Hej, hej, poruszę dziś kwestię bardzo popularnego problemu, czyli jak znaleźć czas na czytanie. Chciałabym, żeby było jasne, jaki mniej więcej poziom czasu wolnego reprezentuję, więc powiem Wam, że chodzę do szkoły, którą zwykle kończę o 14 lub15, oprócz piątku i niedzieli codziennie mam zajęcia dodatkowe, a też nie jest tak, że sobie całkowicie olewam naukę, bo zawsze mam świadectwo z paskiem. Jak widzicie sporą część dnia mam zajętą, ale moje miesięczne wyniki przeczytanych powieści są zazwyczaj bardzo dobre, więc postanowiłam, że zdradzę Wam mój sekret.
Po pierwsze i wydaje mi się, że najważniejsze polecam sobie zrobić taki mini plan dnia. Nie mówię, że to będzie dobre dla kobiet z dzieckiem, bo maluchy są nieprzewidywalne i raczej ciężko mieć z nimi coś zaplanowane. Ogólnie, wszystkie rady są raczej dla uczniów lub studentów. Z tym planem nie mówię o tym, żeby ustalić, np., że w godzinach od 15-17 robi się pracę domową, bo każdego dnia ma się różną ilość tych zadań, więc trzeba na nie poświęcić różną ilość czasu. Chodzi mi o to, żeby mieć ustaloną kolejność robienia kolejnych rzeczy. Ja osobiści preferuję sposób "obowiązek-przyjemność" i tak na zmianę aż do momentu aż wszystkie obowiązki nie zostaną ogarnięte. Wciśnijcie do tego planu czytanie jako przyjemność i czytajcie.
Ja zazwyczaj z tą lekturą między obowiązkami mam tak, że robię sobie większy kubek herbaty, czy co tam lubicie i piję przez cały czas czytania. Zazwyczaj poświęcam czas książce aż do chwili, gdy opróżnię cały kubek. Uważam, że to jest bardzo dobry sposób, bo nie jest to ani za długo, ani za krótko.
Gdy jedziesz gdzieś komunikacją miejską albo jako pasażer bierz ze sobą jakąś powieść. Niech książki będą, jak Twój telefon, nie ruszaj się bez nich z domu. Idziesz do lekarza? Weź jakiś tytuł i czytaj, gdy siedzisz w poczekalni. Normalnie, w takich sytuacjach marnowałbyś czas przeglądając facebooka, a tak to pożerasz kolejne strony. Nawet, jeśli już masz swój samochód i jedziesz w podróż dłuższą niż 5 min to możesz sobie puścić audiobooka, chociaż mi akurat one nie odpowiadają.
Oczywiście, możecie też testować metody szybkiego czytania, ale ja nigdy ich nie używałam, bo uważam się za osobę, która raczej czyta sprawnie.
Ostatni sposób jest dość ryzykowny, ale jeśli podejdziecie do niego z dystansem i bez spiny to powinno być ok. Mianowicie, chodzi mi o to, że możecie sobie ustalić średnią liczbę stron, jaką chcecie codziennie przeczytać. U mnie jest to 100 stron, raz się uda, a raz nie. Musicie z tym uważać, bo ja często się łapię na czymś takim: "O nie! Nie przeczytałam dziś 100 stron! Co się teraz stanie?!". Wiecie, wszystko na luzie, czytanie ma być formą relaksu, a nie wyścigiem.
Dobra, to już wszystkie moje sposoby, mam nadzieję, że trochę Wam pomogą ustawić sobie jakoś czas tak, żeby mieć więcej chwil dla siebie ;)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczytanka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczytanka. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 1 października 2017
sobota, 19 sierpnia 2017
CZY KSIĄŻKI DODAJĄ INTELIGENCJI?/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI+"ROZWAŻNA I ROMANTYCZNA" JANE AUSTEN
Hej, hej, witam Was w kolejnym poście z serii "Świat według książkoholiczki"! Każdy pewnie pamięta ze szkoły takie pytanie od nauczyciela: "Co nam daje czytanie książek?", no i, tam się wymieniało, że większy zasób słownictwa, rozwija wyobraźnię i takie tam. Natomiast, nigdy się chyba nie spotkałam ze stwierdzeniem, że dodaje inteligencji, więc postanowiłam to rozgryźć na własną rękę. Jeszcze tylko dopowiem, że mówiąc "inteligencja" mam na myśli taką mądrość w życiu, a nie znanie jak największej liczby formułek z podręcznika.
Zacznę od kwestii czysto wizualnej. Dla mnie człowiek czytający coś, cokolwiek, nawet gazetę wygląda bardzo inteligentnie. To działa mniej więcej na takiej samej zasadzie jak noszenie okularów. Na pierwszy rzut oka człowiek z każdą powieścią w rękach wygląda mądrzej. Nieważne, czy to jest fantastyka, romans, czy nawet erotyk. Jeśli nie znamy czytanej przez tą osobę książki, ani okładka nie sugeruje nam o czym ona jest, to odruchowo myślimy: "Ale on musi być mądry...".
Powiedziałabym, że to, czy lektura dodaje inteligencji już nie w sensie wizualnym zależy od tego, o czym ona jest. Na przykład, nie sądzę, żeby "50 twarzy Greya" miało w sobie jakąś intelektualną wartość, ale znam tą pozycję tylko z opowieści, więc poprawcie mnie, jeśli się mylę. Nie mówię teraz, że swoją mądrość można zwiększyć czytając tylko literaturę piękną, bo nawet taki przeciętny Kowalski, czyli ja i pewnie większość książkoholików, czyta głównie dla rozrywki.
Uważam, że to, co można nazwać dodawaniem inteligencji przez książki jest poszerzanie punktu widzenia czytelnika. Poznajemy różne historie, z różnych perspektyw, co może sprawić, że nie widzimy świata w kolorach czarne-białe tylko wiemy, że zawsze są jakieś szarości( ale poetycko to powiedziałam :D Nie, no, żartuję).
Czasami różne powieści wbijają nam do głów wiedzę, nawet jeśli my sami o tym nie wiemy. Ja raz brałam udział w olimpiadzie polonistycznej i przed wejściem na salę, gdzie miałam ją pisać okazało się, że była jakaś lista książek do przeczytania i z niektórych będą pytania. Ja wtedy szłam pierwszy raz, więc nie wiedziałam, że coś takiego będzie, a moja ukochana nauczycielka od polskiego mi nic o tym nie powiedziała. Na tej liście była między innymi mitologia, a ja byłam świeżo po ponownym przeczytaniu "Percy'ego Jacksona i bogów olimpijskich". I powiem Wam, że to mnie uratowało w wielu pytaniach.
Uważam, że książki nie tyle dodają inteligencji, co pozwalają ją jakoś rozwijać i kształtować. Myślę, że jeśli ktoś z natury nie jest inteligentny to czytanie nic nie pomoże, ale ja się opieram tylko na swoich doświadczeniach, a to bardzo złożony temat, więc chętnie zobaczę, co Wy o tym sądzicie, piszcie w komentarzach.
Teraz przejdę do drugiej części tego posta, a mianowicie, mini-recenzji "Rozważnej i romantycznej". Miałam w ogóle nic o niej nie pisać, bo mam bardzo mało o niej do powiedzenia, ale jednak coś mam, a poza tym, strasznie podoba mi się zdjęcie, które jej zrobiłam, więc żal by było go nie wykorzystać.
Po Jane Austen spodziewałam się czegoś naprawdę super, bo "Dumę i uprzedzenie" kocham całym serduszkiem, a tutaj dostałam taką historię, która w sumie mogłaby się zdarzyć każdemu i w której nie ma nic wyjątkowego. Nie czułam takiego klimatu, nie przywiązałam się do postaci i jeszcze strasznie się wynudziłam i musiałam się praktycznie zmuszać do czytania. Nie polecam "Rozważnej i romantycznej" przeczytajcie zamiast tego "Dumę i uprzedzenie". To była bardzo mini recenzja :P
Zacznę od kwestii czysto wizualnej. Dla mnie człowiek czytający coś, cokolwiek, nawet gazetę wygląda bardzo inteligentnie. To działa mniej więcej na takiej samej zasadzie jak noszenie okularów. Na pierwszy rzut oka człowiek z każdą powieścią w rękach wygląda mądrzej. Nieważne, czy to jest fantastyka, romans, czy nawet erotyk. Jeśli nie znamy czytanej przez tą osobę książki, ani okładka nie sugeruje nam o czym ona jest, to odruchowo myślimy: "Ale on musi być mądry...".
Powiedziałabym, że to, czy lektura dodaje inteligencji już nie w sensie wizualnym zależy od tego, o czym ona jest. Na przykład, nie sądzę, żeby "50 twarzy Greya" miało w sobie jakąś intelektualną wartość, ale znam tą pozycję tylko z opowieści, więc poprawcie mnie, jeśli się mylę. Nie mówię teraz, że swoją mądrość można zwiększyć czytając tylko literaturę piękną, bo nawet taki przeciętny Kowalski, czyli ja i pewnie większość książkoholików, czyta głównie dla rozrywki.
Uważam, że to, co można nazwać dodawaniem inteligencji przez książki jest poszerzanie punktu widzenia czytelnika. Poznajemy różne historie, z różnych perspektyw, co może sprawić, że nie widzimy świata w kolorach czarne-białe tylko wiemy, że zawsze są jakieś szarości( ale poetycko to powiedziałam :D Nie, no, żartuję).
Czasami różne powieści wbijają nam do głów wiedzę, nawet jeśli my sami o tym nie wiemy. Ja raz brałam udział w olimpiadzie polonistycznej i przed wejściem na salę, gdzie miałam ją pisać okazało się, że była jakaś lista książek do przeczytania i z niektórych będą pytania. Ja wtedy szłam pierwszy raz, więc nie wiedziałam, że coś takiego będzie, a moja ukochana nauczycielka od polskiego mi nic o tym nie powiedziała. Na tej liście była między innymi mitologia, a ja byłam świeżo po ponownym przeczytaniu "Percy'ego Jacksona i bogów olimpijskich". I powiem Wam, że to mnie uratowało w wielu pytaniach.
Teraz przejdę do drugiej części tego posta, a mianowicie, mini-recenzji "Rozważnej i romantycznej". Miałam w ogóle nic o niej nie pisać, bo mam bardzo mało o niej do powiedzenia, ale jednak coś mam, a poza tym, strasznie podoba mi się zdjęcie, które jej zrobiłam, więc żal by było go nie wykorzystać.
Po Jane Austen spodziewałam się czegoś naprawdę super, bo "Dumę i uprzedzenie" kocham całym serduszkiem, a tutaj dostałam taką historię, która w sumie mogłaby się zdarzyć każdemu i w której nie ma nic wyjątkowego. Nie czułam takiego klimatu, nie przywiązałam się do postaci i jeszcze strasznie się wynudziłam i musiałam się praktycznie zmuszać do czytania. Nie polecam "Rozważnej i romantycznej" przeczytajcie zamiast tego "Dumę i uprzedzenie". To była bardzo mini recenzja :P
piątek, 23 czerwca 2017
"MOULIN ROUGE!", CZYLI SZALONE WYZNANIA ROMANTYCZKI
Hejka, hej, dziś mam dla Was taki trochę wyjątkowy post, bo jeszcze nigdy nie wypowiadałam się na blogu o jakimś filmie, raz mówiłam o serialu, ale jednak to nie to samo, co film. Wow, jakie przełomowe odkrycie! Serial różni się od filmu! Kto by się spodziewał? Będzie bez spoilerów, ten post będzie emanował wręcz moją miłością do tego filmu. Czuję, że muszę Wam o nim opowiedzieć, bo moi znajomi i rodzina mają już dość, jak mówię im o nim 24 godziny na dobę :)
Akcja rozgrywa się w roku 1900. Film ten opowiada on o niezwykle ekskluzywnym domu publicznym. Moulin Rouge, który znajduje się w Paryżu. Jedna z dziewczyn tam pracujących, Satine jest jego perełką, lecz marzy o innym życiu. Właściciel tego miejsca, Harold Ziedler umówił ją na prywatne spotkanie z inwestorem. W wyniku pomyłki spotyka się ona z Christianem, młodym pisarzem, o którym błędnie myśli, że jest Księciem, z którym Ziedler ją umówił. Christian i Satine zakochują się w sobie i próbują ukryć swoje uczucia przed czujnym wzrokiem Księcia.
Gdy przeczytaliście ten opis fabuły pewnie pomyśleliście: "O, pewnie jakaś głupia komedia" albo: "Pewnie jakiś banał". No właśnie tak nie jest. Już na samym początku mamy powiedziane, że Satine umrze. Wiem, niecodzienny zabieg w obecnej literaturze i kinematografii, że już na początku zdradzamy zakończenie.
Dodatkowo, ta informacja zostaje nam przekazana w taki chwytający za serce sposób. Ewan McGregor, czyli Christian, ale ja go będę nazywać Ewan McGregor, bo imię "Christian" w dzisiejszych czasach nie jest zbyt dobrze kojarzone("50 twarzy Greya"), siedzi przy maszynie do pisania zapłakany, zarośnięty spisuje tą całą historię o miłości mówiąc, że kobieta, którą kochał umarła. I to wszystko, gdy w tle leci piosenka Davida Bowie. Jak tu nie płakać?
Można by powiedzieć, że w takim razie, po co oglądać film skoro już nam na początku taki spoiler dali. Właśnie to zmienia cały odbiór tego filmu. Na przykład w scenach, gdzie nasi główni bohaterowie się poznają, śpiewają piękne piosenki nie byłoby nam smutno, natomiast w tym przypadku jest i to bardzo. Ja po prostu całą twarz z łez ocierałam.
Wydaje mi się, że "Moulin Rouge!" jest musicalem, bo dużo tam śpiewają i ogólnie wiele kluczowych dialogów jest przekazanych przez piosenki. I tu muszę wspomnieć o soundracku, który jest genialny. W większości są to normalne utwory w ogóle niezwiązane z tą produkcją i przerobione w taki sposób, że wydobywa się z nich coś zupełnie wyjątkowego, czego się nie zapomina. Ja teraz po prostu cały czas słucham tego soundtracku.
Ewan McGregor to jest chyba moje największe odkrycie tej produkcji. W jego postać się tak mocno wierzy, nie ma ani jednej fałszywej nuty. Cudownie pokazuje to, jak Christian mocno wierzy w miłość, gdy się uśmiecha to aż się robi tak ciepło w środku i myślimy: "Life is beautiful!"
Moi znajomi sceptycznie podchodzą do tego, czy Ewan McGregor rzeczywiście tak fantastycznie śpiewa, ja mam nadzieję, że tak. Jego głos jest po prostu wspaniały, taki pełny, głęboki. Jednym słowem: ma talent.
Cały film jest utrzymany w takim klimacie balansowania między snem, a jawą. Szczególnie podobają mi się sceny w trakcie, których są wykonywane piosenki: "Your song", "Elephant Love Medley", "Nature Boy", "El Tango De Roxanne" i "Show must go on".
Na tą bajkową atmosferę w dużej mierze wpływają bardzo nasycone kolory, które są bardzo charakterystyczne dla tego reżysera i, których jestem ogromną fanką. W ogóle odkryłam, że "Moulin Rouge!" i "Wielki Gatsby" wyszły spod ręki tego samego reżysera, czyli Baz'a Luhrmann'a. Widziałam jego trzy filmy, dwa wcześniej wymienione uwielbiam, trzeci, czyli "Romeo i Julię" pomijam milczeniem.
Muszę Wam jeszcze wspomnieć, że lepiej oglądajcie ten film z lektorem, bo w pewnych momentach, na przykład w scenie tańczenia kankana montaż jest szalenie szybki. I po prostu ja nie wiedziałam, czy mam czytać napisy, czy patrzeć się na akcję. Było to jednak akurat w scenach tańca mimo wszystko bardzo ciekawe posunięcie.
Podsumowując to moje szalone gadanie, jeśli jesteście romantykami i wierzycie w tą jedyną miłość to jest to film zdecydowanie dla Was. Ja jestem nim zauroczona mimo tego, że jest tak straszliwie smutny. Będzie Was prześladowało uczucie, że świat jest okrutnie niesprawiedliwy przez co najmniej tydzień od obejrzenia "Moulin Rouge!", ale naprawdę warto się poświęcić.
Akcja rozgrywa się w roku 1900. Film ten opowiada on o niezwykle ekskluzywnym domu publicznym. Moulin Rouge, który znajduje się w Paryżu. Jedna z dziewczyn tam pracujących, Satine jest jego perełką, lecz marzy o innym życiu. Właściciel tego miejsca, Harold Ziedler umówił ją na prywatne spotkanie z inwestorem. W wyniku pomyłki spotyka się ona z Christianem, młodym pisarzem, o którym błędnie myśli, że jest Księciem, z którym Ziedler ją umówił. Christian i Satine zakochują się w sobie i próbują ukryć swoje uczucia przed czujnym wzrokiem Księcia.
Gdy przeczytaliście ten opis fabuły pewnie pomyśleliście: "O, pewnie jakaś głupia komedia" albo: "Pewnie jakiś banał". No właśnie tak nie jest. Już na samym początku mamy powiedziane, że Satine umrze. Wiem, niecodzienny zabieg w obecnej literaturze i kinematografii, że już na początku zdradzamy zakończenie.
Dodatkowo, ta informacja zostaje nam przekazana w taki chwytający za serce sposób. Ewan McGregor, czyli Christian, ale ja go będę nazywać Ewan McGregor, bo imię "Christian" w dzisiejszych czasach nie jest zbyt dobrze kojarzone("50 twarzy Greya"), siedzi przy maszynie do pisania zapłakany, zarośnięty spisuje tą całą historię o miłości mówiąc, że kobieta, którą kochał umarła. I to wszystko, gdy w tle leci piosenka Davida Bowie. Jak tu nie płakać?
Można by powiedzieć, że w takim razie, po co oglądać film skoro już nam na początku taki spoiler dali. Właśnie to zmienia cały odbiór tego filmu. Na przykład w scenach, gdzie nasi główni bohaterowie się poznają, śpiewają piękne piosenki nie byłoby nam smutno, natomiast w tym przypadku jest i to bardzo. Ja po prostu całą twarz z łez ocierałam.
Wydaje mi się, że "Moulin Rouge!" jest musicalem, bo dużo tam śpiewają i ogólnie wiele kluczowych dialogów jest przekazanych przez piosenki. I tu muszę wspomnieć o soundracku, który jest genialny. W większości są to normalne utwory w ogóle niezwiązane z tą produkcją i przerobione w taki sposób, że wydobywa się z nich coś zupełnie wyjątkowego, czego się nie zapomina. Ja teraz po prostu cały czas słucham tego soundtracku.
Ewan McGregor to jest chyba moje największe odkrycie tej produkcji. W jego postać się tak mocno wierzy, nie ma ani jednej fałszywej nuty. Cudownie pokazuje to, jak Christian mocno wierzy w miłość, gdy się uśmiecha to aż się robi tak ciepło w środku i myślimy: "Life is beautiful!"
Moi znajomi sceptycznie podchodzą do tego, czy Ewan McGregor rzeczywiście tak fantastycznie śpiewa, ja mam nadzieję, że tak. Jego głos jest po prostu wspaniały, taki pełny, głęboki. Jednym słowem: ma talent.
Cały film jest utrzymany w takim klimacie balansowania między snem, a jawą. Szczególnie podobają mi się sceny w trakcie, których są wykonywane piosenki: "Your song", "Elephant Love Medley", "Nature Boy", "El Tango De Roxanne" i "Show must go on".
Na tą bajkową atmosferę w dużej mierze wpływają bardzo nasycone kolory, które są bardzo charakterystyczne dla tego reżysera i, których jestem ogromną fanką. W ogóle odkryłam, że "Moulin Rouge!" i "Wielki Gatsby" wyszły spod ręki tego samego reżysera, czyli Baz'a Luhrmann'a. Widziałam jego trzy filmy, dwa wcześniej wymienione uwielbiam, trzeci, czyli "Romeo i Julię" pomijam milczeniem.
Muszę Wam jeszcze wspomnieć, że lepiej oglądajcie ten film z lektorem, bo w pewnych momentach, na przykład w scenie tańczenia kankana montaż jest szalenie szybki. I po prostu ja nie wiedziałam, czy mam czytać napisy, czy patrzeć się na akcję. Było to jednak akurat w scenach tańca mimo wszystko bardzo ciekawe posunięcie.
Podsumowując to moje szalone gadanie, jeśli jesteście romantykami i wierzycie w tą jedyną miłość to jest to film zdecydowanie dla Was. Ja jestem nim zauroczona mimo tego, że jest tak straszliwie smutny. Będzie Was prześladowało uczucie, że świat jest okrutnie niesprawiedliwy przez co najmniej tydzień od obejrzenia "Moulin Rouge!", ale naprawdę warto się poświęcić.
środa, 24 maja 2017
CZY KSIĄŻKI TO DOBRE MODELKI?/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI
Hej, ponieważ mamy obecnie okres bez recenzji stwierdziłam, że jest to idealny moment, by opublikować coś z serii "Świat według książkoholiczki". A dziś opowiemy sobie o robieniu zdjęć książkom, czyli o czymś, co dla części blogerów jest codziennością.
Każdy zna to uczucie. Typowy nałogowy czytacz przegląda piękne bookstagramowe profile(przy okazji tutaj macie link do postu o moich ulubionych bookstagramowych profilach). Zachwyca się jakie to te zdjęcie są wspaniałe i w jego głowie pojawia się myśl: "Ja też tak chcę", jednak on jeszcze nie wie, ile to niesie ze sobą problemów.
Na razie powiem Wam, jak u mnie wygląda robienie zdjęć powieściom. Nie mam aparatu, fotografuję telefonem, bo uważam, że ma na tyle dobrą jakość zdjęć, że wygląda to naprawdę ok. Po zrobieniu obrabiam je w pierwszym lepszym darmowym programie. Ja używam akurat PhotoScape. I tak to wygląda mój książkowo-zdjęciowy "profesjonalizm".
Przedstawię Wam teraz kłopoty, z którymi ja się zmagam robiąc zdjęcia moim "modelkom". Nie wiem, czy Wy takie macie, jeśli znaleźliście jakiś sposób, żeby się z nimi uporać to piszcie w komentarzach.
Problem numer 1 to odskakująca okładka. Gdy mamy książkę w miękkiej oprawie to ja przynajmniej zawsze robię tak, że trzymając książkę w pionie przed sobą, okładkę odginam od siebie. No i jest wszystko fajnie, wszyscy są szczęśliwi. Do momentu, gdy należy ją sfotografować, bo jak przy recenzji może nie być zdjęcia? Ja zwykle zdjęcia wykonuję w weekend, bo jeszcze z zimy został mi taki nawyk, że po szkole już nigdy nie było światła, więc fotografowałam książki w sobotę lub niedzielę. Zazwyczaj jest to już kilka dni po odgięciu okładki. I wtedy się zaczyna. Gdy chcę sfotografować książkę w taki sposób jak na pierwszym zdjęciu to już na starcie muszę się pogodzić z tym, że to nie wyjdzie. Wy teraz na nie patrząc myślicie sobie, że jest to mała przestrzeń, ale ta książka już kilka miesięcy była ściśnięta między innymi pozycjami, więc możliwe, że okładka przybliżyła się do reszty stron. W przypadku, gdy ta powieść jeszcze nigdy nie stała wśród innych na półce ta pustka jest o wiele większa.
Kolejny problem też dotyczący pozycji wydanych w miękkich oprawach. Gdy chcę, żeby książka była otwarta, tak jak na zdjęciu, które dodałam do recenzji "Dumy i uprzedzenia", ona się zamyka. Ja jakoś próbuję wtedy kombinować, stawiam butelkę z lakierem na okładce i staram się nie uchwycić jej w kadrze. Rzecz, która przytrzymuje musi być ciężka, a zarazem mała, więc znalezienie czegoś takiego jest dość trudnym zadaniem.
Ale teraz przejdę do najgorszego. Najgorsze połączenie dla "fotografa". Książka i zwierzak. Jak pewnie wiecie, może nie wiecie ostatnio pojawiła się recenzja "Był sobie pies", więc pomyślałam: "Mam psa, ale super, zrobię takie genialne zdjęcie". Wyszło, jak wyszło. Zanim mój pies postanowił przestać gonić ptaki, usiąść i zacząć ze mną współpracować minęło pół godziny. Gdy w końcu się położył podeszłam do niego nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów, by nie postanowił do mnie podejść coś zastukało w rynnie. Podniósł się i odszedł w siną dal. Jeszcze oczywiście, w międzyczasie miałam problemy z książką, która się wywalała, bo na złość musiał wiać wiatr. Teraz jednak, gdy o tym myślę dochodzę do wniosku, że książki potrafią się wywalać, gdy się je postawi w pionie też w stabilnych warunkach atmosferycznych.
To już wszystkie problemy, z którymi się zmagam fotografując książki, które są okropnymi modelkami, ale każdy wie, jakie piękne później potrafią być efekty pracy z nimi.
Każdy zna to uczucie. Typowy nałogowy czytacz przegląda piękne bookstagramowe profile(przy okazji tutaj macie link do postu o moich ulubionych bookstagramowych profilach). Zachwyca się jakie to te zdjęcie są wspaniałe i w jego głowie pojawia się myśl: "Ja też tak chcę", jednak on jeszcze nie wie, ile to niesie ze sobą problemów.
Na razie powiem Wam, jak u mnie wygląda robienie zdjęć powieściom. Nie mam aparatu, fotografuję telefonem, bo uważam, że ma na tyle dobrą jakość zdjęć, że wygląda to naprawdę ok. Po zrobieniu obrabiam je w pierwszym lepszym darmowym programie. Ja używam akurat PhotoScape. I tak to wygląda mój książkowo-zdjęciowy "profesjonalizm".
Przedstawię Wam teraz kłopoty, z którymi ja się zmagam robiąc zdjęcia moim "modelkom". Nie wiem, czy Wy takie macie, jeśli znaleźliście jakiś sposób, żeby się z nimi uporać to piszcie w komentarzach.
| Zdjęcie nr 1 |
Kolejny problem też dotyczący pozycji wydanych w miękkich oprawach. Gdy chcę, żeby książka była otwarta, tak jak na zdjęciu, które dodałam do recenzji "Dumy i uprzedzenia", ona się zamyka. Ja jakoś próbuję wtedy kombinować, stawiam butelkę z lakierem na okładce i staram się nie uchwycić jej w kadrze. Rzecz, która przytrzymuje musi być ciężka, a zarazem mała, więc znalezienie czegoś takiego jest dość trudnym zadaniem.Ale teraz przejdę do najgorszego. Najgorsze połączenie dla "fotografa". Książka i zwierzak. Jak pewnie wiecie, może nie wiecie ostatnio pojawiła się recenzja "Był sobie pies", więc pomyślałam: "Mam psa, ale super, zrobię takie genialne zdjęcie". Wyszło, jak wyszło. Zanim mój pies postanowił przestać gonić ptaki, usiąść i zacząć ze mną współpracować minęło pół godziny. Gdy w końcu się położył podeszłam do niego nie wykonując żadnych gwałtownych ruchów, by nie postanowił do mnie podejść coś zastukało w rynnie. Podniósł się i odszedł w siną dal. Jeszcze oczywiście, w międzyczasie miałam problemy z książką, która się wywalała, bo na złość musiał wiać wiatr. Teraz jednak, gdy o tym myślę dochodzę do wniosku, że książki potrafią się wywalać, gdy się je postawi w pionie też w stabilnych warunkach atmosferycznych.
To już wszystkie problemy, z którymi się zmagam fotografując książki, które są okropnymi modelkami, ale każdy wie, jakie piękne później potrafią być efekty pracy z nimi.
czwartek, 13 kwietnia 2017
PORTFEL BŁAGA O LITOŚĆ/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI
Hej, dziś przychodzę do Was, by omówić problem dotykający książkoholików na całym świecie. Mam tu na myśli brak pieniędzy, bo zostały wydane na nowe powieści. "Książkowe ubóstwo" jest tym bardziej okrutne, ponieważ cały czas widzimy te nowe tytuły, które trzeba przeczytać, a nie możemy, bo najczęściej nie ma ich jeszcze w bibliotekach.
Dawno, dawno temu, gdy dopiero rozpoczynałam swoją czytelniczą przygodę w bardziej nałogowej formie myślałam sobie, że czytanie jest jednym z tańszych hobby. Byłam z tego powodu bardzo zadowolona, lecz nikt mi nie powiedział gorzkiej prawdy, nikt mnie nie powstrzymał. I może faktycznie książkowa pasja byłaby tania, gdyby się kupowało jedną pozycję na miesiąc, okazjonalnie dwie, ale każdy wie, że rzeczywistość wygląda trochę inaczej...
Gdy postanowicie, że przez jakiś czas nie kupujecie nowych pozycji to nagle wychodzi nowa powieść Waszego ulubionego autora, kolejny tom serii, którą czytacie i Wam się podoba, jeszcze nagle sobie przypominacie o jakimś klasyku, którego w końcu trzeba przeczytać. I weź tu oszczędzaj...
Jeszcze osoby, które lubią korzystać z bibliotek mają łatwiej, bo starsze tytuły można tam znaleźć, a w niektórych nawet takie sprzed trzech pięciu lat, więc nie takie bardzo prehistoryczne.
Dla takich osobników czasami jednak pojawia się inny problem, bo czasami trafią na książkę wręcz idealną. Ta książka daje im wszystko, czego do tej pory im brakowało w życiu, no i, nie ma wyjścia, muszą ją mieć w swojej biblioteczce, więc są zmuszone wydać te 30, czasami 40 złotych.
Ja osobiście nie lubię korzystać z bibliotek, odczuwam do nich pewną niechęć i nie wiem, czym to jest spowodowane. Może tym, że wyczuwam tą presję, że jak nie oddam jej w terminie to nie będzie, czego zbierać. Dobra, ale to nie jest temat tego posta. Czasami jednak w sytuacjach podbramkowych chowam dumę do kieszeni i coś wypożyczam. Jeszcze dodam, że jeśli chodzi o lektury szkolne, których nie mam w domu to nigdy ich nie kupuję.
Jeszcze nie powiedziałam, że będąc uzależnionym od książek nie wydajemy pieniędzy na tylko powieści same w sobie. O nie, nie, życie by było wtedy zbyt piękne. Wszelkie designerskie zakładki, regały, bo już nie ma miejsca na kolejne tytuły. Ja właśnie teraz się zmagam z tym problemem i mam nadzieję, że w maju już pojawi się u mnie w pokoju nowa biblioteczka.
Różnego rodzaju gadżety związane z ulubionymi powieściami to też są rzeczy pierwszej potrzeby. Ja od tego roku zaczęłam mieć tendencję do kupowania figurek FUNKO POP, a każda kosztuje 50 złotych, na szczęście na razie z własnej kieszeni kupiłam tylko Zgredka, ale myślę, że ten stan się niebawem zmieni. Jeszcze kiedyś widziałam, że Hagrid kosztuje 80 złotych. Smutne, ale prawdziwe...
Już nie będę wspominać o poduszkach z jakimiś książkoholikowymi(czy tak się zmienia rzeczownik "książkoholik" na przymiotnik?)napisami. Pojawiają się również koszulki tego typu i ja za każdym razem, gdy jakąś zobaczę myślę sobie: "Muszę ją mieć" Później jednak patrzę na cenę i sobie odpuszczam...
Mam nadzieję, że potraktujecie ten post z przymrużeniem oka, nie na poważnie, bo ja lubię sobie ponarzekać, ale to wszystko jest napisane tak pół żartem, pół serio ;)
![]() |
| Każdy książkoholik na promocji w księgarni :D |
Gdy postanowicie, że przez jakiś czas nie kupujecie nowych pozycji to nagle wychodzi nowa powieść Waszego ulubionego autora, kolejny tom serii, którą czytacie i Wam się podoba, jeszcze nagle sobie przypominacie o jakimś klasyku, którego w końcu trzeba przeczytać. I weź tu oszczędzaj...
Jeszcze osoby, które lubią korzystać z bibliotek mają łatwiej, bo starsze tytuły można tam znaleźć, a w niektórych nawet takie sprzed trzech pięciu lat, więc nie takie bardzo prehistoryczne.
Dla takich osobników czasami jednak pojawia się inny problem, bo czasami trafią na książkę wręcz idealną. Ta książka daje im wszystko, czego do tej pory im brakowało w życiu, no i, nie ma wyjścia, muszą ją mieć w swojej biblioteczce, więc są zmuszone wydać te 30, czasami 40 złotych.
Ja osobiście nie lubię korzystać z bibliotek, odczuwam do nich pewną niechęć i nie wiem, czym to jest spowodowane. Może tym, że wyczuwam tą presję, że jak nie oddam jej w terminie to nie będzie, czego zbierać. Dobra, ale to nie jest temat tego posta. Czasami jednak w sytuacjach podbramkowych chowam dumę do kieszeni i coś wypożyczam. Jeszcze dodam, że jeśli chodzi o lektury szkolne, których nie mam w domu to nigdy ich nie kupuję.
Jeszcze nie powiedziałam, że będąc uzależnionym od książek nie wydajemy pieniędzy na tylko powieści same w sobie. O nie, nie, życie by było wtedy zbyt piękne. Wszelkie designerskie zakładki, regały, bo już nie ma miejsca na kolejne tytuły. Ja właśnie teraz się zmagam z tym problemem i mam nadzieję, że w maju już pojawi się u mnie w pokoju nowa biblioteczka.
Różnego rodzaju gadżety związane z ulubionymi powieściami to też są rzeczy pierwszej potrzeby. Ja od tego roku zaczęłam mieć tendencję do kupowania figurek FUNKO POP, a każda kosztuje 50 złotych, na szczęście na razie z własnej kieszeni kupiłam tylko Zgredka, ale myślę, że ten stan się niebawem zmieni. Jeszcze kiedyś widziałam, że Hagrid kosztuje 80 złotych. Smutne, ale prawdziwe...
Już nie będę wspominać o poduszkach z jakimiś książkoholikowymi(czy tak się zmienia rzeczownik "książkoholik" na przymiotnik?)napisami. Pojawiają się również koszulki tego typu i ja za każdym razem, gdy jakąś zobaczę myślę sobie: "Muszę ją mieć" Później jednak patrzę na cenę i sobie odpuszczam...
Mam nadzieję, że potraktujecie ten post z przymrużeniem oka, nie na poważnie, bo ja lubię sobie ponarzekać, ale to wszystko jest napisane tak pół żartem, pół serio ;)
sobota, 25 marca 2017
SŁÓW KILKA O KSIĄŻECZKACH J.K. ROWLING
Hej, witam Was serdecznie i zapraszam do zapoznania się z moją opinią na temat "Baśni Barda Beedle'a" , "Quidditcha przez wieki" oraz "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć".
Na te książki polowałam już od dawna w starym wydaniu, ale nigdzie ich nie było. Teraz jednak myślę, że to dobrze, że nie udało mi się ich kupić, bo nowe okładki są o niebo lepsze i jestem w nich po prostu zakochana. Poza tym, w środku mamy ilustracje i ja nie ekscytuję się bardzo rysunkami w książkach, a te które występowały w tych pozycjach nie były dla mnie jakieś przepiękne, ale wiadomo, zawsze dodają one pewnego klimatu i odczuć wizualnych. Też na plus działa to, że były używane w bardzo kreatywny sposób.
Grzbiety też cudownie się prezentują i gdy postawi się te książki obok siebie to wspaniale do siebie pasują i wygląda to niesamowicie.
Wrócę jednak do treści. Z tych wszystkich książek najbardziej mnie zainteresował "Quidditch przez wieki", czego się nie spodziewałam, bo to jest taka niby "naukowa" książka. Ja jednak od zawsze kochałam quidditcha, uwielbiałam czytać opisy meczów w "Harrym Potterze" i po prostu ten sport jest genialny.


Zdziwiło mnie to, że "Baśnie Barda Beedle'a" nie wywarły na mnie jakiegoś większego wrażenia, co nie zmienia faktu, że jest to dość oryginalna pozycja. Ogólnie, przeczytanie historii o trzech braciach w takim formacie było ciekawym przeżyciem, ale reszta bajek nie zachwyciła mnie.
W kwestii "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć" mogę się przyczepić do tego, że według mnie, lepiej by było gdyby każde magiczne zwierzę miało swoją własną stronę z ilustracją.
Te książki mają dość specyficzną formę, trzeba się do niej przyzwyczaić. Moim zdaniem, można kupić te pozycje, by dopełnić nimi swoją kolekcję książek o Harrym. Można też poznać dzięki nim jeszcze głębsze zakamarki świata czarodziejów, który jest niesamowicie rozległy i jeszcze się nie spotkałam się u innych autorów z aż tak szczegółowo opisanym i wykreowanym światem, jak u J.K. Rowling.
W kwestii "Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć" mogę się przyczepić do tego, że według mnie, lepiej by było gdyby każde magiczne zwierzę miało swoją własną stronę z ilustracją.
Te książki mają dość specyficzną formę, trzeba się do niej przyzwyczaić. Moim zdaniem, można kupić te pozycje, by dopełnić nimi swoją kolekcję książek o Harrym. Można też poznać dzięki nim jeszcze głębsze zakamarki świata czarodziejów, który jest niesamowicie rozległy i jeszcze się nie spotkałam się u innych autorów z aż tak szczegółowo opisanym i wykreowanym światem, jak u J.K. Rowling.
Przy robieniu zdjęć okładkom inspirowałam się instagramem Klaudii, na którego serdecznie Was zapraszam!
wtorek, 21 marca 2017
SZKOŁA I LEKTURY/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI
Hej, dziś zapraszam Was na drugi post z serii "Świat według książkoholiczki", w którym będę się wypowiadać na temat tego, jaki szkoła ma wpływ na uczniów, jeśli chodzi o czytanie. Także dziś będziemy troszkę marudzić.
Gdy mówi się o szkole i książkach to pierwsze na myśl przychodzą lektury. Jedne lepsze, drugie gorsze.
W podstawówce są to raczej takie miłe książki dla dzieci, pamiętam, że ja niektóre uważałam nawet za zbyt infantylne. Później się zaczynają "prawdziwe" lektury i to dopiero one zaczynają uprzykrzać nam życie, ponieważ robią się też dłuższe i napisane cięższym językiem.
Lektury spędzają sen z powiek zarówno książkoholikom, jak i innym uczniom, bo jeśli książka jest nudna to to, że lubimy czytać nic nie pomoże. Wiadomo, w kanonie lektur są też dobre powieści, ale skupię się na tych mniej interesujących.
Rozumiem, że są pozycje, które po prostu wypada przeczytać, ale choć jedna lektura na rok mogłaby być "mniej ambitna" i byłoby większe prawdopodobieństwo, że się przyjmie wśród uczniów. Innym zadaniem lektur jest też to, by zachęcać do czytania. Dla mnie szkoły robią coś kompletnie odwrotnego dając do zapoznania takie, a nie inne powieści młodzieży. Jeśli u kogoś w domu się nie czyta to raczej są małe szanse, że "Krzyżacy", czy "Pan Tadeusz" przekona go do odkrycia innych książek, a na przykład w przypadku "Igrzysk Śmierci" te szanse by wzrosły.
U mnie w szkole jest jeszcze pewne, ciekawe zjawisko związane z książkami. Mam tu na myśli "lekcje biblioteczne". Nie wiem, czy w innych szkołach występuje coś takiego, możecie mi napisać. Takie zajęcia odbywają się wtedy, gdy nie ma danego nauczyciela i brakuje kogoś na zastępstwo. Gdy pierwszy raz usłyszałam, że będziemy mieć taką lekcję pomyślałam: "Super, będziemy rozmawiać o ciekawych książkach". Niestety, myliłam się.
Na pierwszych takich zajęciach omawialiśmy części książki i bynajmniej nie chodzi mi o rzeczy typu epilog, czy prolog. Mówiliśmy o tym, że książka ma okładkę, wklejkę itp. Dzięki temu wiem, że jakaś część książki nazywa się kapitałka tylko po, co potrzebna mi ta informacja? Zamiast wykorzystać tą godzinę, by porozmawiać o powieściach, które są wciągające i można je przeczytać dla przyjemności(jeśli uznajemy, że kanonu lektur nie da się zmienić i nie mogą być w nim luźniejsze książki) to stwierdzono, że lepiej nas uczyć zupełnie niepotrzebnej wiedzy i mówić o książkach w najbardziej nudny sposób, jakim się da. To także odciąga od czytania.
Ostatnio skończyłam "Krzyżaków" i właśnie oni mnie zainspirowali do takiego posta. Nie uważam ich za złą powieść, ale też mnie nie zachwycili. Są mi zwyczajnie obojętni, ale zacznę od początku. Przeczytanie tej pozycji wzięłam sobie za punkt honoru i traktowałam ją jako osobistą walkę z Sienkiewiczem. Przeszłam przez 30 stron, załamałam się. Ta część książki była jak dźwiganie stutonowego kamienia. Nie byłam jeszcze przyzwyczajona do tego języka poza tym, akcja nie była jakaś fascynująca. Pomyślałam już: "Nie, obejrzę film". Nie miałam jednak, czego czytać, więc stwierdziłam, że dopóki nie przyjdą mi książki to będę zapoznawać się z "Krzyżakami" i przebrnęłam przez kolejne 520 stron i powiem Wam, że jestem z siebie dumna.
Już zapoznaliście się z moją historią życia, ale jeszcze mam Wam coś do powiedzenia. Tak, wiem, że to jest już chyba najdłuższy post w historii. Dla mnie kanon lektur powinien być zmieniony nie tylko pod względem dopasowania do wieku(na to chyba nie mam, co liczyć), ale powinny być tam książki, które wpłynęły jakoś na świat literatury. "Krzyżacy" są w kanonie, ponieważ byli napisani w czasie, gdy Polski nie było, "ku pokrzepieniu serc" itd. Moim zdaniem, powieść powinna być ponadczasowa i następne pokolenia nie powinny się z nią zapoznawać, dlatego, że powstała w takim, a nie innym czasie. Książka powinna się bronić treścią i tym, że zawsze będzie aktualna.
To sobie ponarzekaliśmy, Jeśli chcecie, żebym napisała tradycyjną, porządniejszą recenzję "Krzyżaków" to piszcie, jeśli będzie odzew to takie coś powstanie.
Gdy mówi się o szkole i książkach to pierwsze na myśl przychodzą lektury. Jedne lepsze, drugie gorsze.
W podstawówce są to raczej takie miłe książki dla dzieci, pamiętam, że ja niektóre uważałam nawet za zbyt infantylne. Później się zaczynają "prawdziwe" lektury i to dopiero one zaczynają uprzykrzać nam życie, ponieważ robią się też dłuższe i napisane cięższym językiem.
Rozumiem, że są pozycje, które po prostu wypada przeczytać, ale choć jedna lektura na rok mogłaby być "mniej ambitna" i byłoby większe prawdopodobieństwo, że się przyjmie wśród uczniów. Innym zadaniem lektur jest też to, by zachęcać do czytania. Dla mnie szkoły robią coś kompletnie odwrotnego dając do zapoznania takie, a nie inne powieści młodzieży. Jeśli u kogoś w domu się nie czyta to raczej są małe szanse, że "Krzyżacy", czy "Pan Tadeusz" przekona go do odkrycia innych książek, a na przykład w przypadku "Igrzysk Śmierci" te szanse by wzrosły.
U mnie w szkole jest jeszcze pewne, ciekawe zjawisko związane z książkami. Mam tu na myśli "lekcje biblioteczne". Nie wiem, czy w innych szkołach występuje coś takiego, możecie mi napisać. Takie zajęcia odbywają się wtedy, gdy nie ma danego nauczyciela i brakuje kogoś na zastępstwo. Gdy pierwszy raz usłyszałam, że będziemy mieć taką lekcję pomyślałam: "Super, będziemy rozmawiać o ciekawych książkach". Niestety, myliłam się.
Na pierwszych takich zajęciach omawialiśmy części książki i bynajmniej nie chodzi mi o rzeczy typu epilog, czy prolog. Mówiliśmy o tym, że książka ma okładkę, wklejkę itp. Dzięki temu wiem, że jakaś część książki nazywa się kapitałka tylko po, co potrzebna mi ta informacja? Zamiast wykorzystać tą godzinę, by porozmawiać o powieściach, które są wciągające i można je przeczytać dla przyjemności(jeśli uznajemy, że kanonu lektur nie da się zmienić i nie mogą być w nim luźniejsze książki) to stwierdzono, że lepiej nas uczyć zupełnie niepotrzebnej wiedzy i mówić o książkach w najbardziej nudny sposób, jakim się da. To także odciąga od czytania.
Ostatnio skończyłam "Krzyżaków" i właśnie oni mnie zainspirowali do takiego posta. Nie uważam ich za złą powieść, ale też mnie nie zachwycili. Są mi zwyczajnie obojętni, ale zacznę od początku. Przeczytanie tej pozycji wzięłam sobie za punkt honoru i traktowałam ją jako osobistą walkę z Sienkiewiczem. Przeszłam przez 30 stron, załamałam się. Ta część książki była jak dźwiganie stutonowego kamienia. Nie byłam jeszcze przyzwyczajona do tego języka poza tym, akcja nie była jakaś fascynująca. Pomyślałam już: "Nie, obejrzę film". Nie miałam jednak, czego czytać, więc stwierdziłam, że dopóki nie przyjdą mi książki to będę zapoznawać się z "Krzyżakami" i przebrnęłam przez kolejne 520 stron i powiem Wam, że jestem z siebie dumna.
Już zapoznaliście się z moją historią życia, ale jeszcze mam Wam coś do powiedzenia. Tak, wiem, że to jest już chyba najdłuższy post w historii. Dla mnie kanon lektur powinien być zmieniony nie tylko pod względem dopasowania do wieku(na to chyba nie mam, co liczyć), ale powinny być tam książki, które wpłynęły jakoś na świat literatury. "Krzyżacy" są w kanonie, ponieważ byli napisani w czasie, gdy Polski nie było, "ku pokrzepieniu serc" itd. Moim zdaniem, powieść powinna być ponadczasowa i następne pokolenia nie powinny się z nią zapoznawać, dlatego, że powstała w takim, a nie innym czasie. Książka powinna się bronić treścią i tym, że zawsze będzie aktualna.
To sobie ponarzekaliśmy, Jeśli chcecie, żebym napisała tradycyjną, porządniejszą recenzję "Krzyżaków" to piszcie, jeśli będzie odzew to takie coś powstanie.
czwartek, 16 lutego 2017
JAK TO NIE CZYTASZ KSIĄŻEK?/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI
Hej, dziś zapraszam Was na pierwszy post z nowej serii na tym blogu. W "Świecie według książkoholiczki" będę się z Wami dzieliła swoimi przemyśleniami na temat środowiska książkowego oraz ogólnie tematyki okołoksiążkowej. Post tego typu będą się pojawiać najczęściej raz w miesiącu.
Dziś skupimy się na osobach, które nie czytają i chcę zaznaczyć, że nie zamierzam w tym poście w jakikolwiek sposób wywyższać książkoholików. Ale już wróćmy do tematu.
Ja osobiście nic nie mam do osób, które nie czytają, ale jeśli wiem, że ktoś kocha książki to zdecydowanie łatwiej mi zacząć z nim rozmowę. Rozumiem, jeśli ktoś czyta, ale nie jest książkoholikiem, ale nie potrafię sobie wyobrazić jak można nie czerpać przyjemności z czytania, nawet jeśli książka jest dobra.
Z czego się, jednak bierze to, że się nie czyta? Moim zdaniem, to jest kwestia taka sama jak kultura osobista, której uczymy się od rodziców. Prawda jest taka, że jeśli rodzice w ciągu dnia nie poświęcają chwili na czytanie to dziecko też nie będzie tego robić. W moim domu naturalne jest, że przed snem, gdy jest się już w łóżku czyta się książkę. Gdy jeszcze nie byłam książkholikiem to i tak zawsze musiałam mieć jakąś książkę, żeby czytać ją do poduszki.
Po drugie, duży wpływ też ma na nas szkoła. Ona powinna przekonywać do czytania, a robi coś całkowicie odwrotnego. Mam tu na myśli lektury, które w większości są nudne i o nich też będzie osobny post. Dlatego, jeśli w domu dziecko nie zostanie przekonane do czytania to szkoła jeszcze ten stan rzeczy przypieczętuje. Cała nadzieja w rodzicach.
Moim zdaniem, brak chęci do czytania bierze się również stąd, że ktoś nie trafił nigdy na książkę, która, by go zachwyciła, ponieważ gdyby tak było to chciałby poznać więcej taki powieści i odczuwać jeszcze raz te pozytywne emocje.
To już koniec tego posta. Prawdopodobnie niedługo pojawi się recenzja "Dziewczyny, którą kochałeś" Jojo Moyes oraz post jeszcze trochę walentynkowy, a tymczasem ja się z Wami żegnam.
Dziś skupimy się na osobach, które nie czytają i chcę zaznaczyć, że nie zamierzam w tym poście w jakikolwiek sposób wywyższać książkoholików. Ale już wróćmy do tematu.
Ja osobiście nic nie mam do osób, które nie czytają, ale jeśli wiem, że ktoś kocha książki to zdecydowanie łatwiej mi zacząć z nim rozmowę. Rozumiem, jeśli ktoś czyta, ale nie jest książkoholikiem, ale nie potrafię sobie wyobrazić jak można nie czerpać przyjemności z czytania, nawet jeśli książka jest dobra.
Z czego się, jednak bierze to, że się nie czyta? Moim zdaniem, to jest kwestia taka sama jak kultura osobista, której uczymy się od rodziców. Prawda jest taka, że jeśli rodzice w ciągu dnia nie poświęcają chwili na czytanie to dziecko też nie będzie tego robić. W moim domu naturalne jest, że przed snem, gdy jest się już w łóżku czyta się książkę. Gdy jeszcze nie byłam książkholikiem to i tak zawsze musiałam mieć jakąś książkę, żeby czytać ją do poduszki.
Po drugie, duży wpływ też ma na nas szkoła. Ona powinna przekonywać do czytania, a robi coś całkowicie odwrotnego. Mam tu na myśli lektury, które w większości są nudne i o nich też będzie osobny post. Dlatego, jeśli w domu dziecko nie zostanie przekonane do czytania to szkoła jeszcze ten stan rzeczy przypieczętuje. Cała nadzieja w rodzicach.
Moim zdaniem, brak chęci do czytania bierze się również stąd, że ktoś nie trafił nigdy na książkę, która, by go zachwyciła, ponieważ gdyby tak było to chciałby poznać więcej taki powieści i odczuwać jeszcze raz te pozytywne emocje.
To już koniec tego posta. Prawdopodobnie niedługo pojawi się recenzja "Dziewczyny, którą kochałeś" Jojo Moyes oraz post jeszcze trochę walentynkowy, a tymczasem ja się z Wami żegnam.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



