Wren i Cath od dziecka były nierozłączne. Te dwie bliźniaczki łączyła wyjątkowo mocna więź mimo, że ogromnie się od siebie różniły. Wren uwielbiała poznawać nowych ludzi, wychodzić z domu, za to Cath wolała czytać książki i pisać fanfiction będąc ubrana w jeden ze swoich wielu kardiganów i opatulona kocem. Wszystko się jednak zmienia, gdy dziewczyny idą na studia. Zamiast mieszkać razem w akademiku Wren chce nawiązać bliższe relacje z pozostałymi studentami i nie zamierza być w pokoju z Cath. Ta druga musi się, więc sama odnaleźć w gąszczu nieznajomych twarzy. Dodatkowo, musi skończyć swoje opowiadanie fanfiction nim wyjdzie ostatnia część serii o czarodzieju Simonie Snow, na której ono się opiera, a czasu jest coraz mniej.
Szczerze mówiąc, spodziewałam się czegoś innego po tej książce i mówię to w sensie pozytywnym. To nie jest, cytując tekst z tyłu książki, tylko o: "przyjaźni wbrew różnicom i trudnej sztuce dojrzewania", bo gdyby tak było to powiedziałabym tej powieści: "nie". Umówmy się, jest mnóstwo historii o trudach wieku nastoletniego i nie potrzeba nam kolejnych.
Niektóre problemy bliźniaczek są naprawdę niecodzienne, ciężkie i nie każdy musi się z tym zmagać. Mam na myśli tutaj wątki związane z rodzicami(kto czytał chyba wie, o co chodzi). Pomijając to, że motyw o ojcu moim zdaniem, powinien zostać wygrany nieco inaczej i powinniśmy się bardziej na nim skupić, a sprawa matki została potraktowana kompletnie po macoszemu, co też uważam za błąd to doceniam pomysł i potencjał tych elementów.
Poza tym, Cath też nie jest taka, jak mi się wydawało, że będzie. Ja rozumiem introwertyzm, bo sama jestem introwertykiem, bycie nieśmiałym również, ale tej dziewczynie jej aspołeczność bardzo utrudnia wykonywanie podstawowych czynności. W takim stopniu, że ja nie wiem, czy nie powinno się czegoś z tym zrobić.
To właśnie był jeden z tych elementów, który przeszkadzał mi utożsamić się naszą pisarką fanfików. Czasami miałam momenty, że myślałam sobie: "O, ja mam tak samo", ale były to jakieś pojedyncze sceny. Po prostu Cath nie jest jedną z tych bohaterek przez duże "B".
Przejdźmy do wątku miłosnego, czyli chyba czegoś, co mi się najbardziej podobało w tej książce.
MINI SPOILER
Mamy tutaj trochę takiego schematu, że jest sobie niepozorna dziewczyna i popularny, lubiany chłopak i on się w niej zakochuje. Przyznaję się bez bicia, że spotykamy się w tej powieści z czymś takim. Nie odczuwa się tego jakoś bardzo i nie jest to tak bardzo dosłowne, ale osobom wyczulonym na takie rzeczy może to przeszkadzać.
KONIEC MINI SPOILERA
Niektóre sceny tej pary są opisane świetnie, po prostu cud, miód, malinka, podczas czytania innych czułam pewne zażenowanie. Bardziej jednak kocham te dobre momenty niż nienawidzę tych złych. Poza tym, ten związek jest tak ultra uroczy i słodki, że ja się rozpływam. Tak na marginesie informuje, że może to być spowodowane tym, że uwielbiam zakochanych ludzi i jeśli są wokół mnie to czuję ich pozytywną energię i jestem szczęśliwa :)
Na koniec muszę wyjaśnić kilka spraw, bo mam wrażenie, że wypowiedziałam się dość niejednoznacznie o tej książce.
Nie mogę jej odmówić, że jest wciągająca mimo, że wątek z Simonem Snowem i fanfikami mnie nie interesował, bo nie rozumiałam w ogóle, co się dzieje i czemu nagle są jakieś akcje z królikami(lub zającami)... Pomijam milczeniem.
Levi jest wspaniały, po prostu najsympatyczniejsza postać świata(nie licząc jednego incydentu). Można przeczytać tą powieść tylko dla tego jednego bohatera.
Ogólnie, jeśli macie ochotę na coś, co przyjemnie się czyta, gdzie będziecie mieć idealną dawkę zaangażowania emocjonalnego w fabułę, nie za dużą, ani nie za małą to jest to coś dla Was.


