RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE "ZANIM SIĘ POJAWIŁEŚ"
Hejka, dzisiaj przygotowałam dla Was recenzję książki "Kiedy odszedłeś", która jest drugą częścią "Zanim się pojawiłeś".
Naprawdę nie mogę nie wspomnieć tutaj o tytule, który jest po prostu chamskim spoilerem. Zastanawiałam się, czy w oryginalnym wydaniu ta powieść też ma tak jednoznaczny tytuł, czy to tylko polscy tłumacze tak go genialne przetłumaczyli. Oryginalnie brzmi on w dosłownym tłumaczeniu: "Po Tobie", więc przekaz jest jasny. Jak można było coś takiego zrobić? Przecież często czytelnik patrzy przed przeczytaniem pierwszej części, czy ma ona jakąś kontynuację. W tym momencie Jojo Moyes jawi mi się jako taki negatywny bohater z bajek, który chce zniszczyć świat spoilerując ludziom zakończenia książek. Ale koniec już narzekania, przejdźmy do recenzji.
Po śmierci Willa Lou próbuje normalnie funkcjonować i spełnić jego ostatnie życzenie, by czerpała z życia garściami. Przez pierwsze tygodnie udaje jej się to, lecz później przychodzi czas smutku i zagubienia. Rodzice każą jej się zapisać na terapię dla właśnie takich osób jak ona, które straciły kogoś bliskiego. Próbując pogodzić się z tą tragedią Lou poznaje niektóre fakty na temat Willa, o których kompletnie nie miała pojęcia ani ona, ani on.
Wiem, że ten opis fabuły jest ciut chaotyczny, ale chciałam napisać coś konkretnego, a jednocześnie nic nie spoilerując. W ogóle, najlepszym określeniem dla określenie akcji tej pozycji byłoby "losy Lou po śmierci Willa". Jest to dość ogólne stwierdzenie, którego ja też bardzo nie lubię, bo to znaczy, że nie mamy jakiegoś punktu, do którego to wszystko zmierza i tutaj trochę tak jest, dlatego czyta się to gorzej niż "Zanim się pojawiłeś".
Traktowałam tą książkę jako "terapię", przez którą przechodziłam razem z Lou. Ja też musiałam się pozbierać po zakończeniu poprzedniego tomu i powiem Wam, że ta powieść trochę mi pomogła. I tak przy każdym jakimś bardziej rozwiniętym wspomnieniu Willa u mnie od razu występował potok łez i to nawet na końcu, ale przynajmniej nie jest ze mną aż tak źle jak było wcześniej.
Wydaje mi się, że jest dość oczywiste, że możemy się tu spodziewać wątku miłosnego, który faktycznie występuje. Możemy to wywnioskować po samym napisie z tyłu: "Gdy coś się kończy, coś innego się zaczyna", czy coś w tym stylu. Tego pana, który będzie miał coś do powiedzenia w tej sprawie będę nazywała Ten Gość.
Nie podobało mi się, że Lou tak bardzo podkreślała to, że Ten Gość jest tak potężnie zbudowany, że tak dużo pracuje i że ona może się poczuć taka krucha w jego ramionach. Jest to spowodowane tym, że w takich chwilach od razu przychodzi nam na myśl wspomnienie Willa, który nie mógł nawet jej objąć. Gdy tak wielokrotnie powtarzano tego typu stwierdzenia to budziło to we mnie wrażenie, że nasza główna bohaterka podświadomie myśli, że Will był jakiś wybrakowany, niewystarczający. Owszem, był niepełnosprawny, ale to nie znaczy, że nie mógłby jej kochać.
Poza tym, Ten Gość jest dla mnie dość mdłą postacią. Nie ma jakiś wyróżniających go cech, jest taki bezpłciowy. Nie mogłam go polubić zwłaszcza, że wciąż w pamięci miałam tego super faceta na wózku, który miał sarkastyczne poczucie humoru, kochał oglądać filmy, był wyrazisty i po prostu cudowny.
Bardzo mnie bolało to, jak Louisa się zmieniła. Z takiej kolorowej osoby na taką zwykłą, która woli się ubrać tak, by nie przykuwać niczyjej uwagi. Nawet, gdy niby już jakoś się pozbierała to było widać, że to nadal nie jest ten sam człowiek, ale oczywiście, nie mogę mieć o to do niej pretensji, bo każdy na jej miejscu by się zmienił.
Podsumowując, jeśli po "Zanim się pojawiłeś" macie książkowego kaca to przeczytajcie tą powieść, bo ona jest idealna, żeby się trochę "rozbudzić", średnio angażująca, z małą dawką większych emocji. Natomiast, jeśli już się pozbieraliście to jej nie czytajcie, bo jest zdecydowanie gorsza niż pierwszy tom.

