Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młodzieżówka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 kwietnia 2018

TYLKO GDZIE TE ŻÓŁWIE?/"ŻÓŁWIE AŻ DO KOŃCA" JOHN GREEN

  Hej, hej, dziś znów mam dla Was recenzję książki, które w ogóle nie planowałam czytać. Mimo tego, że bardzo lubię twórczość Greena to do "Żółwi aż do końca" jakoś mnie nie ciągnęło. Okazuje się jednak, że dobrze jest czytać takie powieści-niespodzianki, bo wtedy nie ma się wobec nich wygórowanych oczekiwań.
  Aza Holmes codziennie zmaga się z natłokiem niechcianych myśli w swojej głowie. Zdecydowanie utrudnia jej to już i tak ciężki okres dojrzewania. Do tego wszystkiego musi ona odświeżyć kontakt z synem zaginionego miliardera, Davisem Pickettem, który był niegdyś jej dziecinną miłością. Prosi ją o to jej najlepsza przyjaciółka, Daisy, ponieważ liczy, że uda im się uzyskać jakieś informacje, które pomogą w odnalezieniu ojca Davisa, ponieważ jest za to wyznaczaoa nagroda wysokości 100 tysięcy dolarów.
  Nie można powiedzieć o tej pozycji, że jest wciągająca. Nie trzyma w napięciu i nie jest tak, że nie można się od niej oderwać. Ma bardziej taki nostalgiczny, wręcz powolny charakter aczkolwiek nie traktuję tego jako coś złego, bo czasami trzeba zrobić sobie przerwę od tych wszystkich tytułów z biegnącą na łeb na szyję akcją.
  Mi "Żółwie aż do końca" bardzo się kojarzyły z takimi hipsterskimi filmami, nie wiem, czy wiecie, o co mi chodzi. "Amelia" jest na przykład taką produkcją. Mam na myśli takie bardzo artystyczne, poetyckie dzieła, które właśnie nie mogą się pochwalić mrożeniem krwi w żyłach, tylko taką bardziej sielankowością. Taka dokładnie jest ta książka.
  Wydaje mi się, że elementem, który najbardziej mi przypadł do gustu w tej powieści jest to, że choroba psychiczna, dolegliwość Azy, nie wiem, jak to nazwać, jest taka niepopularna. Teraz możecie zapytać: "Co mam na myśli mówiąc o popularnej chorobie psychicznej?". Chodzi mi tutaj, że o takiej depresji powstało na pewno więcej książek, filmów itd. niż, na przykład, o schizofrenii. W tym przypadku mamy chyba do czynienia z nerwicą natręctw, ale nie jestem pewna, bo żadna konkretna nazwa choroby psychicznej głównej bohaterki nie pada.
  Doceniam, że John Green nie poszedł na łatwiznę i nie postanowił obdarzyć Azy jakąś już "oklepaną" chorobą psychiczną. Wiem, że to zabrzmi jakbym była taka bardzo wyrachowana, bo choroby psychiczne to straszna rzecz, a ja mówię o tym jak o jakimś przereklamowanym motywie w literaturze. O nich trzeba mówić i to dużo, ale nie wciąż o tych samych, a poza tym tutaj jakby wypowiadam się jedynie jako czytelnik, a nie działacz społeczny.
  Skoro tak zostajemy w temacie tych problemów psychicznych to nie podoba jak w tej historii mówi się o lekach na tego typu dolegliwości. Mianowicie, jest tu przedstawiony taki pogląd, że one nie działają i tak jakby sprawiają, że nie jesteś sobą. Nie wiem, ile jest w tym faktycznej opinii autora w tej kwestii, a ile przedstawienia toku myślenia osoby chorej. Ja sama nie wiedziałam, co myśleć, o tym, co jest tu mówione, a co ma o tym pomyśleć ktoś z chorobą psychiczną. Może pomyśleć przecież, że to John Green jako John Green mówi, że leki tego typu są złe, więc ona nie będzie ich brać.
  Bohaterowie są dość specyficzni, co dla tego autora jest dość nietypowe, bo zwykle u niego postacie są dość "normalne", że tak to ujmę. Nie chodzi mi o to, że tych przedstawionych w "Żółwiach aż do końca" się nie lubi, ale po prostu ciężko się z nimi identyfikować, bo są aż tak "inni".
  Jest tu dużo takiej mądrości, jest to bardzo dojrzała młodzieżówka. Myślę, że osoby, które lubią zapisywać sobie jakieś cytaty wynajdą w tej pozycji dużo sentencji, które mogą dodać do swoich notatek.
  Generalnie, polecam Wam tą książkę, nie są to w pełni moje klimaty, ale nie będę się kłócić z tym, że jest to pozycja wartościowa.
 

wtorek, 13 lutego 2018

KRWIOŻERCZE ROŚLINY DONICZKOWE/"DOTYK JULII" TAHEREH MAFI

  Hej, hej, w końcu doczekaliście się recenzji wiem, że już dość długo żadnej nie było. W ogóle większość "Dotyku Julii" przeczytałam bardzo szybko, a chyba ostatnie  100 stron to aż 3 dni czytałam, ponieważ dopadło mnie zjawisko zwane szkołą. Później jeszcze przyszło choróbsko i nie miałam siły kompletnie na nic, nawet na pisanie recenzji. Dobra, ale koniec już tych wymówek, czas wreszcie się o tym "Dotyku Julii" wypowiedzieć.
  Julia jest zamknięta w czymś na wzór szpitala psychiatrycznego. Znajduje się tam, ponieważ dysponuje niezwykłą mocą, a mianowicie potrafi zabijać dotykiem. Funkcjonuje w tym miejscu w miarę normalnie aż do czasu, gdy jej współlokatorem zostaje Adam, chłopak, którego dziewczyna pamięta już od wczesnych lat swojego życia, ponieważ on jako jedyny nigdy się jej nie bał.
  Szczerze mówiąc, ta książka nie wzbudziła u mnie jakiś takich silnych emocji. Nie była ani jakoś specjalnie interesująca, ani też jakoś strasznie nudna. Ilość akcji akurat mnie zadowala, bo nie mogę powiedzieć, że ciągle siedzimy w tym samym miejscu i gadamy o tym samym, ale jednak nie polubiłam bohaterów na tyle, żeby im jakoś bardzo kibicować.
  Tahereh Mafi ma taki dość specyficzny styl pisania. Chodzi mi tu mniej więcej o tego typu przekreślenia, których zastosowanie mi się podoba, bo jednak dzięki nim jest w tej powieści jest trochę bardziej ciekawie i dodatkowo fantastycznie pokazują wszelkie wątpliwości i przekłamania głównej bohaterki.
  Istnieją jednak też gorsze strony sposobu pisania tej autorki. Ja mam wrażenie, że ona strasznie się starała wepchnąć w "Dotyk Julii" jak najwięcej głębokich metafor. Doceniam, że próbowała, bo jednak w przypadku powieści młodzieżowych autorzy zbytnio nie szaleją i starają się pisać w sposób taki bardzo "poprawny", że tak powiem.
  Ona chciała zrobić coś więcej, ale niestety nie wyszło jej to zbyt dobrze. Czasami te porównania były tak wzniosłe, że aż śmieszne. Ja Wam pokażę takie dwie perełki, przy których aż parsknęłam śmiechem. Pierwsza to było coś w stylu: "Uśmiechnął się do mnie niewielkim uśmiechem wielkości Jowisza" i ja nie rozumiem, czy w końcu to był taki mini uśmiech, czy taki od ucha do ucha, bo jakby te dwie rzeczy się wykluczają, a to zdanie brzmi jakby one występowały jednocześnie. To jest jednak dopiero rozgrzewka, bo drugi znaleziony przeze mnie cytat jest jeszcze lepszy: "Jestem mięsożernym kwiatem, moje ciało jest krwiożerczą rośliną doniczkową". Ja w tym momencie myślałam, że po prostu padnę. Jeszcze gdyby tam było tylko "krwiożerczą rośliną" to byłoby okej, ale to "doniczkową" przelało czarę goryczy.
  Podsumowując, ja skończę na przeczytaniu jednego tomu z tej serii, bo czuję, że tu nie ma potencjału na coś wybitnego, ale pierwszą część Wam polecam, jeśli naprawdę nie macie, co czytać i chcecie się pośmiać ze stylu pisania Tahereh Mafi.

niedziela, 4 lutego 2018

PODSUMOWANIE STYCZNIA/2018

  Hej, hej, witam Was w pierwszym podsumowaniu miesiąca w 2018 roku! Powiem Wam, że szybko zleciał ten pierwszy miesiąc i jeśli tak dalej pójdzie to zanim się obejrzymy będzie 2019.
Liczba przeczytanych stron: 2383
Przeczytane książki: 5
Seria "Wybrani" C.J. Daugherty:
1. "Dziedzictwo"
2. "Zagrożeni"
3. "Zbuntowani"
4. "Niezłomni"
5. "Diabolika"
  Jak sami widzicie styczeń zdominowała seria "Wybrani". Przyznaję, że nie cała, bo pierwszy tom przeczytałam jeszcze w grudniu. Ten cykl nie podbił zbyt mojego serca i myślałam, że w ogólnym rozrachunku wypowiem się o nim bardziej pozytywnie niż ostatecznie oceniłam. Na szczęście pod koniec miesiąca na ratunek przybyła mi "Diabolika". Mój stronnicowy wynik, że tak to nazwę jest z kolei lepszy niż się spodziewałam. Myślałam, że tego progu 2000 stron nie przebiję.
Najlepsza książka miesiąca:
"Diabolika"- S.J. Kincaid
  Pewnie po tym moim wstępie spodziewaliście się, kto będzie zwycięzcą w tej kategorii. "Diabolika" jest po prostu kilka poziomów wyżej od innych powieści, które przeczytałam w tym miesiącu. Zainteresowały mnie wydarzenia, które miały w niej miejsce, bohaterowie są bardzo dobrze wykreowani i ogólnie dość mocno poruszyła i zszokowała mnie ta pozycja, bo świat w niej przedstawiony jest taki naprawdę krwiożerczy.
Najgorsza książka miesiąca:
"Dziedzictwo"- C.J. Daugherty
  Moim zdaniem, ze wszystkich tomów sagi "Wybrani" to właśnie ten jest najgorszy. Akcji tu nie ma praktycznie żadnej, a wszystko się skupia wokół rozterek miłosnych Allie, które niesamowicie mnie irytowały. Także dostaniecie tu jedynie nudę i denerwującą główną bohaterkę.
Najlepsza postać miesiąca:
Nemezis z "Diaboliki" S.J. Kincaid
  Nie mogę powiedzieć o Nemezis, że darzę ją sympatią, bo to jednak chyba nie jest postać, którą da się darzyć jakimś pozytywnym uczuciem ze względu na to, że ona dość sporo zabija. Doceniam jednak to, że jest świetnie wykreowana i autorka nie próbuje nas przekonywać, że ona ma jakieś szlachetne pobudki do tego, żeby być złą, co zazwyczaj w przypadku tego typu bohaterek bardzo rzadko ma miejsce.
Najgorsza postać miesiąca:
Allie z serii "Wybrani" C.J. Daugherty
  Dla mnie ta dziewczyna to jest taka ostatnia pierdoła. Ona sobie nie radzi dosłownie ze wszystkim. Do tego wszystkiego jej problemy miłosne, od których pod koniec tego cyklu już mi się po prostu chciało wymiotować. Tak wielkiego niezdecydowania w sprawie, którego chłopaka wybrać to ja jeszcze nie widziałam.
Najładniejsza okładka miesiąca:
  To jest taka bardzo minimalistyczna okładka, ale dla mnie ona perfekcyjnie oddaje właśnie postać tytułowej diaboliki. Do tego ja bardzo lubię takie połączenia w stylu, że cały obrazek jest w jakichś różnych odcieniach jednego koloru, a jeden element ma kompletnie inną barwę.
Najbrzydsza okładka miesiąca:
  Znacie te okładki takich tanich romansów i to tanich w sensie dosłownym i przenośnym? Mi to wydanie kojarzy się właśnie z czymś takim. Jeszcze nie rozumiem, o co chodzi, że ci wszyscy ludzie są jakby ubrudzeni ziemią. Nie ogarniam tego, a poza tym, miny tej całej trójki wyglądają dla mnie niesamowicie śmiesznie, a chyba nie taki był cel.
  Przepraszam, że w dzisiejszym podsumowaniu byłam taka monotematyczna, ale nie czułabym się dobrze ze sobą gdybym dała inne odpowiedzi. Mimo wszystko zapraszam do czytania kolejnych postów :*

czwartek, 1 lutego 2018

ZABIJANIE NA PRAWO I LEWO/"DIABOLIKA" S.J. KINCAID

  Hej, hej, skończyłam już serię "Wybrani", ale nie tylko ich dostałam pod choinkę. W moich wigilijnych zdobyczach znalazła się również "Diabolika". Powiem Wam, że nie myślałam wiele o tej powieści zanim ją przeczytałam. Wiadomo, słyszałam jakieś pozytywne opinie, ale nie myślałam, że ta pozycja będzie aż tak dobra.
  Nemezis jest diaboliką, istotą, która jest niczym maszyna do zabijania i która jest stworzona do bronienia i kochania tylko jednej osoby, która zostanie jej wskazana. Nemezis ma się opiekować Sydonią Impirian, córką senatora, który bardzo interesuje się nauką, co nie jest dobrze postrzegane przez cesarza. Młoda Impirianka wezwana na dwór pod pozorem zwyczajnej wizyty jednak wszyscy przeczuwają, że to jakaś pułapka stworzona dla ukarania senatora przez skrzywdzenie jego córki. W zamian tego zostaje tam posłana Nemezis by udawała Sydonię, co dałoby podopiecznej znacznie więcej bezpieczeństwa.
  Ja wciągnęłam się w tą historię już od pierwszej strony. Myślę, że jest to sprawa tego, że S.J. ma taki styl pisania, który sprawia, że aż chce nam się czytać i czas spędzony nad książką się nie dłuży. Autorka pisze też bardzo lekko, co tu jest niezwykle potrzebne, ponieważ ten cały wykreowany świat jest bardzo okrutny, a ludzie w nim są w większości bardzo zepsuci. Wydaje mi się, że "Diabolika" jest skierowana bardziej do młodzieży, więc taka prostota jest tu tym bardziej potrzebna.
  Ogólnie, całe to uniwersum bardzo mi się podoba. Niedawno w jednym z postów mówiłam, że ciężko dziś znaleźć dziś oryginalną młodzieżówkę. Nie mówię, że świat "Diaboliki" jest jakiś bardzo wyjątkowy, bo są w nim zawarte pewne schematy, z którymi już wielokrotnie się spotkałam, ale w tym przypadku akurat nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo.
  Fabuła jest bardzo ciekawa, mamy mnóstwo zwrotów akcji i dość sporo bohaterów dzięki czemu nie skupiamy się wciąż na tych samych postaciach i nie jesteśmy znudzeni w żaden sposób. W pewnym momencie w ogóle akcja całkowicie zmienia kierunek i to, co było najważniejsze na samym początku w pewnym momencie już całkowicie nie ma znaczenia.
  Według mnie, to jest bardzo udany zabieg i myślę, że często autorzy myślą, że jak ich książka nie ma więcej niż 500 stron to od początku do końca możemy mówić o tym samym. Czasami owszem, można tak zrobić, ale trzeba wtedy dokładać dodatkowe wątki i w inny sposób zajmować uwagę czytelnika. Często pisarze jednak myślą, że nie muszą robić nic dodatkowego, bo ten główny motyw jest wystarczająco zajmujący uwagę, a w wielu przypadkach tak nie jest i jesteśmy w przypadku takiej powieści skazani na nudę.
  Podoba mi się też to, że S.J. Kincaid nie owija w bawełnę w sprawie Nemezis. Często jeżeli główna bohaterka ma jakąś ciemną stronę albo sporo zabija, jak np. Celaena ze "Szklanego Tronu" to autorzy starają się nam wcisnąć kit, że ona ma jakieś powody, żeby taka być, bla bla bla i ciągle próbują ją usprawiedliwiać. I to mnie niesamowicie denerwuje. Tu czegoś takiego na szczęście nie ma i pani Kincaid stawia kawę na ławę i mówi: "Moja bohaterka morduje na prawo i lewo, musicie się z tym pogodzić".
  Jedyną rzeczą, która zawiodła mnie w tej pozycji jest zakończenie. To znaczy nie mówię, że ono było złe, sytuacja prezentuje się trochę inaczej. Otóż, zbliżamy się do ostatniej strony i jest taki zwrot akcji, który mnie po prostu rozwalił i rozbił na kawałeczki moje biedne serduszko. Wiecie, ale to by było takie pozytywne zniszczenie, które by mnie utwierdziło w przekonaniu, że właśnie przeczytałam niezwykle emocjonującą książkę. Niestety, w życiu  tak pięknie nie ma. Oto nastąpił kolejny zwrot akcji, który skleił mi serce na nowo, a ja nie chciałam, żeby ono było sklejane.
  Podsumowując, ja Wam "Diabolikę" serdecznie polecam. Zdecydowanie się spodoba fanom takich dystopijnych światów i historii myślę, że przypadnie też do gustu fanom sci-fi, bo cała akcja ma miejsce w kosmosie.

czwartek, 25 stycznia 2018

WIELKI FINAŁ W PIĘCIU SŁOWACH/"NIEZŁOMNI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, słuchajcie, mam już za sobą całą serię "Wybrani". Ta przygoda z tymi książkami zajęła mi około miesiąca. Niektóre tomy były lepsze, niektóre gorsze, ale dzisiaj w końcu się wypowiem finalnie o tym cyklu i o tym, jak go oceniam.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH TOMÓW
  Po całkowitej porażce na negocjacjach z Nathanielem w Londynie Carter zostaje porwany. Wszyscy w Akademii Cimmeria pracują nad planem jego odbicia. Allie musi sobie poradzić bez wsparcia chłopaka ze śmiercią Lucindy, zerwaniem z Sylvianem oraz z sekretami, które mają przed nią jej zaufani przyjaciele.
  Mi osobiście "Niezłomni" bardzo przypominali piąty tom "Darów Anioła", czyli "Miasto zagubionych dusz". Cała fabuła skupia się na ratowaniu bohatera, który dość średnio mnie obchodzi. Dla mnie Carter jest nijaki i nie darzę go jakimś szczególnym uczuciem. W ogóle według mnie, bardzo złym posunięciem jest to, że uwaga czytelnika nie jest zwrócona ku jakiejś takiej konkretnej wojnie z Nathanielem tylko takim podchodom.
  Mi tu brakuje takiej wielkiej, ostatecznej bitwy. Rozumiem, że to nie jest "Harry Potter" i że ten konflikt jest w środowisku takich ludzi biznesu, którzy nie będą spotykać się na jakiejś polanie, żeby się pojedynkować, ale można by tu zrobić jakąś akcję w stylu podłożenia bomby do Cimmerii i takiego napadu na tą szkołę.
  Dla mnie finał "Niezłomnych" to jest po prostu jakiś żart. Mówię o tej akcji z odbijaniem Cartera. Czekamy na to przez większość książki i to jest tak, że generalnie jest ogłoszone to, że tam "ci dobrzy" weszli do budynku no i dosłownie nie mija połowa strony i już jest koniec całej operacji. Ja się wtedy po prostu załamałam. Moim zdaniem, autorka powinna w tym momencie opuścić Allie, która w zasadzie nie robi kompletnie nic poza użalaniem się nad sobą i opisać to, gdzie faktycznie się coś dzieje. Zdecydowanie mogłaby tak zrobić, zwłaszcza, że narracja w tej powieści nie jest pierwszoosobowa.
  Jedyną rzeczą, która C.J. Daugherty mnie zaskoczyła to wątek związany z Rachel. Dla mnie to był kompletny szok i bardzo się wtedy identyfikowałam z Allie, bo ona uważała się za idiotkę, bo niczego nie podejrzewała i ja myślałam wtedy o sobie dokładnie tak samo.
  Dobra, nadszedł czas, żeby ogólnie ocenić sagę "Wybrani". Na pewno nie przeczytam jej drugi raz, to nawet nie podlega wątpliwościom. Powiem Wam, że nie polecam tej historii. Nie przywiązałam się jakoś szczególnie do bohaterów, co jest dla mnie szalenie ważne, bo od tego zależy, jak duże emocje odczuwam. Fabuła też nie była jakaś szczególnie porywająca mimo, że trochę próbowałam się oszukać, że jest ciekawa. Poza tym, są tu schematy typowej młodzieżówki wiecie, trójkąty miłosne, irytująca bohaterka, która ratuje świat itd. "Wybrani" zdecydowanie mnie nie zachwycili.

niedziela, 21 stycznia 2018

KSIĄŻKI, KTÓRE SĄ NICZYM ODGRZEWANE KOTLETY/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI

  Hej, hej, słuchajcie dzisiejszy post jest niespodzianką zarówno dla mnie jak i dla Was. Podobnie było w zeszłym tygodniu z recenzją "The End of the F***ing World". Miałam robić tag, ale stwierdziłam, że tag nie zając, nie ucieknie, a przypomniało mi się, że bardzo długo nie było żadnego postu ze "Świata według książkoholiczki". Dziś będzie o takich wciąż powtarzających się w różnych powieściach schematach, a mam tu na myśli głównie historie dla młodzieży. Zainspirowała mnie do tego seria "Wybrani", która nie jest zła, ale ma w sobie mnóstwo cech takiej typowej młodzieżówki.
  Zacznijmy od klasyka klasyków, czyli trójkątów miłosnych. Ja się chyba ostatnio ekscytowałam czymś takim jak czytałam "Selekcję" i "Igrzyska Śmierci" tylko, że za pierwszym razem. Było to jakieś 2, 3 lata temu. W tym czasie przeczytałam jeszcze co najmniej 5 innych serii, w których były trójkąty miłosne. Już zupełnie mnie one nie ruszały, możliwe, że jest to spowodowane tym, że "te opcje" do wybrania przez główną bohaterkę nie były jakieś super. Myślę jednak, że nawet gdybym darzyła bohaterów jakimś silnym uczuciem to taki zabieg by mnie nie emocjonował.
  Dla mnie takie zastosowanie czegoś takiego ma same wady. Główna postać, która nie może się zdecydować między dwoma chłopakami, czy dziewczynami po jakimś czasie staje się ultra irytująca. Jeszcze pół biedy, jeśli ona te swoje rozważania przeprowadza tylko w swojej głowie, a tak to jest singielką/singlem, ale jeśli ona ciągle wchodzi w związek z inną osobą i zmienia je jak rękawiczki to ja odpadam.
  Niezwykle szanuje pozycje młodzieżowe, w których nie ma trójkątów miłosnych, mają dla mnie zdecydowanie większą wartość. Oznacza to, że ich autorzy nie idą na łatwiznę za pomocą sprawdzonych chwytów, które wiadomo, że zyskują duże zainteresowanie.
  Jestem zmęczona również tym, że główny bohater/bohaterka bardzo często nagle znajduje się w centrum ogromnego zainteresowania. Nie mówię, że dla czytelnika, bo to jest raczej oczywiste, ale dla całego społeczeństwa występującego w danej historii. Nazywam to "Syndrom ratowania świata". Postać z całkowicie nieznaczącej dla swojego kraju, świata, whatever nagle staje się najważniejsza i od niej zależy wszystko. Rozumiem, że pisanie o życiu takiego zwykłego, nudnego człowieka byłoby trochę bez sensu, ale załóżmy, że dana bohaterka postanawia wstąpić do ruchu oporu, czy czegoś w tym stylu. Autorzy bardzo często stwierdzają: "Nie, ona nie może być zwykłym partyzantem, zróbmy ją generałem. Albo nie! marszałkiem od razu i jeszcze niech będzie twarzą całej rebelii". To jest takie typowe od zera do bohatera, czyli coś co zdarza się w prawdziwym świecie strasznie rzadko, a w tytułach dla młodzieży praktycznie ciągle.
  Dobra, słuchajcie, posłuchaliście troszkę mojego narzekania, ale już daję Wam spokój. Oj, stęskniłam się za tą serią i jestem przekonana, że teraz posty z niej będą się pojawiać zdecydowanie częściej.

piątek, 19 stycznia 2018

NIEZDECYDOWANIE ALLIE JUŻ MNIE DOBIJA/"ZBUNTOWANI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, słuchajcie za mną jest już przedostatni tom sagi "Wybrani" i powiem Wam, że chociaż ta część nie była zachwycająca to jest bardzo dobrą furtką dla wielkiego finału.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH TOMÓW
  W Akademii Cimmeria została zaledwie garstka uczniów. Treningi Nocnej Szkoły są coraz bardziej intensywne, Allie szykuje się na wielkie negocjacje z Nathanielem, na które ma pojechać razem z Lucindą. Wszystko się jednak zmienia, gdy wszyscy odkrywają, kto był długo poszukiwanym szpiegiem.
  Wydaje mi się, że "Zbuntowani" to taka kolejna cisza przed burzą, ale jednak nie jest ona aż tak tragiczna jak w "Dziedzictwie". Nawet się wciągnęłam w tą historię i śledziłam ją z dość sporym zainteresowaniem. Dobrze się czytało o tych różnych przygotowaniach do ostatecznej walki z Nathenielem.
  Umówmy się, to, kto okazał się szpiegiem nie było dla mnie jakąś olbrzymią zagadką. Spodziewałam się tego praktycznie od momentu, w którym została wytypowana taka trójka głównych podejrzanych. Jeszcze w "Zagrożonych" miałam pewne wątpliwości, ale jak ich skończyłam to sprawa była już dla mnie oczywista. Moim zdaniem, autorka za bardzo przesłodziła tą postać, która była szpiegiem przez co zdecydowanie była ona dość podejrzana.
  Bardzo mi się zaczęła podobać osoba Nathaniela. Naprawdę, podczas tych wielkich negocjacji zauważyłam u niego takie typowe cechy czarnego charakteru psychopaty, który już w sumie się pogubił w tym, co robi.
  Allie mnie w tym tomie po prostu załamała. Myślałam, że ją uduszę. Przez całą powieść myślę: "Dobra, ogarnęła się, zdecydowała się na pana A" po czym na sam koniec Allie mówi: "Też cię kocham, panie B". Po prostu ręce opadają, a najlepsze jest to, że główna bohaterka argumentuje swoją zmianę zdanie tym, że zawsze kochała pana B i nie decyduje się w końcu na pana A z tych samych powodów, które sprawiły, że wcześniej nie zdecydowała się na pana B.
  Dzisiaj taka króciutka recenzja, bo tak jak mówię w tym tomie nie działo się jakoś bardzo dużo, przez co średnio mam, o czym pisać. Mam nadzieję, że w "Niezłomnych" ta sytuacja się zmieni i będę musiała pisać godzinę zanim wymienię wszystkie rzeczy, która w różnych sposób mnie poruszyły lub zastanowiły.

wtorek, 9 stycznia 2018

W POSZUKIWANIU SZPIEGA.../"DZIEDZICTWO" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, za mną już drugi tom sagi "Wybrani" i powiem Wam, że skończyłam go już jakiś czas temu, ale dopiero teraz znalazłam czas na napisanie tej recenzji. W ogóle zauważyłam, że ostatnio wpisy z moimi opiniami o książkach pojawiają się zawsze we wtorek. Dziwne, ale nie o tym jest ten post. Mam nadzieję, że druga część tej serii nie pomiesza mi się z trzecią, bo już przeczytałam parę stron z "Zagrożonych" i akcja tych tomów mi się powoli miesza.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE PIERWSZEGO TOMU
  Allie wróciła na wakacje do domu po obfitującym w traumatyczne przeżycia pierwszym roku nauki w Akademii Cimmeria. Nawet tam jednak nie może być już bezpieczna. Z tego powodu wraca do szkoły wcześniej niż planowała. Tam czekają na nią trudne początki treningów w szkole, poszukiwania szpiega Nathaniela, a także problemy w miłości.
  Jak dla mnie ta powieść to jest klasyczna cisza przed burzą. Jeśli chodzi o wielką politykę to niewiele tu się dzieje w tym temacie poza tym, że wszyscy generalnie dość solidnie się boją, że któregoś dnia do szkoły wbiją ludzie czarnego charakteru, czyli Nathaniela.
  Ale słuchajcie, jeśli chodzi o strefę uczuciową to tu są niezłe dymy. Ogólnie, to jeszcze się nie określiłam na temat tego, czy wolę Allie z Carterem, czy Sylvianem. To znaczy, powiem tak, charakterem zdecydowanie bardziej mi odpowiada ten drugi i po prostu jego nienaganne maniery to coś, co po prostu ubóstwiam, ale to, że prawie zgwałcił główną bohaterkę z pierwszej części jest absolutnie niewybaczalne. Jak teraz tak o tym myślę to chyba autorka nie wiedziała, co zrobić, żeby Allie spiknęła się z Carterem, więc z Sylviana zrobiła jakiegoś zboczeńca mimo, że to się zupełnie kłóci z jego wcześniejszym zachowaniem. Chyba jednak wolę związek Allie z Carterem, bo nie wiem, jak mogłabym zapomnieć ten haniebny czyn Sylvianowi.
  Ogólnie, w "Dziedzictwie" pojawia się nam sporo nowych postaci i większość z nich jest naprawdę niezła. Zoe to bohaterka, która bardzo mi się podoba, chociaż jej zmiana na przestrzeni całej książki jest aż nie do uwierzenia. Na początku jest wredną zołzą, a później się zmienia w swego rodzaju maskotkę Allie. Tak najbardziej podobała mi się ona w środku tej powieści, bo miała takiego swojego trudnego charakterku, była taką wojowniczką, rozrabiaką, ale zarazem miała trochę takiego swojego dziecięcego uroku. 
  W "Dziedzictwie" mamy też trochę więcej Rachel, która jest chyba moją ulubioną bohaterką. Ja w ogóle nie wiem, czemu ona się zadaje z Allie, bo zazwyczaj jest bardzo rozsądną, mądrą dziewczyną, czyli całkowitym przeciwieństwem głównej bohaterki.
  Tak teraz myślę, że kompletnie nie rozumiem motywacji Nathaniela. Jest zły tylko dlatego, bo jest zły. Jedynym jego plusem jest to, że chyba nigdy główna bohaterka nie spotkała go na żywo przez co jest taki enigmatyczny i wnosi trochę tajemniczej atmosfery.
  Taka króciutka recenzja tym razem, bo tak jak mówiłam w tym tomie nie działo się zbyt wiele oprócz tych spraw rozgrywających się w sercu Allie. Mam nadzieję, że w "Zagrożonych" będzie trochę więcej wartkiej akcji i na razie wygląda na to, że moje oczekiwania zostaną spełnione.

czwartek, 4 stycznia 2018

ACH, TE TRÓJKĄTY MIŁOSNE!/"WYBRANI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, witam Was z pierwszą recenzją tej z tych powieści, które dostałam na Święta. O serii "Wybrani" słyszałam wiele dobrego, ale nie miałam jakiś ogromnych wymagań względem pierwszego tomu, więc zobaczmy, czy zdoła on spełnić te malutkie kryteria.
  Allie została kolejny raz wyrzucona ze szkoły. Po tym, jak jej brat Christopher zaginął dziewczyna przeżywa bunt i nie jest w stanie długo się utrzymać w jednej placówce. Jej rodzice w końcu postanawiają ją wysłać do elitarnej szkoły z internatem, Akademii Cimmeria. Większość uczniów jest potomkami członków rządu, bogaczy oraz gwiazd. Z czasem Allie się dowiaduje, że to na pierwszy rzut oka miejsce bez skazy i sekretów skrywa ich naprawdę wiele i nastolatka nikomu nie może ufać.
  Umówmy się nie brzmi to, jak najbardziej oryginalna książka na świecie. Fabuła jest prościutka, ale powiem, że dość łatwo można się w nią wciągnąć. C.J. Daugherty podobnie jak wielu innych autorów i autorek młodzieżowych ma bardzo lekki styl pisania przez co nie czujemy się znudzeni mimo tej nieskomplikowanej akcji.
  Ja bardzo lubię, jeśli dana książka dzieje się w jakimś miejscu, w którym ja sama chciałabym się znaleźć. Ten element jest, np. w "Harrym Potterze" i oczywiście mówię tu o Hogwarcie. W przypadku "Wybranych" coś takiego występowało. Akademia Cimmeria jakoś podbiła moje serce. Chciałabym się uczyć w tak ekskluzywnej, mrocznej szkole.
  Właśnie przez wszystkie strony tej książki towarzyszy nam taka atmosfera tajemniczości, bo tak naprawdę tak samo, jak główna bohaterka nie wiemy kompletnie, o co w tym wszystkim chodzi. Muszę przyznać, że pod koniec już mnie to trochę irytowało, ale generalnie to całe zastanawianie się było takie frustrująco wciągające. Ogólnie, na plus.
  Ja od pierwszego rozdziału wiedziałam, że Allie nie jest postacią moich marzeń, że będę miała z nią na pieńku i nie pomyliłam się. Na początku jest taką typową nastoletnią buntowniczką i niby miała powód, żeby zachowywać się w ten sposób, bo ten jej brat zaginął i w ogóle. Mimo wszystko irytują mnie takie osoby i właśnie ona również działała mi na nerwy. Później niby się trochę zmienia, ale wtedy z kolei staje się taką głupią laską, którą wszyscy muszą ratować, bo wciąż pakuje się w tarapaty.
  Jest pewna postać, którą ja pokochałam i mówię tutaj o Sylvianie. Po prostu idealny przykład dżentelmena, delikatny, nienachalny, romantyk po prostu czysta perfekcja. I nagle wszystko się zepsuło. Zaczęłam go nienawidzić, bo to, co zrobił było niewybaczalne i po prostu złamał mi serce. Nie powiem Wam, co to dokładnie była za akcja, żeby nie spoilerować.
  Czy dobra młodzieżówka może się obejść bez trójkąta miłosnego? Tak, owszem może i nie wiem, czemu większość autorów tego gatunku pozycji jeszcze tego nie ogarnęła, a C.J. Daugherty nie jest wyjątkiem od tej reguły.  Ja się pytam: "Ile można?". Mnie to już przestało bawić. Jeszcze rozumiem, gdy ta bohaterka jest taka super, że zwyczajnie ciężko się w niej nie zakochać, ale Allie to jest taka ostatnia pierdoła, więc nie wiem, o co chodzi.
  Podsumowując, polecam "Wybranych" młodzieży. Myślę, że jako pierwszy tom serii to ta książka jest całkiem niezła. Wydaje mi się, że w następnych częściach zacznę się przywiązywać do bohaterów, bo zaczęłam już czytać kontynuację i pojawiają się tam tacy ludzie, których naprawdę lubię. "Wybrani" są czymś bardzo łatwym, szybkim i przyjemnym, więc jeśli szukacie czegoś takiego to zachęcam do przeczytania.

wtorek, 19 grudnia 2017

TU SĄ JEDNOROŻCE!/"KSIĘGA LUSTER" ADAMA FABERA

  Hej, hej, dawno już sobie nie czytałam takiej dobrej, młodzieżowej fantastyki. Odeszłam trochę od tego gatunku, żeby się skupić na tych, które wcześniej dość mocno zaniedbywałam. Ogromnie mnie cieszy, że jest powieść, o której dziś mówię to polska pozycja i mogę powiedzieć: "Tak, to jest dobre".
  Kate jest zwyczajną dziewczyną mieszkającą w Londynie i mającą przeciętne nastoletnie problemy. Pewnego dnia, w jej szkole pojawia się nowy chłopak, w którym Kate od razu się zakochuje. W akcie desperacji postanawia znaleźć jakiś sposób na zwrócenie na siebie jego uwagi w sklepie z magicznymi akcesoriami. Mimo, że dziewczyna nie jest do końca przekonana o mocy działania sprzedawanych tam przedmiotów kupuje tam księgę z zaklęciami. Za jej pomocą rzuca urok miłosny, ale efekt jego działania oraz to, co jej czyn za sobą pociągnie jest czymś, czego się ona w ogóle nie spodziewa.
  W jednej z ostatnich recenzji, która mianowicie dotyczyła "Ponad wszystko" mówiłam o tym, że cytat, który był zamieszczony na początku powieści zniechęcił mnie trochę do całości, co prawda później ta książka uratowała swój honor, ale to nieważne. Sytuacja przy okazji "Księgi luster" prezentuje się całkowicie inaczej. Tam na jednej z pierwszych stron był zamieszczony fragment z "Dumy i uprzedzenia". Wyobraźcie sobie moją reakcję wiedząc, że ta pozycja jest jedną z moich ulubionych powieści. Po prostu ja od razu  pomyślałam: "Adamie Faberze, kocham cię, a twoja książka na pewno będzie genialna!". Także "Księga Luster" ma już u mnie plusik za taki malutki detal.
  Teraz się skupiam na drobiazgach, ale niesamowicie mnie rozjuszyło, gdy przeczytałam z tyłu książki: "Gdyby Harry Potter był dziewczyną, nazywałby się Kate Hallander!". Automatycznie ustawiłam sobie za cel udowodnienie sobie, że wcale tak nie jest i pewnie ta historia się nawet nie umywa do "Harry'ego Potter'a". W ogóle nie wiem, kto wymyślił, żeby umieścić na rewersie okładki taki napis, ponieważ "Księgę Luster" i serię J.K. Rowling łączy jedynie to, że oba te tytuły można zaliczyć do fantastyki.
  Ogólnie, powiedziałabym, że historia Adama Fabera jest skierowana głównie do młodszej młodzieży, bo myślę, że dzieci mogłyby jednak nie skumać wszystkiego, a szesnastolatek, który by się nastawiał na coś typu "Szklany tron" stwierdziłby, że ta pozycja to dziecinada.
  Ja spodziewałam się, że treść tej książki będzie przeznaczona dla ludzi młodszych ode mnie, więc nie uważałam jej za dziecinną, bo byłam przygotowana na to, że będzie własnie na takim poziomie wiekowym.
  Najśmieszniejszym elementem tej powieści było to, jak Kate rzuciła urok miłosny. Nie będę Wam mówiła, co dokładnie poszło nie tak, ale zdecydowanie nie wyszło jej to zaklęcie. Gdy okazało się, jakie ma ono skutki na jej relację z tym nowym chłopakiem, Jonathanem to myślałam, że się zsikam ze śmiechu. To był moment, kiedy najbardziej się identyfikowałam z tą bohaterką, bo też mam czasami tak, że tworzę cały misterny plan, a i tak wychodzi jak zwykle :D
  Mojej sympatii nie zdobył natomiast Fion, czyli fer Kate. Już tłumaczę i objaśniam, o co chodzi. Wydaje mi się, że da się domyślić, że główna bohaterka jest tak naprawdę czarownicą. Każda czarownica jest tak jakby połączona z jakimś ferem, czyli takim magicznym stworzeniem. Może nie tyle, że nie lubię Fiona, ale jest mi on zwyczajnie obojętny. Choć na początku mnie zdenerwował tym, że okazał się strasznie naiwny, co spowodowało ciąg dalszych, nieprzyjemnych wydarzeń.
  Uwaga, mam dla Was taką dość specyficzną informację do przekazania, ale naprawdę podobało mi się, jak w tej historii zostały przedstawione jednorożce. Niby to nie jest coś wielkiego, ale Adam Faber równie dobrze mógł przedstawić jednorożce jako urocze koniki, zwłaszcza biorąc pod uwagę grupę wiekową, do której skierowana jest powieść. Te stworzenia są tu przedstawione za to jako niezwykle honorowe, szlachetne, dostojne i kompletnie nieurocze.
  Dla mnie jednak największym plusem jest to, że autor pisze w taki sposób, który bardzo oddziałuje na wyobraźnię. Mi przez cały czas czytania ta historia odtwarzała się w głowie jak film. Jest to dość dziwne biorąc pod uwagę, że opisy nie są tu jakoś bardzo szczegółowe. Świat jest dość rozbudowany, ale opis wyglądu takiego fera nie jest jakiś bardzo dokładny, a mimo to widziałam to stworzenie oczami wyobraźni.
  Podsumowując, myślę, że kupię drugi tom tej serii, której początkiem jest "Księga Luster", żeby zobaczyć, czy próbuje się ona wspinać na jakiś wyższy i bardziej angażujący poziom. Mogę Wam ją serdecznie polecić, bo ciekawi, nie nudzi i można sobie przypomnieć czytane nam kiedyś przez rodziców baśnie, z którymi pozycja ta bardzo mi się kojarzy.
 

wtorek, 12 grudnia 2017

EMO W ROLI GŁÓWNEJ/"HATE LIST. NIENAWIŚĆ" JENNIFER BROWN

  Hej, hej, słuchajcie, dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję książki, którą miałam na swojej liście do przeczytania już chyba z rok. Nie jest to jakiś bestseller, a wręcz powiedziałabym, że dość nieznana pozycja, a szkoda, bo jednak zasługuje na całkiem sporą ilość uwagi.
  Valerie wraz ze swoim chłopakiem, Nickiem stworzyła listę ludzi, których nienawidzą. Znajdują się tam szkolne gwiazdy, członkowie drużyny footballowej, nauczyciele a nawet osoby niezwiązane ze środowiskiem szkolnym, np. prezenterzy telewizyjni. Któregoś, pozornie zwyczajnego dnia Nick przychodzi do szkoły z pistoletem i próbuje zabić wszystkie osoby z listy. Po całej strzelaninie sam popełnia samobójstwo. Valerie jednak żyje i musi wrócić do szkoły wiedząc, że są tam ludzie, którzy uważają ją za współwinną całej tragedii.
  Zacznę od tego, że robienie tego typu spisu osób, których się nienawidzi w moim odczuciu nie jest normalne. Wiadomo, wydaje mi się, że każdy przynajmniej raz powiedział/pomyślał, że czuje do kogoś nienawiść. Spisanie ich jest jednak taką bardziej oficjalną, poważną formą wyrażenia tego. Nie wiem do końca, jak to ująć. Poza tym, ta cała lista została zatytułowana "Do odstrzału". Wiecie, to już jest taka forma życzenia komuś śmierci, a to już jest jednak takie bardziej dosadne. Poza tym, Valerie się tłumaczyła, że to wszystko to była taka forma żartów jej i Nicka i ja sobie wtedy myślałam: "Nie no, dziewczyno, masz świetne poczucie humoru".
   Generalnie, ja mam taki dość spory problem z główną bohaterką, a zwłaszcza na początku. To jest taka typowa zbuntowana nastolatka. "Puszczę muzykę na cały głos mimo, że wiem, że zaraz matka przyjdzie i powie, żebym ściszyła. A niech sobie przychodzi, jestem taka zła ha ha ha". W ogóle, tak z innej beczki powiem, że ja nigdy nie ogarniałam tego podgłaśniania muzyki na full przez normalne głośniki, jakby zwykłe słuchawki były nie wiadomo jakim wydatkiem. Gdy mamy słuchawki na uszach wszyscy są zadowoleni.
  Poza tym, Valerie jest tak bardzo emo. I umówmy się, ja nic nie mam do tego, że się ubierała na czarno i miała pofarbowane włosy na ciemny kolor, chociaż to było dość zabawne. gdy wyobrażałam sobie ją jeszcze ze skórą pofarbowaną na taką czystą czerń, żeby dodać jej tego emo klimatu. Po prostu ja ją widziałam oczami wyobraźni, jak ona siedzi w tej szkole i ciągle z taką miną jakby cały świat był przeciwko niej. Nie mówię tu o czasie po strzelaninie, bo jakby wtedy to by było uzasadnione, ale przed nią to tak się zachowywała tylko dlatego, że uznawała, że została pokrzywdzona przez wszystkich i w ogóle życie jest bez sensu.
  Podobało mi się w "Nienawiści" to, że nic nie było dla mnie takie oczywiste. Nie wiedziałam, czy główna bohaterka jest winna masakry w szkole, czy też nie. Czy to, że ludzie ją tak traktowali, jak traktowali jest uzasadnione. Ta powieść jest pełna pytań, na które nie znam odpowiedzi.
  Jestem za to w pełni pewna, że zachowanie ojca Valerie jest karygodne. Nie powiem Wam dokładnie, co on tam robił, żeby jakoś bardzo nie spoilerować. Powiem tylko tyle, że odwrócił się do niej dupą i powiedział: "Radź sobie sama". Ja wiem, że sytuacja, w której twoje dziecko jest w pewien sposób zamieszane w strzelanine nie jest zbyt codzienna i nie ma poradników, jak sobie z tym radzić, ale kurde trzeba dać do zrozumienia swojemu potomkowi, że nieważne, co zrobił i tak się go kocha. I nie mówię tu, żeby go głaskać po główce i mówić, że wszystko jest okej, ale dać chociaż takie minimum wsparcia.
  Moim zdaniem, zakończenie jest trochę zbyt idealna i takie "słodkie". Ja czytając je widziałam, co prawda, że autorka za wszelką cenę chce uniknąć takiego efektu, ale niestety, nie wyszło jej to w 100%. Może jednak moje odczucia są błędne, bo możliwe, że taki zabieg był po to, żeby sprawić, że ta historia będzie jedną z tych, które niosą nadzieję.
  Podsumowując, "Nienawiść" to nie bestseller, a jest bardzo dobrą książką. Jest dość krótka, a poza tym, tak pokazuje, że nawet choćby nie wiem, jak w bardzo złej sytuacji byśmy się znaleźli to zawsze jest szansa wyjścia na prostą.

wtorek, 5 grudnia 2017

FLIRT CZY FILTR?/"PONAD WSZYSTKO" NICOLI YOON

  Hej, hej, dzisiaj mam dla Was recenzję książki, którą przeczytałam akurat teraz w zasadzie czystym przypadkiem. Byłam w księgarni razem z moimi rodzicami i kupowaliśmy jakąś powieść dla mojej babci na urodziny. Ja, jak to ja rozglądałam się po wszystkich półkach i szukając, czy są tam jakieś tytuły, które chcę przeczytać. Zobaczyłam grzbiet książki "Ponad wszystko", wyjęłam ją myśląc: "E, pewnie okładka filmowa". Patrzę, a tam oryginalna oprawa graficzna. Takiej okazji nie mogłam przepuścić, bo jak wszyscy wiemy, gdy pojawia się ekranizacja magicznym sposobem wszędzie znikają pierwotne okładki.
  Madeline ma wyjątkowo rzadką chorobę. Nie może wychodzić z domu, a wszystko wokół niej musi być specjalnie odkażone, bo inaczej każda rzecz wywołałaby reakcję alergiczną, która w przypadku tej właśnie dziewczyny może doprowadzić nawet do śmierci. Nastolatka akceptuje taki stan rzeczy, a nawet go lubi do momentu, gdy do domu obok wprowadza się chłopak Olly wraz ze swoją rodziną. Od razu zaczyna intrygować Madeline, a ich wspólna relacja toczy się taki sposób, jakiego by się nigdy nie spodziewała.
  Powiem Wam, że na początku się wystraszyłam. Spowodował to cytat zamieszczony jeszcze przed rozpoczęciem historii. Wiecie, czasami autorzy dają takie, ja zwykle ich nie czytam, lecz ten wyjątkowo zwrócił moją uwagę. Był to cytat z "Małego Księcia". Może niektórzy z Was wiedzą, że nie znoszę tej pozycji i jeszcze był to ten fragment: "Dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu". Jak dla mnie najbardziej oklepany ze wszystkich, bo już tyle razy został umieszczony na facebooku i wszędzie, że dla mnie on już kompletnie stracił przesłanie. Pomyślałam: "O, nie, czy to będzie jedna z tych książek 'ambitny' cytat, na 'ambitnym' cytacie 'ambitnym' cytatem pogania?". Na szczęście okazało się, że moje przypuszczenia były błędne.
  Ogromnym plusem "Ponad wszystko" jest to, że ma w sobie taką lekkość. Mimo tego, że tematyka nie jest jakaś taka najłatwiejsza(nie mówię też, że najcięższa), bo wiecie choroba i te sprawy, to my nie jesteśmy zmęczeni podczas czytania. Ja pochłonęłam tą powieść bardzo szybko, bo nie chciałam się od niej odrywać. To jest jej wielka zaleta, że jest jednocześnie mądra, ale też wyjątkowo przyjemna.
  Zastanawiałam się podczas zapoznawania się z tym tytułem, czy ta choroba, którą ma Maddy, czyli SCID istnieje. Myślałam, że nie, bo wydawało mi się to strasznie dziwne, że rodzi się człowiek, który tak jak inne zwierzęta ma przystosowania do życia na świecie, a ktoś po prostu tych cech, typu odporność, nie ma. Okazało się jednak, że ta przypadłość istnieje i to jest naprawdę świetne, że taka historia, która jest skierowana głównie do młodzieży zwraca naszą uwagę na ludzi, którzy mają w swoim życiu tak ciężko.
  Główna bohaterka generalnie przez to, że siedzi bez przerwy w domu bardzo dużo czyta. Autorka bardzo zręcznie wykorzystuje to, że właśnie taki typ spędzania czasu dała tej postaci, bo bardzo często dodaje jakieś nawiązania z literatury.
  Najczęściej jest tu chyba wspominany "Mały Książę"(blee), ale też "Władcy much", czy "Duma i uprzedzenie". Wyobraźcie sobie, że Madeline kocha pana Darcy tak samo jak ja. Gdy się o tym dowiedziałam poczułam tak olbrzymią więź z tą bohaterką mimo tego, że jej ulubioną powieścią jest właśnie "Mały Książę, czyli spis wszystkich cytatów, jakie mógł wymyślić autor".
  "Ponad wszystko" też zdecydowanie się nie nudzi. Wydaje mi się, że jest to spowodowane interesującą fabułą, ale to jest dość oczywiste, ale często też są w tej książce pokazane jakieś zapiski Maddy. Mamy też trochę wymieniania maili z Ollym, ale też na przykład rysunek makiety, którą zrobiła dziewczyna, czy takie jakby screeny ekranu komputera.
  Moim zdaniem, dwójka głównych bohaterów tworzy naprawdę uroczą, ale zarazem też bardzo dojrzałą parę. Wzajemnie się uzupełniają, Madeline wprowadza do tej relacji trochę spontaniczności i pcha ją do przodu, a Olly z kolei bardzo zaimponował mi tym, że rozumiał, że nie mogą się nawzajem dotykać, bo dla dziewczyny nie jest to bezpieczne ze względu na jej chorobę. Wiecie, zwykle, choć nie chcę generalizować, chłopaki w wieku Olly'ego, jeśli dowiedzieliby się, że nie mogą dotykać swojego obiektu zainteresowania to by powiedzieli: "Do widzenia, elo i cześć".
  Jedyny minus, który zaobserwowałam w związku z ich kontaktami to to, że ich rozmowy na czacie wydawały mi się czasami nienaturalnie bezpośrednie, wszystko mówili tak wprost  i w ogóle. Nie mówię, że to jest źle, bo gdyby w każdym związku tak było to myślę, że liczba zerwań by spadła kilkukrotnie. Nie wiem, może oni po prostu stwierdzili, że i tak mają wystarczająco skomplikowaną sytuację i nie chcą się bawić w te gierki :D
  Zakończenie mnie kompletnie zaskoczyło. Myślałam, że autorka całkowicie pojedzie po bandzie i w sumie pojechała, ale w zupełnie innym kierunku niż się spodziewałam i to było coś, co zupełnie mi nie przeszło przez myśl.
  Podsumowując, "Ponad wszystko" nie jest wybitnym dziełem współczesnej literatury, ale dostarcza rozrywki jednocześnie pozostając inteligentną. Tak naprawdę nie mam się do czego w niej przyczepić oprócz tej wady, która nawet nie wiem, czy jest wadą. Serio, to jest chyba jedyna w ostatnim czasie taka powieść, która praktycznie całkowicie mi się podobała.
P.S. Szybkie wyjaśnienie tytułu posta. Wiecie, bo Maddy musi korzystać z filtrów powietrza, a flirt to wiecie, o co chodzi :D

czwartek, 30 listopada 2017

GDY PATRONEM MEDIALNYM JEST "BRAVO"/"DUFF.TA BRZYDKA I GRUBA" KODY KEPLINGER

  Hej, hej, gdy moja znajoma pożyczyła mi "Duff'" myślałam, że będzie tragicznie. Wskazywała na to okładka, opis z tyłu, po prostu wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły: "Nie czytaj tego!". Postanowiłam jednak podjąć to wyzwanie, ale pozostaje pytanie, czy tego żałuję? Czytajcie dalej, a się przekonacie.
  Bianca jest dziewczyną o dość przeciętnym wyglądzie, a przyjaźni się z bardzo atrakcyjnymi nastolatkami, co sprawia, że jest określana jako "duff", czyli najbrzydsza osoba w towarzystwie. Ma ona jednak bardzo wyrazistą osobowość. Jej życie się zmienia, gdy nawiązuje relacje z najprzystojniejszym chłopakiem w szkole, którego nie znosi, ale jest nim bardzo zaintrygowana.
  Powiem Wam, że tą książkę czyta się bardzo szybko i przyjemnie. W ogóle nie męczy i pozwala się oderwać od rzeczywistości. Trzeba wziąć poprawkę na to, że jest młodzieżówką, a ten typ literatury rządzi się swoimi prawami i błędy, które tu pomijałam, ale w przypadku powieści dla dorosłych bym ich nie wybaczyła.
  Powiedzmy sobie szczerze. Ta pozycja jest wręcz nasączona stereotypami. Sama postać Bianki jest taka bardzo typowa. Czasami jednak "Duff" przełamuje pewne schematy. Koleżanki głównej bohaterki mimo tego, że są ładne nie są skończonymi idiotkami, które obchodzą tylko ciuchy, makijaż, imprezy i takie takie. Na dobrą sprawę są nawet inteligentne i to mi się bardzo podobało, bo w społeczeństwie funkcjonuje taki stereotyp, że jeśli ktoś ma piękną buzię to musi być głupi jak but.
  Zachowanie Bianki w pewnym momencie jest tak sprzeczne, że ja nie wiem, czy ona nie ma jakiś zaburzeń osobowości. Nie mogę dokładnie powiedzieć, o co chodzi. Po prostu twierdzi ona, że kogoś nie znosi, ale tą nienawiść okazuje w bardzo specyficzny sposób. Jedynie dobre w tym jest to, że ta postać zdaje sobie sprawę z tego, że jej postępowanie jest całkowicie bez sensu.
  Wes, czyli ten najprzystojniejszy chłopak w szkole, o którym wspomniałam w opisie fabuły na początku jest oczywiście arogancki, trochę chamski i w ogóle. Z czasem jednak ja go polubiłam i uważałam, że jest uroczy, a ta jego nadmierna pewność siebie tylko dodaje mu uroku.
  Zakończenie można przewidzieć już od 20 strony. Nie stanowi ono praktycznie żadnej tajemnicy. Już czytając opis z tyłu można snuć już jakieś przypuszczenia, ale też nie oczekiwałam od tej pozycji, że jakoś wywróci nagle całą fabułę do góry nogami, nagle pojawi się wątek, którego zupełnie się nie spodziewamy i ogólnie walki, pościgi, wybuchy :D
  "Duff" jest dla mnie klasycznym przykładem guilty pleasure. Ta powieść nie jest dobra, jest fatalna, ale jest przy tym tak beztroska i luźna, że to mi kompletnie nie przeszkadza. Można się porządnie wkręcić i siedzieć z nad tą książka dobrą godzinę zanim się zorientuje, że już minęło tyle czasu odkąd się zaczęło. Dobrze czasami sięgnąć po taki tytuł, który pokazuje, że każdy Kopciuszek znajdzie w końcu swojego księcia. Boże, jak słodko się zrobiło...Dobra, zaczynam się roztkliwiać, więc już się z Wami żegnam i do następnego razu :)

niedziela, 26 listopada 2017

"MARGO" TARRYN FISHER#KRWAWAJESIEŃ

  Hej, hej, słuchajcie to już ostatni miesiąc cyklu "Krwawa jesień". Nie wiem, czy "Margo" jest ostatnią pozycją, jaką w jego ramach przeczytam, zobaczymy, jak wyrobię się z czasem. Pomyślałam, że dobrze będzie, jeśli w tej kryminalnej mini-serii pojawi się choć jedna młodzieżówka, więc dlatego zdecydowałam się na przeczytanie akurat tej pozycji.
  Margo mieszka w małym miasteczku Bone. Jest to siedlisko narkomanów, alkoholików, zbrodni i zepsucia. Dziewczyna mieszka w domu zwanym pożeraczem wraz ze swoją matką, która cierpi na depresję i jest prostytutką. Życie Margo diametralnie się zmienia, gdy poznaję Judaha, ale jeszcze bardziej wpływa na nią morderstwo miejscowej, siedmioletniej dziewczynki.
  Nie jest to książka, która jakoś strasznie wciąga. Nie jest tak, że nie można się od niej oderwać jednak w pewien sposób jest zajmująca i dostarcza rozrywki.
   Pierwszym, co mi się rzuciło w oczy już, gdy zaczęłam czytać pierwszą stronę to mroczny klimat jaki zaserwowała nam tu autorka. On aż tak emanuje z tych kartek i naprawdę jest to coś genialnego.     Szczególnie widać to, gdy akcja dzieje się w Bone, które moim zdaniem, jest najlepszym elementem tej powieści. Nie powiedziałabym, że jest ono w 100% realne, bo wydaje mi się, że w każdym mieście są i dobrzy i źli ludzie.
  Szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś innego po tej książce. Myślałam, że wszystko będzie głównie skupione na zabiciu tej dziewczynki i odkrywaniu, kto to zrobił. A tu sprawa ma się całkowicie inaczej.
  Jeszcze przez pierwsze kilkadziesiąt stron trzymamy się jeszcze tego wątku, ale później punkt, do którego zmierza fabuła zmienia się o 180 stopni. Ten motyw, od którego wszystko się zaczyna zostaje dość szybko rozwiązany i on w sumie był chyba tylko po to, żeby być wstępem dla tego, co się dzieje później.
  W pewnym momencie ja już nie byłam pewna, co jest prawdą, a co nie i to nie dlatego, że nagle z kryminału to się zmieniło w jakąś powieść fantasy. Nie chcę spoilerować, więc musicie przeczytać, jeśli chcecie wiedzieć, o co mi chodzi.
  Z jednej strony taki zabieg jest interesujący i bardzo mi się spodobało, że nagle akcję przekręca się w taki sposób, jakiego czytelnik się nie spodziewa, ale ma też to swoje złe strony. Ja w sumie nie wiem, co chciała opowiedzieć autorka. Tarryn Fisher chyba sama nie wiedziała, czy ona chce kryminał, thriller, czy może romans, więc wcisnęła wszystko do jednego worka.
  Kreacja Margo jak dla mnie jest świetna. Jej przemiana jest tak stopniowo budowana, co sprawia, że nie jest to takie gwałtowne. Najważniejsze jest jednak to, że ta bohaterka postępuje nie tak, jak powinna, ale autorka nie próbuje na siłę przekonywać czytelnika, że ona ma jakieś szlachetne pobudki i że Margo tak naprawdę nie jest zła.
  Podsumowując, "Margo" to całkiem niezła przygoda na jeden raz. Zdecydowanie nie jest to powieść, która zmieni Wasze życie, ale możecie się przy niej dobrze bawić, a do tego super się wpasowuje w jesienny klimat.

wtorek, 21 listopada 2017

GDY NIE JESTEŚ NAJCNOTLIWSZĄ Z CNOTLIWYCH/"PROBLEM" NON PRATT

  Hej, hej, ostatnimi czasy dość głośno się zrobiło o książkach, które poruszają jakieś takie nazwijmy to "bardziej poważne" problemy nastolatków typu depresja, samobójstwo itd. Jedną z tych powieści jest właśnie "Problem" i on moim zdaniem, dotyka jednego z największych kłopotów, jakie mogą spotkać kobietę w trakcie jej życia.
  Hannah ma 15 lat i jest bardzo aktywna seksualnie. Zaszła w ciążę i wszyscy  wokoło zastanawiają się, kto jest ojcem. Aaron, chłopak, który niedawno przeprowadził się do  miasta dziewczyny postanawia udawać ojca jej dziecka, by chociaż trochę umniejszyć, już i tak złą sławę Hannah.
  To, co mogę powiedzieć o tej książce dobrego, że naprawdę można się nią zainteresować. Sposób pisania autorki jest łatwo przystępny do przyswojenia przez czytelnika. Czyta się szybciutko, praktycznie nie czuję się tego, jak upływają kolejne strony, co jest bardzo dużym plusem.
  W moim odczuciu zostały tu wiernie oddane realia współczesnej młodzieży. Może, co prawda nie strefie seksualnej, bo raczej nie jest w prawdziwym życiu tak jak w "Problemie", że praktycznie chłopaki obmacują wszystkie dziewczyny, a one na to pozwalają.
  Jeszcze się nie spotkałam, żeby w takiej typowej młodzieżówce młodzi ludzie nie zostali za bardzo przejaskrawieni, "bo w końcu wszyscy są tacy zdemoralizowani". Tu występuje to pewne przerysowanie, ale nie jest ono aż tak ogromne i chyba jest najmniejsze w porównaniu z innymi pozycjami dla młodzieży, jakie poznałam.
  Ja tu się jeszcze dopatrzyłam takiego błędu wydawnictwa, a przynajmniej dla mnie to jest niewłaściwy krok. Z tyłu tej książki pisze, że jest ona dla osób od 15. roku życia. Moim zdaniem, powinna być dla młodzieży od 13. roku życia. Ogólnie, wydaje mi się, że "Problem" jest głównie skierowany do dziewczyn, więc gdybym ja miała córkę to dałabym jej to przeczytać po tym, jak dostanie pierwszy okres. Wiecie, ku przestrodze...
  Teraz przejdźmy do mojej "ulubionego" elementu tej powieści. Mowa tu o głównej bohaterce, czyli Hannie. Sięgając po ten tytuł myślałam, że ta dziewczyna, która zajdzie w ciążę zostanie zapłodniona(ten biologiczny żargon) w jakiś nietypowych okolicznościach. Upije się na imprezie i pójdzie z kimś do łóżka, co jednak zwykle jej się nie zdarza, albo przeżyje swój pierwszy raz z chłopakiem, z którym wcześniej długo chodziła, ale po tym jak zaszła w ciążę on okaże się dupkiem i ją rzuci.
  Natomiast z Hanną sytuacja ma się zdecydowanie inaczej. Ona to robi z kim popadnie, gdzie popadnie, ogólnie nie jest najcnotliwszą z cnotliwych. Ogólnie, ja nic nie mam do tego, jeśli kobiety pełnoletnie tak podchodzą do seksu, bo wiadomo, są dorosłe ich sprawa, ale jeśli postępuje tak nastolatka to dla mnie coś jest nie tak.
  Ogólnie,Hanna jest dość zboczona, często dopatruje się jakiś podtesktów, myśli tylko o tym itd. I wiecie, niby taka zorientowana i w ogóle, ale gdy zachodzi w ciążę po tym, jak robiła to bez zabezpieczenia to jej zdziwienie jest tak ogromne jakby ona nawet nie wiedziała, że coś takiego jest możliwe.
  Dla mnie Hanna jest w tej książce gloryfikowana. Nie chodzi mi o to, że za to, że zaciążyła powinno się ją teraz wyzywać, ale jakby w "Problemie" żadna postać, która generalnie jest uważana za pozytywną nie powiedziała tej dziewczynie, że w pewnym stopniu jest winna tej całej sytuacji.
  To, co ta bohaterka zrobiła dobrze to to jak pod koniec powieści potraktowała tego chłopaka, z którym zaszła. Po prostu mi tym zaimponowała, czytajcie, a zobaczycie, co mam na myśli.
  Podsumowując, polecam "Problem" głównie młodszym i średnim nastolatkom. Zarówno ku przestrodze, jak i dlatego, że dla nich czytanie tej pozycji będzie większą rozrywką niż dla mnie, bo ja już byłam na to trochę za stara.
 

piątek, 25 sierpnia 2017

BŁYSZCZĄCE KLUCHY.../"UKRYTA WYROCZNIA" RICKA RIORDANA

  Hej, hej, dzisiaj opowiem Wam o pierwszym tomie serii "Apollo i boskie próby" Ricka Riordana. Ta książka pozwoliła mi udać się w sentymentalną podróż do świata mitologii, ponieważ ja zaczęłam z nim przygodę od "Percy'ego Jacksona i bogów olimpijskich".
  Bóg Apollo poważnie rozgniewał swojego ojca, Zeusa przez co już trzeci raz zostaje przemieniony w człowieka. Tym razem przybrał postać nastolatka z trądzikiem i oponką na brzuchu, co sprawia, że jest on ogromnie załamany, bo zawsze olśniewał urodą. Postanawia udać się do Obozu Herosów i tam przeczekać gniew boga piorunów jednak na obóz czyha niebezpieczeństwo...
  Zacznę trochę nie w temacie tej konkretnej powieści, ale co tam. Na początku mówiłam o sentymentalnej podróży. Mianowicie, Apollo postanawia się udać po pomoc do Percy'ego, a ten chłopak już zaraz pisze maturę, idzie na studia i naprawdę jak tak pomyślałam o tym to aż mi się łza zakręciła w oku, bo te dzieci tak szybko dorastają...
  Jeszcze wspomnę wykorzystując okazję, że jeśli chcecie przeczytać i "Percy'ego" i "Apolla" to zacznijcie od tego pierwszego, bo w "Apollu" są z tego spoilery.
  Słuchajcie, muszę powiedzieć, że Rick Riordan naprawdę trzyma poziom. Nie zawiodłam się, jest mnóstwo akcji, przygód i przede wszystkim humoru, czyli to, co tygrysy lubią najbardziej.
  Wydaje mi się, że praktycznie na każdej stronie jest jakaś zabawna wstawka. Jest dużo żartów związanych z popkulturą, a ja lubię takie klimaty, z kolei w innych momentach ten humor jest tak absurdalny...Na przykład, w pewnym momencie gonią ich potwory i wszyscy mówią na nie błyszczące kluchy i ty wiesz, że to jest głupie i to nie powinno cię śmieszyć, bo jesteś dojrzały, poważny i tak dalej, ale jak wyobrazisz sobie bohaterów, śmiertelnie przerażonych i uciekających tak, że aż się za nimi kurzy, a tym co ich goni są błyszczące kluchy to mimo starań zaczynasz się śmiać.
  W ogóle, Apollo jest genialną postacią, uwielbiam go, on zawsze rzuci jakimś śmiesznym tekstem. Uważam, że on jest największym plusem tej pozycji. Pod tym takim płaszczykiem pewności siebie skrywa jednak swoją drugą naturę, którą stopniowo ujawnia przez wszystkie strony i sprawia, że przestaje być tylko takim "rozśmieszaczem". Jedynym minusem tego bohatera jest to, że rozbił Beatlesów :(
  Ogólnie, wydaje mi się, że książki Ricka Riordana są umieszczane w kategorii dla dzieci i młodzieży i ja się z tym zgadzam, bo to nie są jakieś mocne historie, typu "Igrzyska Śmierci".               Zachwyca mnie to, jak autor poważnie traktuje czytelnika, jakby był z nim na równi dojrzałością. Riordana nie boi się mówić o gejach, w mniej lub bardziej oczywisty sposób o seksie. Po prostu po tym jak on pisze sprawia wrażenie takiego człowieka, który uważa, że wszystko jest dla ludzi i niepotrzebnie zataja się przed dziećmi, że istnieją różne orientacje i inne tego typu rzeczy.
  "Ukryta wyrocznia" to bardzo luźna powieść, idealna na lato, ja już zamówiłam drugi tom i będę czekać na następne, bo naprawdę, była to bardzo przyjemna lektura.


niedziela, 6 sierpnia 2017

GEJE BEZ STEREOTYPÓW/"SIMON ORAZ INNI HOMO SAPIENS"- BECKY ALBERTALLI

  Hej, witam Was z recenzją książki "Simon oraz inni homo sapiens". Od bardzo długiego czasu chciałam ją przeczytać, głównie ze względu na jej tematykę(dla niewtajemniczonych- geje i te sprawy). Bardzo lubię, gdy powieści poruszają budzący emocje aspekt, a ta konkretnie robi to w niezwykle lekki sposób.
  Szesnastoletni Simon jest gejem, ale jeszcze nikomu tego nie zdradził. Od pewnego czasu koresponduje on z chłopakiem o pseudonimie Blue. Oboje przy wymienianiu maili zachowują anonimowość. Przez przypadek znajomy głównego bohatera, Martin odczytuje te wiadomości i używa ich by go szantażować. W zamian za milczenie Martina Simon ma zeswatać go ze swoją przyjaciółką, Abby.
  Wiem, fabuła tej pozycji nie zapowiada, że będzie ona czymś imponującym. Ot, zwyczajne życie nastolatka, który całkowicie przy okazji jest homo. I właśnie w tym, że ta historia jest taka zwyczajna tkwi cała jej wyjątkowość. Obecnie jest duży trend na książki trzymające w napięciu, pełne zwrotów akcji lub dramatyczne. Autorka nie udaje, że "Simon oraz inni homo sapiens" jest tego typu powieścią, co sprawia, że stanowi ona bardzo miły odpoczynek od tego wszystkiego.
  Ogólnie, relacja z Simonem jako postacią jest też taka przyjemna. Ta cała powieść jest bardzo przyjemna, jeśli mam być konkretna. Żywiłam do głównego bohatera takie uczucia, jakimi darzy się dobrego przyjaciela. Uśmiechamy się, gdy coś mu się uda, gdy jest w jakiejś krępującej sytuacji to mamy ochotę zapaść się razem z nim z zażenowania. To moje podejście do niego sprawiało też, że czasami w jakiś zabawnych momentach dostawałam głupawki i nie mogłam opanować śmiechu.
  Reszta postaci jest dość prosto rozpisana, nawet Simon nie ma jakiegoś rozbudowanego portretu psychologicznego. Wszyscy mają jakieś podstawowe, charakteryzujące ich cechy, ale nic więcej. Mogę jednak to wybaczyć, bo "Simon" jest dość krótką książką, ma chyba tylko 300 stron, więc trudno na takiej objętości wykreować jakiś super skomplikowanych, wielowymiarowych bohaterów.
   Becky Albertalli jednak dała radę stworzyć aż dwie postacie, które mnie denerwują. Jest to dość spore osiągnięcie, nagrodźmy ją brawami. Dziewczyny w tej powieści...One mnie załamują. Lea we wszystkich rozdziałach działała mi na nerwy, bo robi z siebie taką ofiarę losu zamiast wziąć się w garść. Abby z kolei była spoko, ale później jej nagle coś odwaliło pod koniec i się obraziła z jakiegoś bezsensownego powodu. Ja już nawet nie pamiętam, dlaczego tak się stało, bo to było tak absurdalne.
  Nie myślcie sobie jednak, że to jest taka błaha historyjka z dziewczynami strojącymi fochy i nic nie da się z niej wynieść. Na przykład, ja zawsze uważałam, że w Ameryce osoby homo nie są traktowane jako coś dziwnego, po prostu są i nikt nic do tego nie ma. Dla mnie w ogóle była to taka kraina tolerancji, a okazało się, że tak pięknie to tam jednak nie jest. Owszem, jest pewien progres w porównaniu z Polską, ale nie jest to jednak traktowane jako coś  całkiem zwyczajnego.
  Autorka trafnie zauważa i opisuje to w tej pozycji, że ludzie mają coś takiego jak wyjściowy typ człowieka. Chodzi o to, że widząc pierwszą lepszą osobę myślimy podświadomie, że jest hetero albo, że kobieta, o której ktoś opowiada, a my jej nigdy nie widzieliśmy jest biała. To jest bardzo interesujące zjawisko i nawet Paweł Opydo nagrał o tym film, do którego link daję tutaj.
  Dużym plusem tutaj jest to, że nie ma tu stereotypów na temat gejów. Simon jest zwykłym chłopakiem, ubiera się po męsku nie zachowuje się tak, że równie dobrze mógłby mieć napisane na czole: "Jestem gejem".
  Jeszcze ostatnie, co powiem to, że "Simon" ucierpiał przez tłumacza, który chyba ma z 70 lat i nie wie, jakim językiem posługują się nastolatkowie. Najczęściej raziło to w mailach, gdzie nawet raz zostało użyte wyrażenie: "dziedziczyć po kądzieli". Jestem pewna, że każdy by to zmienił na: "dziedziczyć po mamie".
  "Simon oraz inni homo sapiens" to bardzo przyjemna, lekka lektura, idealna na kaca książkowego, wakacje i inne takie luźniejsze klimaty. Można też niej dużo wynieść i ja serdecznie ją polecam.
 
 

czwartek, 3 sierpnia 2017

"KRÓLOWA CIENI" SARAH J. MAAS, CZYLI O POŚLADKACH ROWANA?

  Hej, hej, witam Was w tym(przynajmniej u mnie) upalnym dniu. Gdy temperatura przekracza 30 stopni i nie jestem na wakacjach przez co nie mogę wskoczyć do wody to czuję się jak roztapiające się masło i to wcale nie jest przyjemne uczucie. Najgorzej jest jednak, gdy takiemu cierpieniu towarzyszy jeszcze czytanie złej książki, a taka właśnie dla mnie jest "Królowa cieni". Myślałam, że po "Dziedzictwie ognia" polubię "Szklany Tron", ale definitywnie się myliłam...
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY POPRZEDNICH TOMÓW
  Celaena, obecnie nazywana Aelin powraca jako królowa Terrasenu z Wendlyn do Adarlanu, który jest teraz opanowany przez demony, Valgów. Jednocześnie intensywnie działa ruch oporu przeciw królowi, prowadzony przez Chaola. Aelin stawia sobie jako najważniejsze zadanie uwolnienie swojego kuzyna, Aediona ze szklanego zamku, a później połączenie z nim sił w walce o wolność swojej ojczyzny.
  Dla mnie ta powieść jest nudna jak flaki z olejem. Tu nawet nie chodzi o fabułę, bo ma miejsce tutaj wiele wydarzeń, które mogłyby mrozić mi krew w żyłach, trzymać w napięciu, czy w jakikolwiek inny sposób na mnie oddziaływać. I chyba odkryłam w czym jest problem.
  Ja po prostu nie lubię tych postaci. Może inaczej, źle to ujęłam. Są mi obojętne. Nie ma ani jednego bohatera, którego losem bym się przejęła. Wszyscy nic w sobie nie mają. Znacie pewnie takie postacie z jajem, z charyzmą... Tu takich nie znajdziecie, ale życzę powodzenia w dalszych poszukiwaniach.
  To, co mnie zdziwiło w tej pozycji to, że Aelin ma kuzyna, którego nie widziała od 10 lat, ostatni raz, gdy się z nim spotkała oboje byli dziećmi. Nie wie dokładnie na jakiego człowieka wyrósł, czy ona będzie go w ogóle lubić, ale postanawia dla niego zrobić ogromną akcję ratunkową, której towarzyszy spore ryzyko złapania. I nie wierzę, że to ze względu na więzy krwi, czy coś a tym stylu, bo w moim odczuciu nie jest to dziewczyna, która zwraca uwagę na sentymenty.
  Jeśli czytaliście recenzję "Dziedzictwa ognia" to pewnie wiecie, że shipowałam naszą główną bohaterkę i Rowana. Myślałam, że ta relacja będzie taka wyjątkowa, że oni tak do siebie pasują, że to będzie bardzo dojrzały związek. Tymczasem oni w większości rozdziałów zachowują się jak dwójka zakochanych w sobie gimnazjalistów. Ona ciągle się rumieni, on nie powie jej tego, co czuje wprost. Czułam się jakbym czytała o pierwszej miłości w jakiejś romantycznej młodzieżówce, a nie o uczuciu łączącym królową Terrasenu i wojownika, który ma 400 lat.
  Poza tym, niesamowicie irytują mnie bohaterki, które ciągle rozpływają się nad wyglądem swoich partnerów, bądź ogólnie mężczyzn. Z "Królowej cieni" najbardziej zapamiętałam to jak Aelin mówiła do siebie w myślach, że ręcznik pięknie podkreśla pośladki Rowana. Naprawdę, to była informacja, bez której nie mogłabym się obejść w swoim życiu, dziękuję, że pani Maas mi to uświadomiła.
  Nie chodzi tu o to, że mi przeszkadza, gdy postacie czują wobec siebie pociąg fizyczny, ale gdy czytam o takich spostrzeżeniach bohaterek to po prostu widzę je jako takie dziewczyny w klubie, które siedzą na kanapie, czy przy barze, sączą drinki i po kolei się za wszystkimi oglądają.
  Ja rzadko wykrywam błędy logiczne w książkach, ale tutaj zdarzyło się, że taki znalazłam i bardzo mi on przeszkadzał podczas czytania. Mianowicie chodzi mi o to, że Rowan oberwał strzałą...W ramię. No i ja sobie myślę: Ok, będzie żył, a nawet jak nie to "who cares"? Narrator jednak powiadamia nas, że jeśli byłby ustawiony choćby o centymetr inaczej to oberwałby w serce. Serce jest mniej więcej na środku klatki piersiowej, więc jeśli dostał w ramię to odległości od serca była mimo wszystko dosyć spora. A i jeszcze dowiadujemy się, że kuleje. Tak, dostał w ramię i kuleje. Jeśli ktoś wie, czemu tak się stało to niech napisze w komentarzu, chętnie się dowiem.
  Czytając "Królową cieni" uświadomiłam sobie, że ten główny zły, czyli król Adarlanu też nie jest za dobrze wykreowany. Mogę o nim tylko powiedzieć tyle, że jest okrutny, żądny władzy i jeszcze może się złowrogo zaśmiać, żeby dodać sobie grozy. Nie odróżnia się niczym wśród innych czarnych charakterów, o których do tej pory czytałam.
  Podsumowując, nie zamierzam póki co czytać ostatniego tomu. Czwarta część skutecznie mnie od tego pomysłu odciągnęła. Jeszcze jak popatrzę na ilość stron to tym bardziej nie chcę się w tą historię dalej zagłębiać. Znając ostatnie tomy tego typu serii to pewnie będzie jakaś wojna, później ostateczna bitwa, w międzyczasie może ktoś zginie, ale mnie to i tak nie ruszy i koniec końców wygrają i będą żyć długo i szczęśliwie. Umieściłam cykl "Szklany Tron" na najniższej półce mojego regału, Półce Hańby i nie wiem, czy ostatecznie nie wyniosę go na strych, bo szkoda mi na niego miejsca.
 
 

poniedziałek, 17 lipca 2017

CELAENA-DOBRY ZIOMEK/"KORONA W MROKU" SARAH J. MAAS

  Hej, jeśli czytaliście moją recenzję "Szklanego tronu" to pewnie wiecie, że ta powieść nie zachwyciła mnie tak jak się tego spodziewałam po tych wszystkich pochwałach, które otrzymała. Zakupiłam jednak kolejne tomy, bo wyczułam w pierwszej części pewien potencjał i chciałam zobaczyć, jak to wszystko się rozwinie. Czy drugi tom przekonał mnie do tej serii? Czytajcie dalej ;)
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE "SZKLANEGO TRONU"
  Celaena po tym jak otrzymała tytuł Królewskiej Obrończyni prowadzi w miarę spokojne i dostatnie życie. Za mordowanie wrogów władcy Adarlanu dostaje sowitą zapłatę, lecz król nie jest świadomy tego, że ona wcale nie zabija tych osób. Zabójczyni pozwala im uciec i pozoruje ich śmierć. Pewnego dnia otrzymuje nakaz wyeliminowania swojego starego znajomego z Twierdzy Zabójców, Archera Finn'a, który obecnie pracuje jako pan do towarzystwa. Jest on posądzony o tworzenie ruchu oporu, a Celaena musi się dowiedzieć, czy jest to prawda.
  Ta książka to taka cisza przed burzą. Do 3/4 jest jak film "Kosogłos. Część 1.", czyli nie dzieje się nic. To znaczy niby tam są jakieś tajemnicze sprawy, odkrywanie zadziwiających faktów o niektórych bohaterach, ale nie ma niczego takiego konkretnego, żeby akcja tak ruszyła żwawiej do przodu i powoduje to, że czytanie tego się trochę dłuży.
  Zapytacie pewnie teraz: "To co się dzieje po tych 3/4, że przestaje być tak niemrawo?", a ja Wam odpowiem. Ma miejsce pewne "Dramatyczne Wydarzenie", nie powiem, co konkretnie, żeby nie spoilerować. 
  Ma ono ogromny wpływ na główną bohaterkę, zmienia przez nie swoje stanowisko w pewnych sprawach, motywuje ją do pewnych czynów, których wcześniej nie zamierzała zrobić. Ogólnie, Celaena ma konkretnego doła i czytelnik też powinien takiego doła mieć, a ja nie miałam. Moim zdaniem, jest to spowodowane tym, że nie czuję jeszcze takiej więzi z postaciami i, że to "Dramatyczne Wydarzenie" miało miejsce za wcześnie by na mnie w jakiś silniejszy sposób oddziałało.
  Poza tym, dla mnie są autorzy, którzy potrafią sprawić by dramat wybrzmiał, a niektórzy nie. Dla mnie Sarah J. Maas zalicza się do tej drugiej grupy. Dla przykładu, w dwóch powieściach zupełnie innych pisarzy ma miejsce to samo smutne wydarzenie, powiedzmy, przyjaciel głównego bohatera zapada w śpiączkę i nie wiadomo, czy kiedykolwiek się wybudzi i jeden autor opisze to tak, że zamieniamy się w fontannę, a drugi tak, że przyjmiemy to z chłodną obojętnością. To właśnie to drugie uczucie towarzyszyło mi, gdy czytałam o "Dramatycznym Wydarzeniu".
  Po przeczytaniu "Korony w mroku" nie mam pojęcie, co myśleć o Celaenie i z jednej strony to dobrze, bo to znaczy, że jest wielowymiarową postacią i ma wiele twarzy, ale z drugiej strony niesamowicie mnie to irytuje.
  Bardzo mi się podoba, gdy zamienia się ona w taką bezwzględną maszynę do zabijania, bo czytanie o tym jest niezwykle fascynujące i chyba jeszcze się nie spotkałam z bohaterką, która by od czasu do czasu wpadała w taki stan, więc jest to bardzo oryginalny zabieg.
  Później się jednak okazuje, że Zabójczyni ma być niczym Superman i ocalić świat i pomyślcie, gdybyście byli duchem królowej Adarlanu jak Elena i raczej jesteście mądrym duchem i zastanawiacie się: "Kogo by tu wyznaczyć do zbawiania świata?". To czy spotykając dziewczynę, która przez bardzo długi okres zabijała za pieniądze to byście pomyśleli: "O, to na pewno będzie dobry ziomek, ona idealnie się nadaje do tego zadania"? No chyba jednak nie. I ja wiem, że na końcu to się niby wszystko wyjaśnia, ale i tak to mnie nie przekonuje, że Celaena jest perfekcyjną osobą do wypełnienia tej misji. W sumie to z kolei pokazuje, że nawet nie będąc kimś wybitnym można dokonać wielkich czynów, a to jest dobre przesłanie...No i widzicie, nie umiem się jednoznacznie wypowiedzieć, musicie sami wyrobić sobie zdanie.
  Cenię sobie w tej powieści to, że jest trójkąt miłosny, ale on nie jest napisany tak jak w większości tego typu pozycji. Mianowicie chodzi mi o to, że Celaena ma swoje uczucia w miarę konkretnie sprecyzowane, wie, co czuje i czego chce i nie waha się między dwoma chłopakami.
  Jak już jesteśmy w takich romantycznych klimatach to powiem Wam, że w "Koronie w mroku" ma miejsce związek. I nie wiem, jak go odbierały inne osoby, które przeczytały tę książkę, ale dla mnie ta relacja w większości była oparta na seksie. Nie wiem, może ja oczekuję zbyt wiele takiego romantyzmu, ale naprawdę miałam wrażenie jakby po każdym spotkaniu ta para lądowała w łóżku.
  Słowem podsumowania, ta pozycja mi się średnio podobała, porównałabym ją z "Miastem popiołów", bo ta powieść też niezbyt wpisała się w mój gust, ale miała zaskakujące zakończenie, tak samo jak "Korona w mroku", i każde kolejne tomy już były genialne. Wierzę, że "Dziedzictwo ognia" w końcu da mi to, czego oczekiwałam po serii "Szklany Tron", bo zaczęłam i na razie zapowiada się bardzo dobrze.
  

poniedziałek, 10 lipca 2017

RECENZJA KSIĄŻKI "SZKLANY TRON" SARAH J. MAAS

  Hej, dziś mam dla Was recenzję książki, której planowałam nie czytać, ale ze wszystkich stron słyszałam głosy: "Przeczytaj Szklany tron", "Szklany tron jest super!", "Jak to jeszcze nie czytałaś Szklanego tronu?".  Przez jakiś czas się im opierałam, ale później stwierdziłam, że przecież, co mi szkodzi spróbować. Czy wyszłam zwycięsko na tej decyzji?
  Celaena jest najlepszą zabójczynią w całej Erilei jednak podczas jednej z akcji została złapana. Skazano ją na dożywotnią pracę w kopalni soli Endovier, gdzie większość osób nie wytrzymuje nawet roku. Gdy dostaje od księcia Doriana propozycję nie do odrzucenia od razu się zgadza. Miałaby ona wziąć udział w turnieju na królewskiego obrońcę, wygrać, a po czterech latach wiernej służby odzyskać wolność. Podczas jej pobytu w pałacu kolejni uczestnicy zawodów zostają bestialsko zamordowani i właśnie ona musi znaleźć winowajcę.
  Ta powieść sprawia, że czytelnik zaczyna mieć w sobie coś z tasiemca. Chce ciągle więcej i więcej i wcale nie czuje się nasycony po przeczytaniu nawet 100 stron. Przez te historię po prostu się płynie, znów bardzo często zapominałam patrzeć na numery stron, a to nie zdarza mi się często.
  Fabuła jest interesująca i wciągająca jednak jakoś bardzo nie trzyma w napięciu, a raczej taki był zamysł autorki. Ja po tych wszystkich "ohach" i "ahach" oczekiwałam większej porcji emocji i takiego jakiegoś poruszenia mnie w pewien sposób.
  Główna bohaterka naprawdę mi się spodobała, a to rzadko się zdarza w młodzieżówkach. Może jest trochę taka zbyt idealna, ale nie stanowiło to dla mnie jakiegoś problemu jednak liczę, że w kolejnych tomach zostanie ona zaprezentowana bardziej od takiej gorszej strony.
  Szczerze mówiąc, teraz tak myślę, że bardzo sporadycznie się zdarza, żeby postacie pierwszoplanowe w książkach dla młodzieży, zwłaszcza, jeśli to są bohaterowie typu: "To on ma zbawić cały świat!", mają jakieś normalne, ludzkie zainteresowania. Mam wrażenie, że Celaena zaczyna już być trochę programowana przez Sarah J. Maas na zbawienie świata, ale za to ma hobby. Czułam z nią przez to pewną nić porozumienia, bo ona kocha czytać i gra na pianinie, a ja też uwielbiam robić obie te rzeczy, więc jest taką moją książkową BFF :D
  Moją ulubioną postacią z tej pozycji chyba był Dorian. Ja mam najwyraźniej jakąś słabość do książąt w powieściach. On jest trochę jak Jace z "Darów Anioła" tylko, że Jace częściej żartuje i jest zabawniejszy, ale Dorian też ma takie sarkastyczne poczucie humoru, które bardzo lubię. Ja zwyczajnie wierzę w tego bohatera, jestem przekonana, że w prawdziwym życiu mogłabym spotkać osobę o identycznym zespole cech. Nasz książę jest po prostu bardzo realistyczny.
  Po przeczytaniu pierwszej części wydaje mi się, że Sarah J. Maas nie jest stworzona do pisania o miłości i zakochanych ludziach. Dla mnie wątek miłosny jest taki trochę bez wyrazu, nie ma takiej iskry i "tego czegoś". Nie czuć tej chemii między bohaterami.
Poza tym, gdy w "Szklanym tronie" ktoś się zakochiwał to automatycznie tracił zdolność logicznego myślenia. Bohaterowie zachowywali się wtedy jakby byli nastolatkami, a nie pełnoletnimi osobami. Jakiekolwiek opanowanie odchodziło w siną dal...
MINI SPOILER
  Chciałabym dodać jeszcze...Czujecie to co ja? Ten taki mdły, słodki zapach? Tak pachnie trójkąt miłosny i o ile tutaj jako takiego nie było to wydaje mi się, że w następnych tomach aspekt romantyczny będzie szedł w tym kierunku, ale mam nadzieję, że mój książkowy nos się myli, bo ile można wałkować ten sam temat?
KONIEC MINI SPOILERA
  Podsumowując, widzę potencjał w "Szklanym tronie" jednak czuję się nieco zawiedziona. Zamierzam przeczytać kolejne tomy, bo chcę zobaczyć, czy autorka rozwinęła świat, bohaterów itd. Jako początek serii ta powieść jest dobra, ale gdyby to była historia jednotomowa to byłoby trochę gorzej. Z niecierpliwością czekam aż w środę przyjdzie do mnie kontynuacja, bo na razie niestety, nie mam co czytać :(