład dżentelmena, delikatny, nienachalny, romantyk po prostu czysta perfekcja. I nagle wszystko się zepsuło. Zaczęłam go nienawidzić, bo to, co zrobił było niewybaczalne i po prostu złamał mi serce. Nie powiem Wam, co to dokładnie była za akcja, żeby nie spoilerować.
  Czy dobra młodzieżówka może się obejść bez trójkąta miłosnego? Tak, owszem może i nie wiem, czemu większość autorów tego gatunku pozycji jeszcze tego nie ogarnęła, a C.J. Daugherty nie jest wyjątkiem od tej reguły.  Ja się pytam: "Ile można?". Mnie to już przestało bawić. Jeszcze rozumiem, gdy ta bohaterka jest taka super, że zwyczajnie ciężko się w niej nie zakochać, ale Allie to jest taka ostatnia pierdoła, więc nie wiem, o co chodzi.
  Podsumowując, polecam "Wybranych" młodzieży. Myślę, że jako pierwszy tom serii to ta książka jest całkiem niezła. Wydaje mi się, że w następnych częściach zacznę się przywiązywać do bohaterów, bo zaczęłam już czytać kontynuację i pojawiają się tam tacy ludzie, których naprawdę lubię. "Wybrani" są czymś bardzo łatwym, szybkim i przyjemnym, więc jeśli szukacie czegoś takiego to zachęcam do przeczytania.

wtorek, 5 grudnia 2017

FLIRT CZY FILTR?/"PONAD WSZYSTKO" NICOLI YOON

  Hej, hej, dzisiaj mam dla Was recenzję książki, którą przeczytałam akurat teraz w zasadzie czystym przypadkiem. Byłam w księgarni razem z moimi rodzicami i kupowaliśmy jakąś powieść dla mojej babci na urodziny. Ja, jak to ja rozglądałam się po wszystkich półkach i szukając, czy są tam jakieś tytuły, które chcę przeczytać. Zobaczyłam grzbiet książki "Ponad wszystko", wyjęłam ją myśląc: "E, pewnie okładka filmowa". Patrzę, a tam oryginalna oprawa graficzna. Takiej okazji nie mogłam przepuścić, bo jak wszyscy wiemy, gdy pojawia się ekranizacja magicznym sposobem wszędzie znikają pierwotne okładki.
  Madeline ma wyjątkowo rzadką chorobę. Nie może wychodzić z domu, a wszystko wokół niej musi być specjalnie odkażone, bo inaczej każda rzecz wywołałaby reakcję alergiczną, która w przypadku tej właśnie dziewczyny może doprowadzić nawet do śmierci. Nastolatka akceptuje taki stan rzeczy, a nawet go lubi do momentu, gdy do domu obok wprowadza się chłopak Olly wraz ze swoją rodziną. Od razu zaczyna intrygować Madeline, a ich wspólna relacja toczy się taki sposób, jakiego by się nigdy nie spodziewała.
  Powiem Wam, że na początku się wystraszyłam. Spowodował to cytat zamieszczony jeszcze przed rozpoczęciem historii. Wiecie, czasami autorzy dają takie, ja zwykle ich nie czytam, lecz ten wyjątkowo zwrócił moją uwagę. Był to cytat z "Małego Księcia". Może niektórzy z Was wiedzą, że nie znoszę tej pozycji i jeszcze był to ten fragment: "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Jak dla mnie najbardziej oklepany ze wszystkich, bo już tyle razy został umieszczony na facebooku i wszędzie, że dla mnie on już kompletnie stracił przesłanie. Pomyślałam: "O, nie, czy to będzie jedna z tych książek 'ambitny' cytat, na 'ambitnym' cytacie 'ambitnym' cytatem pogania?". Na szczęście okazało się, że moje przypuszczenia były błędne.
  Ogromnym plusem "Ponad wszystko" jest to, że ma w sobie taką lekkość. Mimo tego, że tematyka nie jest jakaś taka najłatwiejsza(nie mówię też, że najcięższa), bo wiecie choroba i te sprawy, to my nie jesteśmy zmęczeni podczas czytania. Ja pochłonęłam tą powieść bardzo szybko, bo nie chciałam się od niej odrywać. To jest jej wielka zaleta, że jest jednocześnie mądra, ale też wyjątkowo przyjemna.
  Zastanawiałam się podczas zapoznawania się z tym tytułem, czy ta choroba, którą ma Maddy, czyli SCID istnieje. Myślałam, że nie, bo wydawało mi się to strasznie dziwne, że rodzi się człowiek, który tak jak inne zwierzęta ma przystosowania do życia na świecie, a ktoś po prostu tych cech, typu odporność, nie ma. Okazało się jednak, że ta przypadłość istnieje i to jest naprawdę świetne, że taka historia, która jest skierowana głównie do młodzieży zwraca naszą uwagę na ludzi, którzy mają w swoim życiu tak ciężko.
  Główna bohaterka generalnie przez to, że siedzi bez przerwy w domu bardzo dużo czyta. Autorka bardzo zręcznie wykorzystuje to, że właśnie taki typ spędzania czasu dała tej postaci, bo bardzo często dodaje jakieś nawiązania z literatury.
  Najczęściej jest tu chyba wspominany "Mały Książę"(blee), ale też "Władcy much", czy "Duma i uprzedzenie". Wyobraźcie sobie, że Madeline kocha pana Darcy tak samo jak ja. Gdy się o tym dowiedziałam poczułam tak olbrzymią więź z tą bohaterką mimo tego, że jej ulubioną powieścią jest właśnie "Mały Książę, czyli spis wszystkich cytatów, jakie mógł wymyślić autor".
  "Ponad wszystko" też zdecydowanie się nie nudzi. Wydaje mi się, że jest to spowodowane interesującą fabułą, ale to jest dość oczywiste, ale często też są w tej książce pokazane jakieś zapiski Maddy. Mamy też trochę wymieniania maili z Ollym, ale też na przykład rysunek makiety, którą zrobiła dziewczyna, czy takie jakby screeny ekranu komputera.
  Moim zdaniem, dwójka głównych bohaterów tworzy naprawdę uroczą, ale zarazem też bardzo dojrzałą parę. Wzajemnie się uzupełniają, Madeline wprowadza do tej relacji trochę spontaniczności i pcha ją do przodu, a Olly z kolei bardzo zaimponował mi tym, że rozumiał, że nie mogą się nawzajem dotykać, bo dla dziewczyny nie jest to bezpieczne ze względu na jej chorobę. Wiecie, zwykle, choć nie chcę generalizować, chłopaki w wieku Olly'ego, jeśli dowiedzieliby się, że nie mogą dotykać swojego obiektu zainteresowania to by powiedzieli: "Do widzenia, elo i cześć".
  Jedyny minus, który zaobserwowałam w związku z ich kontaktami to to, że ich rozmowy na czacie wydawały mi się czasami nienaturalnie bezpośrednie, wszystko mówili tak wprost  i w ogóle. Nie mówię, że to jest źle, bo gdyby w każdym związku tak było to myślę, że liczba zerwań by spadła kilkukrotnie. Nie wiem, może oni po prostu stwierdzili, że i tak mają wystarczająco skomplikowaną sytuację i nie chcą się bawić w te gierki :D
  Zakończenie mnie kompletnie zaskoczyło. Myślałam, że autorka całkowicie pojedzie po bandzie i w sumie pojechała, ale w zupełnie innym kierunku niż się spodziewałam i to było coś, co zupełnie mi nie przeszło przez myśl.
  Podsumowując, "Ponad wszystko" nie jest wybitnym dziełem współczesnej literatury, ale dostarcza rozrywki jednocześnie pozostając inteligentną. Tak naprawdę nie mam się do czego w niej przyczepić oprócz tej wady, która nawet nie wiem, czy jest wadą. Serio, to jest chyba jedyna w ostatnim czasie taka powieść, która praktycznie całkowicie mi się podobała.
P.S. Szybkie wyjaśnienie tytułu posta. Wiecie, bo Maddy musi korzystać z filtrów powietrza, a flirt to wiecie, o co chodzi :D

czwartek, 9 listopada 2017

BO KAŻDY CZASAMI LUBI SIĘ BAĆ.../"TO" STEPHENA KINGA

  Hej, hej, tak się składa, że niedawno było Halloween, więc ja stwierdziłam, że przeczytam pierwszy w moim życiu horror. Mój wybór akurat padł na "To" Kinga, bo ostatnio jest o tej pozycji dość głośno przez ekranizację. W ogóle byłam na tym filmie z moją klasą i powiem Wam, że bawiłam się świetnie. Moim zdaniem, nie był to taki 100% horror, ale dla mnie to akurat było ok, bo nie lubię się aż tak bardzo bać. Na "strasznych" momentach się śmiałam, ale nie znaczy to, że dlatego, że były tak złe, ale wiecie jak to jest, gdy się ogląda utwór w towarzystwie. Zwłaszcza, że ja siedziałam koło takiej dziewczyny, która ma chyba wyłączone odczuwanie strachu, bo kiedy byliśmy w Energylandii na takim 40 m młocie to ona w ogóle nie krzyczała i siedziała z wyrazem twarzy mówiącym: "Aha, czyli to wszystko?" i ona w kinie praktycznie wciąż śmiała się pod nosem. Generalnie, określiłabym tą produkcję jako przyjemną przygodówkę z elementami grozy. Poza tym, ciekawe jest to, że moja pierwsza recenzja była o książce Stephena Kinga, a teraz też nowy rok bloga otwiera post o jego powieści. W ogóle, jeśli nie widzieliście postu z okazji pierwszych urodzin to polecam Wam go przeczytać, bo bardzo długo nad nim siedziałam. Dobra, a teraz po tym bardzo długim wstępie, zacznijmy!
  Derry od zawsze było dziwnym miasteczkiem. Normalnym było to, że była tu zwiększona liczba morderstw, gwałtów i zaginięć dzieci. Zwłaszcza co 27 lat powtarzał się cykl wielu dramatycznych wydarzeń, które rozgrywały się niedługo po sobie. Gdy młodszy brat Billa, George zostaje zabity przez tajemniczą istotę, znaną jako To, chłopiec postanawia wraz ze swoimi przyjaciółmi ją zgładzić.
  Powiem Wam, że ta książka jest ciekawa, ale jej minusem zdecydowanie jest jej długość. Ma ona 1100 stron! Rekord najgrubszej powieści na mojej półce właśnie został pobity! Moim zdaniem, to wszystko jest zbyt przeciągnięte i To pojawia się tam tyle razy, że zaczynami się do niego jakby przyzwyczajać.
  Długość "Tego" bierze się z tego, że jest tu oprócz historii tej paczki dzieci, o której mówiłam w skrócie fabuły, historia tych samych osób jako dorosłych. Według mnie, ten wątek jest kompletnie niepotrzebny i można by było po prostu wziąć zakończenie z tej części, gdzie oni wszyscy są już pełnoletni i "wkleić" zamiast tego, gdzie są jeszcze młodzi.
  Gdy przeczytałam z tyłu książki: "Najbardziej przerażająca powieść króla grozy" to pomyślałam, że im się pewnie coś pomyliło i opierałam się na filmie, który w ogóle nie jest straszny. Gdy zaczęłam czytać myślałam, że chyba jednak nie popełnili błędu. Miałam ciarki i czułam takie wieczne napięcie. Miałam wrażenie jakbym miała lada moment wybuchnąć. Apeluję jednak, że jeśli czytacie początek tej pozycji i myślicie: "Nie, to jest dla mnie za straszne" to brnijcie w to dalej, bo później, przynajmniej w moim przypadku wszystko się zmieniło i przestałam się bać. Myślę, że to były spowodowane tym, że To objawia się jako to, czego najbardziej się boimy, coś jak bogin w "Harrym Potterze". Dla mnie lęki tych bohaterów typu olbrzymi drapieżny ptak nie były przerażające.
  Ja chciałam głównie przeczytać "To" z jednego powodu. Chciałam jeszcze raz spotkać się z postacią Richie'go. Jeśli oglądaliście film to wiecie, o czym mówię. Był to bardzo wygadany, czasami wręcz bezczelny chłopak, którego teksty i komentowanie różnych sytuacji jest po prostu genialne. W oryginalnej wersji ma on już trochę inny typ humoru taki, który mnie nie śmieszył przez, co czułam się w pewien sposób oszukana.
  Ogólnie, w ekranizacji jest zdecydowanie więcej zabawnych scen niż w wydaniu papierowym. Powiem Wam, że bardzo mi ich brakowało, bo był to jeden z ważniejszych czynników, które wpłynęły na to, że ta produkcja tak bardzo mi się spodobała.
  Ostatnia rzecz, która według mnie, była całkowicie zbędna to wyjaśnienie, czym jest To i zrobienie z tego wielkiej sprawy. Nie powiem dokładnie, o co chodzi, bo spoilery są be. Ja zazwyczaj lubię, gdy rozjaśnia mi się przeszłość czarnego charakteru, ale akurat w tym przypadku zdjęcie tej aury tajemniczość było wyjątkowo nietrafione.
  Podsumowując, jeśli chcecie zacząć przygodę z horrorem czymś lekkim to zdecydowanie polecam Wam "To". Dla mnie film jest jednak zdecydowanie lepszy i idźcie na niego do kina, jeśli jeszcze go grają. Jeśli chodzi o powieści Kinga to "To" umieszczam gdzieś między "Panem Mercedesem", a "Zieloną milą". Nie dam Wam, niestety, linków do recenzji, bo coś mi Blogger szwankuje. A tymczasem do następnego razu i podsumowania października :) 

środa, 25 października 2017

O WALCE KOBIET W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ/"SŁOWIK" KRISTIN HANNAH

  Hej, hej, jeśli jesteście już dłużej na tym blogu to pewnie wiecie, że ja od czasu do czasu lubię sobie przeczytać coś związanego z II wojną światową. Kiedyś w ogóle wszystkie książki, które czytałam działy się właśnie w tych czasach. Teraz nie pochłaniam ich już w tak wielkich ilościach, ale stare nawyki trochę się mnie trzymają, więc zapraszam na recenzję "Słowika" Kristin Hannah.
  II wojna światowa, Francja. Dwie siostry, Vianne i Isabelle zamierzają ją przetrwać na zupełnie różny sposób. Pierwsza chce, nie rzucając się nikomu w oczy, czekać na powrót męża z wojska oraz opiekować się córką, Sophie. Młodsza natomiast chce ryzykować własnym życiem byleby tylko wyzwolić Francję spod panowania hitlerowców. Ich odmienne charaktery całkowicie się nawzajem wykluczają, gdy w domu Vianne ma kwaterować niemiecki oficer.
  Mnie ta powieść od razu wciągnęła, jest dużo akcji zwłaszcza, jeśli chodzi o momenty z Isabelle. Generalnie jest to wszystko podzielone tak, że jedna część rozdziału jest o jednej siostrze, a druga o drugiej. Styl autorki ma w sobie coś takiego, że po prostu ciężko się oderwać i mimo tej trudnej tematyki "Słowika" czyta się go bardzo lekko.
  Zdecydowanie największym plusem tej powieści są bohaterki. Oznaczają się tym, że mają w sobie dużo realności, ale też wiecie, ja nigdy nie chcę, żeby postacie były zbyt autentyczne, bo wtedy wydają mi się za bardzo zwyczajne. One łączą w sobie tą prawdziwość, wyjątkowość i  jedyny w swoim rodzaju heroizm bohaterów książkowych.
  Ogólnie obie siostry mają bardzo dokładnie sprecyzowane osobowości, które współistnieją ze sobą na zasadzie przeciwieństw. Na początku uwielbiałam Isabelle. Bardzo często nie przepadam za postaciami, które są impulsywne, bo wydaje mi się, że one po prostu nie myślą, ale z nią było inaczej. Znała ryzyko swoich czynów, ale mimo to się na nie decydowała, bo była bardzo odważną kobietą. 
  Z kolei Vianne...W pierwszych rozdziałach zwyczajnie jej nie znosiłam. Naprawdę mnie denerwowała, bo była strasznie tchórzliwa, w ogóle nie chciała walczyć w żaden, nie wiadomo nawet jak mały sposób. Prawdopodobnie na jej miejscu zachowywałabym się tak samo, ale wiecie oczekuję, że zmyślone postacie będą lepsze od prawdziwych. A jeszcze jak była akcja z pewną listą to myślałam, że po prostu ją uduszę(nie mówię, o co chodzi, bo spoilery są be). Była taka naiwna, ale później sytuacja się zmieniła i finalnie uważam ją za bardzo dobrą osobę. Ogólnie, obie kobiety przez całą książkę stają się lepszymi wersjami siebie.
  Czymś, co mnie zdziwiło było to, że autorka dosyć brutalnie opisuje koszmar wojny. Przyznaję, że myślałam stereotypowo, ponieważ jest ona kobietą, więc stwierdziłam, że wszystkie rzeczy bardziej drastyczne będą opisane raczej pobieżnie. Ona nie dość, że nie unika ich to jeszcze bardzo szczegółowo je odzwierciedla.
  Ogólnie muszę przyznać, że ta historia przypominała mi trochę tą przedstawioną w "Dziewczynie, którą kochałeś" Jojo Moyes. Pomimo, że tam w ogóle był też bardzo ważny wątek współczesny, ale są takie elementy, które były podobne w obu tych tytułach. Tam też w domu bohaterki kwaterował Niemiec, też żyła w mały miasteczku. Nie wiem, która z tych dwóch wyszła pierwsza, ale powiedzmy, że tego podobieństwa nie traktuję ani jako zalety, ani jako wady. Taka tylko ciekawostka.
  Podsumowując, "Słowik" jest bardzo mądrą książką i wydaje mi się, że warto się z nią zapoznać. Nie wywołała we mnie jakiejś olbrzymiej porcji emocji, ale wystarczająco, żebym była nią zainteresowana. Jeśli te czasy Was ciekawią i tematyka Wam odpowiada to czytajcie :)
  Jeszcze miałabym do Was tak na koniec prośbę. 4 listopada blog będzie miał swoje pierwsze urodzinki i z tego względu chciałabym prosić te osoby, które czytają moje wpisy, ale mnie nie obserwują, żeby kliknęły ten niebieski guziczek po prawej, bo bardzo bym się cieszyła gdybym dobiła do liczby 40 obserwatorów. Miałabym podwójny powód do świętowania ;)
  
  
  
  

niedziela, 15 października 2017

"DZIEWCZYNA Z POCIĄGU" PAULI HAWKINS#KRWAWAJESIEŃ

  Hej, hej, chyba każdy słyszał o książce, jaką jest "Dziewczyna z pociągu". Jest to chyba najczęściej hejtowana, na równi z "50 twarzami Greya". pozycja w gronie książkoholików. Mimo to postanowiłam sprawdzić, czy faktycznie jest aż tak zła, jak wszyscy mówią.
  Rachel codziennie jeździ do pracy tym samym pociągiem. Mija wtedy dom pewnego małżeństwa, których "roboczo" nazywa Jason i Jess. Uważa ich za ideał związku, lecz pewnego dnia widzi jak Jess całuje się z innym mężczyzną. Jakiś czas później główna bohaterka dowiaduje się, że kobieta zaginęła.
  Zacznę od tego, czy było nudno. Raczej nie, szybko mi się to czytało i tak jakby troszkę się wciągnęłam w tą historię. Dużym minusem jest natomiast to, że nie ma tu emocji, autorka nie buduje żadnego napięcia. Moim zdaniem, właśnie to jest najważniejsze w kryminałach, thrillerach. Ta stopniowa narastająca niepewność i niepokój.
  Może też to, że nie ma tej adrenaliny jest spowodowane tym, że niezbyt przywiązujemy się do postaci. Rozumiem, że Rachel miała był alkoholiczką i jest to dość istotne dla fabuły, ale nie można przesadzić i pokazywać najważniejszą postać w całkowicie złym świetle. Ja się czułam jakby Paula Hawkins mówiła do mnie: "Spójrz jaka ta Rachel jest żałosna, znowu nie pamięta, co wczoraj robiła". W tym momencie czytelnik nie kibicuje tej bohaterce, więc gdy dzieje się z nią coś złego to kompletnie na to nie reaguje i jest mu to obojętne.
  Zarzutem, który często słyszałam wobec tej pozycji jest to, że jest ona przewidywalna. Podkreślę tutaj, że nie czytam zbyt wielu kryminałów, więc tak jakby nie znam schematów, które mogą się pojawić w danej książce. Ja nie umiałam przewidzieć zakończenia, chociaż miałam pewną teorię, ale okazała się ona błędna. Gdy dowiedziałam się, kto jest winny przestępstwa to miałam tylko takie: "Aha, spoko, możemy się rozejść do domów".
  Nie mogę tu pominąć jednak tego, że bardzo podobało mi się to, co się stało z osobą, która była winna zbrodni. Naprawdę się tego nie spodziewałam i pomyślałam: "Wow, to było mocne".
  "Dziewczyna z pociągu", jak dla mnie nie jest zła. Jest po prostu za bardzo reklamowana przez, co ludzie spodziewają się po niej czegoś genialnego i według mnie, właśnie dlatego głównie jest ona tak nienawidzona. W ogóle ta rekomendacja Stephena Kinga na okładce to jest po prostu śmiech na sali. Nie mam pojęcia, ile mu musieli zapłacić, żeby to napisał, ale pewnie dosyć sporo.
  Moim zdaniem, ta powieść miała potencjał, był to debiut, więc myślę, że z czasem Paula Hawkins zauważy swoje błędy i już nie będzie ich popełniać pisząc kolejne tytuły.

wtorek, 12 września 2017

JEDNA Z NAJLEPSZYCH KSIĄŻEK TEGO ROKU/"MAŁE ŻYCIE" HANYA YANAGIHARA

  Hej, hej, na początku, by się wytłumaczyć, przepraszam, że tak długo nie było recenzji, po prostu tak wyszło. "Małe życie" ma aż 800 stron, a zaczęła się szkoła, więc jak uda mi się przeczytać 100 stron dziennie to i tak jest sukces. Poza tym, tamten tydzień był dość specyficzny, ale już nieważne, przechodzimy do recenzji.
  Po studiach czwórka przyjaciół z college'u, JB, Malcolm, Willem i Jude przeprowadzają się do wspólnego mieszkania w Nowym Jorku. Wszyscy ogromnie się od siebie różnią jednak najbardziej wyróżnia się Jude, który jest ogromnie tajemniczy i nigdy nie mówi o swojej przyszłości. Na przestrzeni lat ich losy rozchodzą się i schodzą przez ich złe nawyki i toksyczne znajomości.
  Czytacie opis fabuły i pewnie myślicie sobie, jeśli nie znacie tej powieści: "A, nic specjalnego, zwykła historia o życiu". Można powiedzieć, że tak jest, ale mnie niesamowicie fascynują książki, które rozgrywają się przez kilkanaście, kilkadziesiąt lat, tak jakby przez większość życia bohaterów. Głównie z tego względu tak bardzo podobało mi się: "Love, Rosie".
  Autentycznie, czasami czytając "Małe życie" wzruszałam się przez to, co się aktualnie tam działo, ale przez to, że łapała mnie taka nostalgia przez to, że uświadamiałam sobie, ile te postacie mają lat, jak szybko to zleciało i naprawdę, w prawdziwym życiu też miewam takie momenty, kiedy myślę sobie, jak to szybko leci.
  Styl pisania autorki jest dość specyficzny, chociaż nie do końca. Jest taki zwyczajny, nieprzykuwający uwagi, ale jak czasami Yanagihara zarzuci jakim tekstem to aż trzeba go gdzieś zapisać, bo jest tak mądry, a jednocześnie tak prosty. To mi się strasznie podobało, bo bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy powieść jest napisana tak, żeby wcisnąć tam jak najwięcej "głębokich" cytatów (Na przykład, "Mały Książę", przepraszam, ale nienawidzę tej książki.), ale gdy czytelnikowi, co jakiś czas są rzucane takie smaczki to mi to jak najbardziej pasuje. Dam Wam takie dwie sentencje, które sobie zapisałam mimo, że zazwyczaj nie mam zwyczaju ich notować, ale te były jakieś takie inne, wyjątkowe.

W gruncie rzeczy nikt nie chcieli słuchać cudzych historii; chcieli tylko opowiadać swoje własne.
str.109
To ta dziwna osoba(...), która naśladowała gesty i postawy dorosłości kompletnie ich nie rozumiejąc.
str.202
  Natomiast tym, co nie podoba mi się kompozycji tej pozycji są straszliwie długie rozdziały. Niektóre mają nawet po 80 stron! To mi przeszkadzało, bo nie do końca wiedziałam na początku, jak dawkować sobie czytanie. Mówię Wam, jeśli kiedyś coś napiszecie to róbcie rozdziały po 10 stron,  dla mnie są idealne.
  Jak tak jesteśmy przy wadach to powiem jeszcze o tym, czego się spodziewałam dowiadując się, że akcja rozgrywa się w Nowym Jorku. Zwłaszcza okładka sugerowała, że będzie to dość istotne, a tu klops. Nie ma zbytnio oddanej tu atmosfery tego miasta, a gdy już umieszcza się fabułę w tak kultowym miejscu należałoby o to zadbać.
  Przejdźmy do postaci. Są one bardzo szczegółowe, rozpisanie Jude'a to w ogóle jest cud, miód i malinka, ale nawet bohaterowie poboczni nie są jacyś tacy ogołoceni ze swojej przeszłości, a to jest zawsze na plus. Jesteśmy w stanie uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę, bo są bardzo ludzcy. Jeszcze wrócę do Jude'a, ale muszę powiedzieć, że jest to chyba postać z najbardziej rozbudowaną psychiką, jaką do tej pory poznałam w literaturze. Może przeoczyłam jakiś tytuł, w którym była jeszcze lepiej wykreowana osobowość, ale to bez znaczenia. i tak kreacja tego mężczyzny jest genialna.
  Caleb, który nie zdradzę Wam kim jest, żeby nie spoilerować to ktoś, kto zapoznał mnie z nowym uczuciem, jeśli chodzi o książki. Wiecie, pewnie, że od czasu do czasu każdy lubi jakiś czarny charakter, bo jest fascynujący, czy coś w tym stylu. Też mam swoje perełki w tym zakresie, ale to, co robi Caleb. To nie jest Lord Voldemort to, co się tu dzieje może się zdarzyć naprawdę, nawet w tym momencie, kiedy to czytacie. To mnie zmroziło i poczułam wręcz takie obrzydzenie jego postępowaniem. Było jeszcze parę innych postaci, które doprowadzały mnie do takiego stanu, ale on jakoś szczególnie wrył się w moją psychikę. Czytając te fragmenty byłam zamurowana i naprawdę przerażona.
  Teraz tak płynnie przeszliśmy do największej zalety "Małego życia", a są to trudne tematy jakimi się ono zajmuje. Mamy ich tu tak wiele, od tego, jak czują się osoby niepełnosprawne i samookaleczania się do pedofilii i toksycznych związków. Ta pozycja nie ma gotowego rozwiązania na te wszystkie problemy, które mogłabym jeszcze tu wymieniać, ale prezentuje je w taki sposób, że to naprawdę porusza i myśl, że ktoś mógł coś takiego przeżyć towarzyszy bezustannie podczas czytania.
  Podsumowując, polecam Wam ogromnie tą powieść, chociaż moim zdaniem, pokazuje tak wielkie ludzkie okrucieństwo, że myślę, że lepsza będzie dla osób od pierwszej gimnazjum wzwyż(lub 7.klasy, whatever). Naprawdę, mimo tego, że ma 800 stron to jest warta tak dużej ilości czasu, który trzeba na nią poświęcić, bo wciąga i porusza do głębi.
  

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

POŁĄCZENIE FANTASTYKI, OBYCZAJÓWKI I HORRORU/"OSOBLIWE I CUDOWNE PRZYPADKI AVY LAVENDER" LESLYE WALTON

  Hej, dziś mam dla Was wpis na temat książki, o której słyszałam wiele dobrego, ale tak, przyznaję się bez bicia, że jej piękna okładka też miała swoją rolę w przekonaniu mnie do przeczytania tej powieści. Już nie przedłużając, zapraszam na recenzję "Osobliwych i cudownych przypadków Avy Lavender"!
  W rodzinie Avy od pokoleń dochodziło do dziwnych przypadków. Jej przodkowie często byli dość osobliwi jednak mimo dziwnych losów tej familii dziewczyna i tak zaskakuje wszystkich, gdy rodzi się ze skrzydłami. Nie ma żadnych magicznych zdolności, nawet nie potrafi latać. Z tego względu przez lata nie wychodziła z domu, lecz gdy poznała swoją przyjaciółkę Cardigan wyszła do ludzi. Niestety, czyha na nią niebezpieczeństwo w postaci Nathaniela Sorrowsa, który uważa, że jest ona aniołem.
  Pierwszym, co przykuło moją uwagę było to, jak doskonale Leslye Walton potrafi oddać klimat miejsca, w którym dzieje się akcja. Na początkowych stronach fabuła rozgrywa się w Nowym Jorku i czujemy jakbyśmy faktycznie tam byli razem z bohaterami.
  Tym jednak, co najbardziej mnie zachwyciło było oddanie mentalności małomiasteczkowej. Ja sama jestem z małej miejscowości i wiem, jak to wszytko wygląda w obecnych czasach, a przecież dawniej ludzie byli jeszcze bardziej tacy ograniczeni i każdy chciał znać wszystkie plotki.
  W ogóle, zapomniałam wspomnieć, że na początku poznajemy pradziadków Avy, a dopiero później stopniowo dochodzimy do tytułowej bohaterki i ten wątek bardzo mi się podobał. Ja ogólnie lubię tak od czasu do czasu przeczytać coś w stylu sagi rodzinnej, gdzie są przedstawione losy kliku pokoleń.
  Moim zdaniem, postać Avy była dość słabo rozpisana, nie była ona tak wyrazista, jak inne kobiety z jej rodziny. To mnie ogromnie dziwi, ponieważ autorka nawet takim przypadkowym bohaterom z tego miasteczka, gdzie dzieje się większość akcji potrafiła nadać jakieś cechy wyróżniające je wśród innych, a z główną bohaterką jej coś nie wyszło.
  Jedynym, co tak bardziej wybiło mi się w tej bezbarwności Avy było to, co zrobiła na końcu. Mianowicie, zachowała się jak ostatnia idiotka. Nie będę mówić, o co mi chodzi, żeby nie spoilerować. Ja po prostu w tamtym momencie załamałam ręce.
  Chociaż w sumie ta dziewczyna może to mieć po swojej mamie, która też do najbardziej rozsądnych nie należała. Otóż, musicie wiedzieć, że ta kobieta bardzo lekko podchodziła do seksu. Czasami wręcz się zastanawiałam: "Czy coś mnie ominęło? Przecież oni w poprzednim zdaniu jeszcze się kłócili."
  Dobra, ale koniec narzekania na postacie, bo tu do akcji wkracza Nathaniel Sorrows. Ja lubię takich psychopatów jak on, są oni niesamowicie intrygujący i po prostu uwielbiam o nich czytać. Gdy już miałam odkładać książkę pod koniec rozdziału i robić coś innego, ale zobaczyłam, że zaraz będzie fragment z jego przemyśleniami, to choćby się waliło i paliło, musiałam go od razu przeczytać.
  Wydaje mi się, że "Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender" to pozycja, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Jest tu coś dla fanów fantastyki i dla tych, którzy wolą obyczajówki, które opisują magię codzienności. Mimo, że zwykle takie zwykłe życie w książkach to nie jest mój klimat to tutaj to działa, czuć tą niezwykłość codzienności i mi to bardzo odpowiadało. Są też takie  straszne fragmenty, jakby żywcem wyjęte z jakiegoś thrillera, czy horroru i one chyba mnie najbardziej zainteresowały, ale cała książka jest bardzo wciągająca, więc serdecznie ją Wam polecam.
  Słuchajcie, jeszcze tak z innej beczki powiem, że moja kolekcja FUNKO POP się powiększyła o 2 figurki. Pierwszą jest Luna, na którą polowałam już od dłuższego czasu, bo to moja ulubiona postać z HP, więc nie mogło jej zabraknąć. Wydaje mi się, że na zdjęciach wyglądała trochę lepiej, ale na półce też się dobrze prezentuje, jeśli ma się ją na wysokości oczu, bo inaczej wygląda jakby nie miała włosów.
  Następny jest Sherlock, bo serial "Sherlock" to moje życie i odkrycie tych wakacji. Ogólnie, Sherlock to mój serialowy mąż mimo, że on uważa, że miłość jest bez sensu, ale i tak go kocham. Z kolei ta figurka lepiej wygląda w rzeczywistości niż na zdjęciach. Prezentuje się tak bardziej łagodnie. Teraz tylko mam problem, bo wszystkie pozostałe figurki mam z HP albo "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć" i Sherlock jest taki samotny i kusi mnie, żeby dokupić do niego Irene Adler, bo moim zdaniem, oni do siebie niesamowicie do siebie pasują i powinni być parą.

czwartek, 10 sierpnia 2017

O CZŁOWIECZEŃSTWIE, ŚMIERCI I WOJNIE/"ZŁODZIEJKA KSIĄŻEK" MARKUSA ZUSAKA

  Hej, hej, dzisiaj przychodzę do Was z recenzją bardzo znanej książki, o której ja usłyszałam jeszcze zanim tak bardziej się wciągnęłam w śledzenie książkowej blogosfery i booktube'a. Szczerze mówiąc, dodałam "Złodziejkę książek" na moją listę "Do przeczytania" nie dlatego, że byłam zainteresowana tą historią tylko dlatego, że wypada zapoznać się z tą pozycją. No, ale zobaczmy, co mi z tego wszystkiego wyszło.
  Trwa II wojna światowa. Dziewięcioletnia Liesel Meminger ma wraz ze swoim młodszy bratem zamieszkać u rodziny zastępczej. Na miejsce jednak dociera sama, bo mały Warner umiera w podróży. Na jego pogrzebie kradnie swoją pierwszą książkę, którą jest "Podręcznik grabarza". Ten "poradnik" jest dla niej niczym elementarz, to właśnie dzięki niej stawia pierwsze kroki w czytaniu i odkrywaniu magii słów.
  Zacznę od tego, czego się spodziewałam po tej powieści. Gdy dowiedziałam się, o czym ona jest, że Liesel kradnie te książki, które mają być spalone na stosie przez nazistów ze względu na to, że szerzyły poglądy niezgodne z polityką Hitlera to pomyślałam, że będzie tutaj bardzo dużo akcji. Przewidywałam, że nasza główna bohaterka przez to, że ratuje i czyta zakazane książki będzie uciekała przed żołnierzami, generalnie będzie miała bardzo poważne kłopoty. Tak nie jest. Ona zabiera te książki, raz zakazane, raz nie(w sumie to częściej niezakazane niż zakazane), nikt nic do niej z tego powodu nie ma i to mi się wydawało takie dziwne. Przez to ta cała historia jest bardziej spokojna niż przewidywałam i chyba wolałabym, żeby była bardziej trzymająca w napięciu.
  Tym, co sobie niezwykle cenię w "Złodziejce książek" jest narrator. Mianowicie jest nim Śmierć. To jest chyba najlepsza strona tej pozycji i to wznosi ją na zdecydowanie wyższy poziom niż gdyby historia była opowiadana z perspektywy kogoś innego. Sprawia to, że ta książka wyróżnia się wśród innych, które do tej pory czytałam.
  Ja w ogóle bardzo polubiłam Śmierć. Czasami dodawała ona jakieś wstawki czarnego humoru, co niestety zdarzało się dosyć rzadko, ale gdy już był taki moment to sprawiał, że może nie tyle się śmiałam, co lekko uśmiechałam, ale przecież nawet mały uśmiech jest na wagę złota.
  Natomiast to, co mi się nie podobało w naszym narratorze to, że spoilerowała, kto umrze. Starałam się wyprzeć te informacje z pamięci. I ja naprawdę tego nie rozumiem, czemu autor zdecydował się na taki zabieg. Nie widzę w tym sensu, bo przynajmniej w moim odczuciu nie dodaje to całości takiego dramatyzmu, co na przykład, w "Moulin Rouge!".
  Muszę oddać Markusowi Zusakowi to, że ma niezwykły styl pisania. Zwłaszcza to, jak porównywał dwie, wydawałoby się, kompletnie różne rzeczy było bardzo intrygujące. Skłaniało to do myślenia i takiej zadumy.
  Nie popadamy tu jednak w zbędne filozofowanie i to, że na każdej stronie trzeba dać co najmniej 5 "jakże głębokich" cytatów. Trzymamy się bezpiecznej granicy, gdzie czuć, że "Złodziejka książek" opowiada o takich kwestiach, jak człowieczeństwo, czy śmierć, ale nie robi tego w nachalny sposób.
  Doceniam w tej historii to, że nie osądza, nie zajmuje się polityką tylko po prostu opowiada o wojnie. Przedstawia ją jako piekło, w którym przede wszystkim cierpią cywile, nieważne, czy są po stronie "tego złego", czy "tego dobrego".
  Teraz się poprzyczepiam do takich małych szczególików, które jednak troszeczkę mi przeszkadzały podczas czytania. W tej powieści jest szalenie mało Hitlerjugend, czyli w takim dużym uproszczeniu organizacji młodzieżowej, która czci Hitlera. Bardzo mnie nurtowało podczas czytania jak ona działa, na czym to dokładnie polega i w ogóle, a niewiele nam o tym powiedziano.
  Ja dochodzę do wniosków, że Liesel ma chyba jakąś super moc, bo jej się udaje ukraść tylko dobre książki. Nie natrafiła na żadną złą powieść w trakcie całej tej historii. Jak to jest możliwe? Nie wiem, ale też bym tak chciała.
  Mimo, że większość "Złodziejki książek" nie porwała mnie tak bardzo, jak się tego po niej spodziewałam to zakończenie sprawiło, że płakałam i było mi bardzo smutno. Nie jest to ten typ powieści, który lubię najbardziej, ale i tak zachęcam do zapoznania się z nią, bo mimo tego, że nie jest to książka mrożąca krew w żyłach to na pewno jest bardzo wartościowa.

czwartek, 3 sierpnia 2017

"KRÓLOWA CIENI" SARAH J. MAAS, CZYLI O POŚLADKACH ROWANA?

  Hej, hej, witam Was w tym(przynajmniej u mnie) upalnym dniu. Gdy temperatura przekracza 30 stopni i nie jestem na wakacjach przez co nie mogę wskoczyć do wody to czuję się jak roztapiające się masło i to wcale nie jest przyjemne uczucie. Najgorzej jest jednak, gdy takiemu cierpieniu towarzyszy jeszcze czytanie złej książki, a taka właśnie dla mnie jest "Królowa cieni". Myślałam, że po "Dziedzictwie ognia" polubię "Szklany Tron", ale definitywnie się myliłam...
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY POPRZEDNICH TOMÓW
  Celaena, obecnie nazywana Aelin powraca jako królowa Terrasenu z Wendlyn do Adarlanu, który jest teraz opanowany przez demony, Valgów. Jednocześnie intensywnie działa ruch oporu przeciw królowi, prowadzony przez Chaola. Aelin stawia sobie jako najważniejsze zadanie uwolnienie swojego kuzyna, Aediona ze szklanego zamku, a później połączenie z nim sił w walce o wolność swojej ojczyzny.
  Dla mnie ta powieść jest nudna jak flaki z olejem. Tu nawet nie chodzi o fabułę, bo ma miejsce tutaj wiele wydarzeń, które mogłyby mrozić mi krew w żyłach, trzymać w napięciu, czy w jakikolwiek inny sposób na mnie oddziaływać. I chyba odkryłam w czym jest problem.
  Ja po prostu nie lubię tych postaci. Może inaczej, źle to ujęłam. Są mi obojętne. Nie ma ani jednego bohatera, którego losem bym się przejęła. Wszyscy nic w sobie nie mają. Znacie pewnie takie postacie z jajem, z charyzmą... Tu takich nie znajdziecie, ale życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach.
  To, co mnie zdziwiło w tej pozycji to, że Aelin ma kuzyna, którego nie widziała od 10 lat, ostatni raz, gdy się z nim spotkała oboje byli dziećmi. Nie wie dokładnie na jakiego człowieka wyrósł, czy ona będzie go w ogóle lubić, ale postanawia dla niego zrobić ogromną akcję ratunkową, której towarzyszy spore ryzyko złapania. I nie wierzę, że to ze względu na więzy krwi, czy coś a tym stylu, bo w moim odczuciu nie jest to dziewczyna, która zwraca uwagę na sentymenty.
  Jeśli czytaliście recenzję "Dziedzictwa ognia" to pewnie wiecie, że shipowałam naszą główną bohaterkę i Rowana. Myślałam, że ta relacja będzie taka wyjątkowa, że oni tak do siebie pasują, że to będzie bardzo dojrzały związek. Tymczasem oni w większości rozdziałów zachowują się jak dwójka zakochanych w sobie gimnazjalistów. Ona ciągle się rumieni, on nie powie jej tego, co czuje wprost. Czułam się jakbym czytała o pierwszej miłości w jakiejś romantycznej młodzieżówce, a nie o uczuciu łączącym królową Terrasenu i wojownika, który ma 400 lat.
  Poza tym, niesamowicie irytują mnie bohaterki, które ciągle rozpływają się nad wyglądem swoich partnerów, bądź ogólnie mężczyzn. Z "Królowej cieni" najbardziej zapamiętałam to jak Aelin mówiła do siebie w myślach, że ręcznik pięknie podkreśla pośladki Rowana. Naprawdę, to była informacja, bez której nie mogłabym się obejść w swoim życiu, dziękuję, że pani Maas mi to uświadomiła.
  Nie chodzi tu o to, że mi przeszkadza, gdy postacie czują wobec siebie pociąg fizyczny, ale gdy czytam o takich spostrzeżeniach bohaterek to po prostu widzę je jako takie dziewczyny w klubie, które siedzą na kanapie, czy przy barze, sączą drinki i po kolei się za wszystkimi oglądają.
  Ja rzadko wykrywam błędy logiczne w książkach, ale tutaj zdarzyło się, że taki znalazłam i bardzo mi on przeszkadzał podczas czytania. Mianowicie chodzi mi o to, że Rowan oberwał strzałą...W ramię. No i ja sobie myślę: Ok, będzie żył, a nawet jak nie to "who cares"? Narrator jednak powiadamia nas, że jeśli byłby ustawiony choćby o centymetr inaczej to oberwałby w serce. Serce jest mniej więcej na środku klatki piersiowej, więc jeśli dostał w ramię to odległości od serca była mimo wszystko dosyć spora. A i jeszcze dowiadujemy się, że kuleje. Tak, dostał w ramię i kuleje. Jeśli ktoś wie, czemu tak się stało to niech napisze w komentarzu, chętnie się dowiem.
  Czytając "Królową cieni" uświadomiłam sobie, że ten główny zły, czyli król Adarlanu też nie jest za dobrze wykreowany. Mogę o nim tylko powiedzieć tyle, że jest okrutny, żądny władzy i jeszcze może się złowrogo zaśmiać, żeby dodać sobie grozy. Nie odróżnia się niczym wśród innych czarnych charakterów, o których do tej pory czytałam.
  Podsumowując, nie zamierzam póki co czytać ostatniego tomu. Czwarta część skutecznie mnie od tego pomysłu odciągnęła. Jeszcze jak popatrzę na ilość stron to tym bardziej nie chcę się w tą historię dalej zagłębiać. Znając ostatnie tomy tego typu serii to pewnie będzie jakaś wojna, później ostateczna bitwa, w międzyczasie może ktoś zginie, ale mnie to i tak nie ruszy i koniec końców wygrają i będą żyć długo i szczęśliwie. Umieściłam cykl "Szklany Tron" na najniższej półce mojego regału, Półce Hańby i nie wiem, czy ostatecznie nie wyniosę go na strych, bo szkoda mi na niego miejsca.
 
 

poniedziałek, 24 lipca 2017

WIEDŹMY RZĄDZĄ!/"DZIEDZICTWO OGNIA" SARAH J. MAAS

  Hej, hej, mam dla Was taką recenzję z lekkim poślizgiem, bo jestem na wyjeździe i były problemy z internetem, ale mam  nadzieję, że już się one nie powtórzą. Dobra, ale już bez zbędnych tłumaczeń, bo od trzeciego tomu "Szklanego Tronu" oczekiwałam dużo, więc zobaczcie, czy sprostał on moim wymaganiom.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH CZĘŚCI
  Celaena dostała rozkaz od króla Adarlanu aby zabić rodzinę królewską Wendlyn. Widząc jednak, jak bardzo naród jest szczęśliwy mając ich jako władców postanawia nie wykonać tego zadania. W międzyczasie zostaje zabrana przez tajemniczego wojownika Fae do swojej ciotki. Dowiadujemy się, że dziewczyna jest zaginioną dziedziczką tronu Terrasenu. Teraz ma rozwijać swoje magiczne zdolności pod okiem nieprzeniknionego Rowana.
Pierwszym, co przykuło moją uwagę w tej powieści było to, że rozdziały pisane są z trzech różnych miejsc. Jeden opisuje to, co się dzieje z Celaeną, kolejny to, co ma miejsce w adarlańskim pałacu, a jeszcze kolejny mówi o treningach wiedźm. Wydaje mi się, że właśnie to sprawiło, że ta część podoba mi się bardziej niż poprzednie. Taki zabieg pozwala tak odpocząć od poszczególnych postaci na parę stron i sprawia, że fabuła jest bardziej urozmaicona.
  Muszę przyznać, że jestem zafascynowana wiedźmami, ich kulturą i zwyczajami. Dla mnie są one bardziej interesujące niż Fae i chciałabym, żeby Celaena była jedną z nich.
  W tych rozdziałach, gdzie najbardziej skupiamy się na czarownicach przeszkadzało mi jednak trochę to, że większość z nich jest do siebie bardzo podobna charakterem i to sprawiało, że się tak zlewały ze sobą.
  Moim zdaniem, Rowan, czyli trener Celaeny jest dla niej po prostu stworzony. Tworzyliby oni idealną parę. Byłby to co prawda taki bardzo surowy związek, gdzie nie byłoby zbędnej słodyczy i przytulasów. Ta dwójka odpowiada mi też jako para przyjaciół, ale wolałabym, żeby łączyły ich relację romantyczne.
  Jeszcze skoro jesteśmy w temacie to wspomnę o jeszcze jednym związku, który bardzo mi się podoba. Mówię to o Dorianie i pewnej osobie, ale nie zdradzę dokładnie o kogo chodzi. Ta relacja jest z kolei bardzo urocza i romantyczna, ale zarazem ogromnie dojrzała.
  Powiem Wam teraz o rzeczach, które nie powinny mi pasować w "Dziedzictwie ognia", ale jakoś, dziwnym trafem, przypadły mi do gustu. Pierwszą z nich jest to, że Celaena zbawi świat i, że tylko ona może to zrobić. Druga to to, że raczej rzadko się zdarza, żeby zaginione księżniczki odnajdywały się po latach i jeszcze w międzyczasie stają się najlepszymi zabójczyniami w kraju. Tutaj się tak dzieje, ale jakoś odpowiada mi ten cały motyw odnalezienia poszukiwanej od długiego czasu dziedziczki tronu.
  Niezwykle mocno jest w tym tomie podkreślona przemiana duchowa Celaeny w Aelin(to właśnie jest jej prawdziwe imię). Jest to bardzo dobrze rozpisane na przestrzeni całej książki i wychodzi to tak bardzo naturalnie. Dla mnie jest to zdecydowanie zmiana na lepsze.
  W tej części dowiadujemy się wielu rzeczach, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. W połączeniu z tym, co wiedzieliśmy z wcześniejszych części to tworzy nam to taki lekki "misz masz". Pewnie te wszystkie elementy będą się łączyły w późniejszych częściach, co sprawi, że ta seria będzie miała więcej wątków.
  Zakończenie "Dziedzictwa ognia" było naprawdę wstrząsające i zaskakujące. Nie spodziewałam się po autorce niektórych zagrań i myślę, że są one genialnym wstępem dla kolejnych tomów.
  Podsumowując, jak na razie trzeci tom "Szklanego tronu" jest moim ulubionym. Mam nadzieję, że dobra passa będzie trwała jeszcze dłużej, aż do końca tego cyklu.

poniedziałek, 17 lipca 2017

CELAENA-DOBRY ZIOMEK/"KORONA W MROKU" SARAH J. MAAS

  Hej, jeśli czytaliście moją recenzję "Szklanego tronu" to pewnie wiecie, że ta powieść nie zachwyciła mnie tak jak się tego spodziewałam po tych wszystkich pochwałach, które otrzymała. Zakupiłam jednak kolejne tomy, bo wyczułam w pierwszej części pewien potencjał i chciałam zobaczyć, jak to wszystko się rozwinie. Czy drugi tom przekonał mnie do tej serii? Czytajcie dalej ;)
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE "SZKLANEGO TRONU"
  Celaena po tym jak otrzymała tytuł Królewskiej Obrończyni prowadzi w miarę spokojne i dostatnie życie. Za mordowanie wrogów władcy Adarlanu dostaje sowitą zapłatę, lecz król nie jest świadomy tego, że ona wcale nie zabija tych osób. Zabójczyni pozwala im uciec i pozoruje ich śmierć. Pewnego dnia otrzymuje nakaz wyeliminowania swojego starego znajomego z Twierdzy Zabójców, Archera Finn'a, który obecnie pracuje jako pan do towarzystwa. Jest on posądzony o tworzenie ruchu oporu, a Celaena musi się dowiedzieć, czy jest to prawda.
  Ta książka to taka cisza przed burzą. Do 3/4 jest jak film "Kosogłos. Część 1.", czyli nie dzieje się nic. To znaczy niby tam są jakieś tajemnicze sprawy, odkrywanie zadziwiających faktów o niektórych bohaterach, ale nie ma niczego takiego konkretnego, żeby akcja tak ruszyła żwawiej do przodu i powoduje to, że czytanie tego się trochę dłuży.
  Zapytacie pewnie teraz: "To co się dzieje po tych 3/4, że przestaje być tak niemrawo?", a ja Wam odpowiem. Ma miejsce pewne "Dramatyczne Wydarzenie", nie powiem, co konkretnie, żeby nie spoilerować. 
  Ma ono ogromny wpływ na główną bohaterkę, zmienia przez nie swoje stanowisko w pewnych sprawach, motywuje ją do pewnych czynów, których wcześniej nie zamierzała zrobić. Ogólnie, Celaena ma konkretnego doła i czytelnik też powinien takiego doła mieć, a ja nie miałam. Moim zdaniem, jest to spowodowane tym, że nie czuję jeszcze takiej więzi z postaciami i, że to "Dramatyczne Wydarzenie" miało miejsce za wcześnie by na mnie w jakiś silniejszy sposób oddziałało.
  Poza tym, dla mnie są autorzy, którzy potrafią sprawić by dramat wybrzmiał, a niektórzy nie. Dla mnie Sarah J. Maas zalicza się do tej drugiej grupy. Dla przykładu, w dwóch powieściach zupełnie innych pisarzy ma miejsce to samo smutne wydarzenie, powiedzmy, przyjaciel głównego bohatera zapada w śpiączkę i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się wybudzi i jeden autor opisze to tak, że zamieniamy się w fontannę, a drugi tak, że przyjmiemy to z chłodną obojętnością. To właśnie to drugie uczucie towarzyszyło mi, gdy czytałam o "Dramatycznym Wydarzeniu".
  Po przeczytaniu "Korony w mroku" nie mam pojęcie, co myśleć o Celaenie i z jednej strony to dobrze, bo to znaczy, że jest wielowymiarową postacią i ma wiele twarzy, ale z drugiej strony niesamowicie mnie to irytuje.
  Bardzo mi się podoba, gdy zamienia się ona w taką bezwzględną maszynę do zabijania, bo czytanie o tym jest niezwykle fascynujące i chyba jeszcze się nie spotkałam z bohaterką, która by od czasu do czasu wpadała w taki stan, więc jest to bardzo oryginalny zabieg.
  Później się jednak okazuje, że Zabójczyni ma być niczym Superman i ocalić świat i pomyślcie, gdybyście byli duchem królowej Adarlanu jak Elena i raczej jesteście mądrym duchem i zastanawiacie się: "Kogo by tu wyznaczyć do zbawiania świata?". To czy spotykając dziewczynę, która przez bardzo długi okres zabijała za pieniądze to byście pomyśleli: "O, to na pewno będzie dobry ziomek, ona idealnie się nadaje do tego zadania"? No chyba jednak nie. I ja wiem, że na końcu to się niby wszystko wyjaśnia, ale i tak to mnie nie przekonuje, że Celaena jest perfekcyjną osobą do wypełnienia tej misji. W sumie to z kolei pokazuje, że nawet nie będąc kimś wybitnym można dokonać wielkich czynów, a to jest dobre przesłanie...No i widzicie, nie umiem się jednoznacznie wypowiedzieć, musicie sami wyrobić sobie zdanie.
  Cenię sobie w tej powieści to, że jest trójkąt miłosny, ale on nie jest napisany tak jak w większości tego typu pozycji. Mianowicie chodzi mi o to, że Celaena ma swoje uczucia w miarę konkretnie sprecyzowane, wie, co czuje i czego chce i nie waha się między dwoma chłopakami.
  Jak już jesteśmy w takich romantycznych klimatach to powiem Wam, że w "Koronie w mroku" ma miejsce związek. I nie wiem, jak go odbierały inne osoby, które przeczytały tę książkę, ale dla mnie ta relacja w większości była oparta na seksie. Nie wiem, może ja oczekuję zbyt wiele takiego romantyzmu, ale naprawdę miałam wrażenie jakby po każdym spotkaniu ta para lądowała w łóżku.
  Słowem podsumowania, ta pozycja mi się średnio podobała, porównałabym ją z "Miastem popiołów", bo ta powieść też niezbyt wpisała się w mój gust, ale miała zaskakujące zakończenie, tak samo jak "Korona w mroku", i każde kolejne tomy już były genialne. Wierzę, że "Dziedzictwo ognia" w końcu da mi to, czego oczekiwałam po serii "Szklany Tron", bo zaczęłam i na razie zapowiada się bardzo dobrze.
  

poniedziałek, 10 lipca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "SZKLANY TRON" SARAH J. MAAS

  Hej, dziś mam dla Was recenzję książki, której planowałam nie czytać, ale ze wszystkich stron słyszałam głosy: "Przeczytaj Szklany tron", "Szklany tron jest super!", "Jak to jeszcze nie czytałaś Szklanego tronu?".  Przez jakiś czas się im opierałam, ale później stwierdziłam, że przecież, co mi szkodzi spróbować. Czy wyszłam zwycięsko na tej decyzji?
  Celaena jest najlepszą zabójczynią w całej Erilei jednak podczas jednej z akcji została złapana. Skazano ją na dożywotnią pracę w kopalni soli Endovier, gdzie większość osób nie wytrzymuje nawet roku. Gdy dostaje od księcia Doriana propozycję nie do odrzucenia od razu się zgadza. Miałaby ona wziąć udział w turnieju na królewskiego obrońcę, wygrać, a po czterech latach wiernej służby odzyskać wolność. Podczas jej pobytu w pałacu kolejni uczestnicy zawodów zostają bestialsko zamordowani i właśnie ona musi znaleźć winowajcę.
  Ta powieść sprawia, że czytelnik zaczyna mieć w sobie coś z tasiemca. Chce ciągle więcej i więcej i wcale nie czuje się nasycony po przeczytaniu nawet 100 stron. Przez te historię po prostu się płynie, znów bardzo często zapominałam patrzeć na numery stron, a to nie zdarza mi się często.
  Fabuła jest interesująca i wciągająca jednak jakoś bardzo nie trzyma w napięciu, a raczej taki był zamysł autorki. Ja po tych wszystkich "ohach" i "ahach" oczekiwałam większej porcji emocji i takiego jakiegoś poruszenia mnie w pewien sposób.
  Główna bohaterka naprawdę mi się spodobała, a to rzadko się zdarza w młodzieżówkach. Może jest trochę taka zbyt idealna, ale nie stanowiło to dla mnie jakiegoś problemu jednak liczę, że w kolejnych tomach zostanie ona zaprezentowana bardziej od takiej gorszej strony.
  Szczerze mówiąc, teraz tak myślę, że bardzo sporadycznie się zdarza, żeby postacie pierwszoplanowe w książkach dla młodzieży, zwłaszcza, jeśli to są bohaterowie typu: "To on ma zbawić cały świat!", mają jakieś normalne, ludzkie zainteresowania. Mam wrażenie, że Celaena zaczyna już być trochę programowana przez Sarah J. Maas na zbawienie świata, ale za to ma hobby. Czułam z nią przez to pewną nić porozumienia, bo ona kocha czytać i gra na pianinie, a ja też uwielbiam robić obie te rzeczy, więc jest taką moją książkową BFF :D
  Moją ulubioną postacią z tej pozycji chyba był Dorian. Ja mam najwyraźniej jakąś słabość do książąt w powieściach. On jest trochę jak Jace z "Darów Anioła" tylko, że Jace częściej żartuje i jest zabawniejszy, ale Dorian też ma takie sarkastyczne poczucie humoru, które bardzo lubię. Ja zwyczajnie wierzę w tego bohatera, jestem przekonana, że w prawdziwym życiu mogłabym spotkać osobę o identycznym zespole cech. Nasz książę jest po prostu bardzo realistyczny.
  Po przeczytaniu pierwszej części wydaje mi się, że Sarah J. Maas nie jest stworzona do pisania o miłości i zakochanych ludziach. Dla mnie wątek miłosny jest taki trochę bez wyrazu, nie ma takiej iskry i "tego czegoś". Nie czuć tej chemii między bohaterami.
Poza tym, gdy w "Szklanym tronie" ktoś się zakochiwał to automatycznie tracił zdolność logicznego myślenia. Bohaterowie zachowywali się wtedy jakby byli nastolatkami, a nie pełnoletnimi osobami. Jakiekolwiek opanowanie odchodziło w siną dal...
MINI SPOILER
  Chciałabym dodać jeszcze...Czujecie to co ja? Ten taki mdły, słodki zapach? Tak pachnie trójkąt miłosny i o ile tutaj jako takiego nie było to wydaje mi się, że w następnych tomach aspekt romantyczny będzie szedł w tym kierunku, ale mam nadzieję, że mój książkowy nos się myli, bo ile można wałkować ten sam temat?
KONIEC MINI SPOILERA
  Podsumowując, widzę potencjał w "Szklanym tronie" jednak czuję się nieco zawiedziona. Zamierzam przeczytać kolejne tomy, bo chcę zobaczyć, czy autorka rozwinęła świat, bohaterów itd. Jako początek serii ta powieść jest dobra, ale gdyby to była historia jednotomowa to byłoby trochę gorzej. Z niecierpliwością czekam aż w środę przyjdzie do mnie kontynuacja, bo na razie niestety, nie mam co czytać :(