wtorek, 10 października 2017

PSYCHOFANKA CZYTA BIOGRAFIĘ/"BENEDICT CUMBERBATCH. BIOGRAFIA" JUSTINA LEWISA

  Hej, hej, dziś przychodzę do Was z czymś nietypowym, niespotykanym, wyjątkowym(przynajmniej na moim blogu). Biografia, tego jeszcze nie było. Od pewnego czasu jestem ogromną fanką Benedicta Cumberbatcha, uważam go za ideał pod każdym możliwym względem. Na wstępie pozdrowię wszystkie Cumberbitches/Cumberbabes, które weszły w tą recenzję, bo wszystkie nas łączy miłość(miłość w sensie "miłość" nie miłość. Wiecie, o co mi chodzi) do jednego faceta.
  Normalnie dałabym w tym momencie opis fabuły, ale, że jest to biografia to go nie dam. Może wyjaśnię pokrótce, dla tych, którzy tego nie wiedzą(jak można tego nie wiedzieć?!), kim jest Benedict Cumberbatch. Jest aktorem teatralnym, filmowym. Największą sławę przyniosła mu chyba główna rola w "Sherlocku"(gdzie właśnie ja go poznałam<3), ale grał też w filmie "Gra tajemnic"(Jest wspaniały, polecam) o Alanie Turingu oraz niedawnej produkcji Marvela, czyli "Doctor Strange". Ubóstwiany przez tysiące kobiet, z cudowną osobowością, wyglądem i głosem. I jest naprawdę świetnym aktorem.
  Na początku obawiałam się, że ta książka będzie nudna. Z ciężkim sercem muszę przyznać, że Benedict to nie jest ktoś jak Steve Jobs albo Marilyn Monroe. To są naprawdę kultowe postaci i choćby nie wiem, jak dobrym aktorem by on był, jak pozytywną osobą i jak przystojnym mężczyzną to nadal pozostaje jedynie jednym z wielu aktorów. Jego droga do sławy przebiegała podobnie jak u innych tego typu osób.
  Na początku wydawało mi się, że moje obawy, że ta pozycja będzie nieinteresująca się spełnią. Musieliśmy przejść przez wszystkie szkoły, gdzie Benedict wiadomo, grywał w różnych przedstawieniach, ale były one tu przedstawione praktycznie w formie wymieniania ich wszystkich po kolei ze śladowym rozwinięciem, a to sprawiało, że czytało to się trochę jak listę wszystkich krajów Unii Europejskiej.
  Później jednak sytuacja się zmienia i o następnych rolach jest powiedziane już dużo więcej. W ogóle najbardziej podobały mi się rozdziały, gdzie była mowa tylko o jednej, bardzo znaczącej dla jego życia produkcji typu "Sherlock", czy "Koniec defilady".
  Od tego samego momentu zaczęłam bardzo szybko pochłaniać tą lekturę. Leciutko się to czytało, bez stresu, że nagle główny bohater zginie. Po prostu całkowity relaks.
  Rzeczą, która bardzo mnie zdziwiła było to, że nie było tutaj żadnych zdjęć. Przyszła do mnie ta książka, ja ją otwieram, przewracam kartki i z coraz większą desperacją szukam jakiś fotografii, a tu nic. Nie, moim zdaniem, biografia powinna mieć co parę stron dodany jakiś obrazek.
  Ogólnie, trochę się łudziłam, że może Benedict miał jakiś swój udział w pisaniu tej pozycji. Niestety, tak jak myślałam, moje przypuszczenia okazały się błędne. Na szczęście, są przytaczane tutaj dość często jego wypowiedzi, co dodaje całości takiego "Cumberbatchowego" charakteru. Poza tym, wszystko, co pochodzi od Benedicta jest dla każdej rzeczy jako wartość dodana.
  Generalnie, moim celem było dowiedzenie się jak najwięcej o tej niesamowitej osobie i faktycznie było tu opisanych sporo rzeczy, o których nie wiedziałam, ale też niektóre fragmenty wywiadów kojarzyłam i byłam wtedy z siebie taka dumna. Ta biografia też pozwoliła mi spojrzeć na Benedicta inaczej, zobaczyć, że nie zawsze jest taki słodki i milusi, jak w programach typu "The EllenShow"(który swoją drogą kocham<3). Potrafi dać jakiś cięty komentarz, ale to sprawiło, że zaczęłam na niego patrzeć bardziej jak na zwykłego człowieka, a nie jak na jakiś ideał zrzucony kobietom na Ziemi z niebios. Nie znaczy to, że w jakiś sposób przestałam go lubić, bo wciąż kocham go całym moim serduszkiem, a powiedziałabym nawet, że moja sympatia do niego wzrosła, bo mam takie: "Wow, on jest normalnym facetem z wadami, a mimo tego jest taki super".
  Podsumowując, jeśli jesteście jedną z Cumberbitches/Cumberbabes to przeczytajcie tą książkę, jeśli nie to możecie sobie darować, a ja się już z Wami żegnam razem z puszczającym oko Benedictem <3

sobota, 7 października 2017

PODSUMOWANIE WRZEŚNIA/2017

  Hej, hej, mam dobrą wiadomość, już miesiąc szkoły za nami, mam nadzieję, że u Was nie było jakoś bardzo źle. Damy radę, z każdym dniem jesteśmy coraz bliżej wakacji. Wydaje mi się, że mimo tego, że mam teraz zdecydowanie mniej wolnego czasu to moja czytelnicza sytuacja nie wygląda jakoś tragicznie, jeśli chodzi o jakość i ilość.
Liczba przeczytanych stron: 2331
Przeczytane książki: 5
1. "Małe życie"- Hanya Yanagihara
2. "Behawiorysta"- Remigiusz Mróz
3. "Zemsta"- Aleksander Fredro
Recenzji nie ma i nie będzie ;)
4. "Żniwiarz: Pusta noc"- Paulina Hendel
5. "To, co zostawiła"- Ellen Marie Wiseman
  Jak na mnie to w tym miesiącu przeczytałam strasznie dużo polskich powieści. To jest naprawdę niespotykane w moim przypadku. Wiadomo, już wpadła lekturka w postaci "Zemsty". Ja nawet nie będę tego komentować...Nie lubię pozycji pisanych wierszem, bo po prostu to mnie rozśmiesza, nie wiem, czemu. Szczególnie zapamiętałam fragment tego typu:
Osoba nr 1: (Coś mówi), mocium panie!
Osoba nr 2: Tu śniadanie!
Osoba nr 1: Ach, śniadanie!
Myślałam, że się zsikam ze śmiechu jak to czytałam. Dobra, ale już nie będę się dłużej pastwić nad tym tytułem, przejdźmy do kategorii.
Najlepsza książka miesiąca:
"Małe życie"- Hanya Yanagihara
  Wybór w tej sprawie był praktycznie oczywisty, bo mimo tego, że "To, co zostawiła" też mnie poruszyło to jednak "Małe życie" zrobiło to samo, ale na zdecydowanie większą skalę. Naprawdę ta powieść jest przerażająca, porusza tak wiele problemów i ciężkich tematów, że to jest aż niesamowite. Owszem, nie czyta się tego lekko, jest to coś bardziej "ambitnego", ale wciąga i naprawdę warto, bo dotyka takich strun w czytelniku i wywołuje takie emocje, że jesteśmy wręcz zamurowani podczas czytania. Poza tym, raczej na pewno będziecie płakać, a to moim zdaniem, jest najlepsza rekomendacja jaką mogę dać.
Najgorsza książka miesiąca:
"Behawiorysta"- Remigiusz Mróz
  Przykro mi to mówić, ale tak polska książka jest najgorszą książką miesiąca, a jeszcze nasze ojczyste pozycje dostaną Złotą Malinę w jeszcze innej kategorii. Tym bardziej jest mi smutno z tego powodu, bo "Behawiorysta" otworzył mój cykl "Krwawa jesień", w ramach którego czytam w miesiącu co najmniej jeden kryminał. Nie powiem, że ta powieść jest zła, ale jest taka nijaka, rozlazła, ślamazarna. Jak kisiel(P.S.Nie lubię kiślu). Niby coś tam się dzieje, ale sposób prowadzenia narracji jest tak obdarty z emocji, że tego po prostu nie da się z przyjemnością czytać. Jakby co, "Zemsty" tu nie zaliczam, bo tak jakby lektury to jest osobna kategoria i jak "Behawiorysta" ma zero punktów to "Zemsta" ma minus 10.
Najlepsza postać miesiąca:
Jude z "Małego życia"- Hanya Yanagihara
  Ta postać jest tak dokładnie stworzona i rozpisana, że ja naprawdę jestem pełna podziwu dla autorki. Może, jeśli chodzi o charakter to Jude nie jest jakiś super, ale wykreowanie to majstersztyk. Cała jego przeszłość jest opisana, każde jego postępowanie jest czymś uzasadnione. To jest tak skomplikowany bohater, że chyba jeszcze się nie spotkałam z innym, który by miał tak perfekcyjnie skonstruowaną psychikę.
Najgorsza postać miesiąca:
Caleb z "Małego życia"- Hanya Yanagihara
Magda ze "Żniwiarza: Pustej nocy"- Paulina Hendel
  We wrześniu dam dwie najgorsze postaci. Po co się ograniczać? Zacznę od Caleba, który po prostu mnie obrzydzał. Te rzeczy, które on robił w "Małym życiu" były naprawdę wstrząsające i aż naprawdę nie wiem, jak mam Wam opisać uczucia, które odczuwałam, gdy o nich czytałam. Mogę to określić jako połączenie przerażenia, strachu i takiego zniesmaczenia(lekko mówiąc). On mnie nie fascynował jak Lord Voldemort, on mnie nie denerwował jako Holly Holbrook ze "Służących". On zwyczajnie sprawiał, że przez jakieś pół godziny po odłożeniu książki nie mogłam się pozbierać i byłam delikatnie roztrzęsiona. Przejdźmy teraz do Magdy, bo tu problem jest zupełnie innej natury. Ona jest po prostu źle napisana. Najlepsza to w ogóle są momenty, gdy ona mówi do siebie i to brzmi tak nierealistycznie...Ja bardzo często wygłaszam monologi, gdy nikogo nie ma w pobliżu i zwykle to jest coś w stylu: "A teraz wstawię rosół do mikrofali, jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie, bo zaraz zjem rosół!", czyli tak jakby komentuje to, co robię, a u niej nie wiem, ale to brzmiało sztucznie. Jej charakter też jest taki średni. Nie zachwyciła mnie.
Najładniejsza okładka miesiąca:
  Bardzo prościutka, bez żadnych udziwnień, ale czasami prostota to klucz do sukcesu. Mogłabym się przyczepić, że oddanie klimatu Nowego Jorku w "Małym życiu" jest zbyt niewielkie by dawać zdjęcia tego miasta na okładkę, ale powiedzmy, że to wybaczę.
Najbrzydsza okładka miesiąca:
  Już mówiłam, lektury...Ta...






wtorek, 3 października 2017

SZPITAL PSYCHIATRYCZNY NA POCZĄTKU XX W./"TO, CO ZOSTAWIŁA" ELLEN MARIE WISEMAN

  Hej, hej, dziś przychodzę do Was z recenzją wyjątkowo mrocznej i ponurej książki, która wręcz idealnie pasuje do deszczowej, jesiennej aury, jaką mamy obecnie. Dzisiejszy wpis niestety, będzie bez mojego zdjęcia, bo od razu, jak skończyłam tą powieść to pożyczyłam ją mojej przyjaciółce, bo tak mi się spodobała.
  Rok 1929. Clara jest córką bogatego biznesmena, który chce ją dobrze wydać za mąż za mężczyznę, którego ona nie kocha. Jest natomiast zakochana we włoskim imigrancie, Bruno i to właśnie z nim chce wziąć ślub i założyć rodzinę. Gdy dziewczyna mówi to ojcu i wyraża swój sprzeciw on postanawia wysłać ją za karę do szpitala psychiatrycznego.
  Czasy współczesne. Izzy właśnie trafiła do nowej rodziny zastępczej. Jej biologiczna matka jest w więzieniu po tym, jak w szaleństwie zastrzeliła ojca nastolatki. Jej przybrani rodzice rozpoczynają projekt otwierania walizek przywiezionych przez pacjentów, nieczynnego już dziś, szpitala dla chorych umysłowo. Chcą dowiedzieć się, jak najwięcej o tym miejscu i historii tych ludzi. Pewnego razu, gdy Izzy im w tym pomaga trafia na walizkę Clary, a także jej dziennik, a opowieść tej pacjentki wstrząsa dziewczyną.
  Ta książką pochłonie Was od pierwszej strony, gwarantuję Wam to. Styl pisania autorki i ta cała historia ma w sobie coś takiego, że strasznie ciągnie do jej czytania i mimo tego, że jest to opowieść o dramatycznych wydarzeniach to zapoznawanie się z nią nie męczy i za to należy się ogromny plus.
  Ja bardzo lubię, gdy w danej pozycji pojawia się wątek historyczny i współczesny i do tego się one tak ładnie mieszają. W tym przypadku zdecydowanie bardziej byłam zainteresowana momentami z Clarą. Ogólnie, polubiłam ją bardziej od Izzy.
  Z tą drugą mam taki problem, że ona zrobiła na mnie złe pierwsze wrażenie, bo na pierwszy stronach była tak niezdecydowana, że ja nie mogę. Był tam sobie pewien chłopak, Ethan i Izzy nie wiedziała, czy pozwolić sobie na pielęgnowanie swoich uczuć do niego, czy starać się zrobić: "Nie, stop! Anuluj!". Swoją drogą, nie powiem Wam, czy moim zdaniem, ostatecznie zdecydowała dobrze, bo ten wątek był takim malutkim dodatkiem.
  Nie znaczy to, jednak, że losy Izzy są jakieś nudne, czy coś w tym stylu, bo ten wątek też mi się podobał tylko w porównaniu z genialnym wątkiem historycznym wypadł trochę gorzej. Ogólnie, ta dziewczyna jest nastolatką, więc chodzi do liceum. Pojawiają się przez to pewne stereotypy, typu wredna dziewczyna, ale to wszystko i tak ma w sobie większą głębię, ukryte dno. Nawet ta typowa podła laska nie jest taka jaka jest, bo tak jej się podoba tylko jest to w jakiś sposób uzasadnione.
  Przejdę teraz do części Clary, która absolutnie mnie zszokowała i czułam się wstrząśnięta czytając to. Szczerze, spodziewałam się trochę więcej o tym niby leczeniu, które się stosowało w tamtych czasach w szpitalach psychiatrycznych, ale może to i lepiej, że nie było tego tak wiele, bo czuję, że to mogłoby być za mocne na moje nerwy.
  Ta historia jest tak naprawdę o poświęceniu dla rodziny, walce i o tym, na jak okropne rzeczy mógł wtedy skazać córkę jej własny ojciec. To jest chyba w tym wszystkim najsmutniejsze. Po prostu okropność, dobrze, że te czasy już dawno minęły.
  Zakończenie "To, co zostawiła" było tak wzruszające, że ja nawet nie wiem, jakich słów mam użyć by to opisać. Nie chcę Wam zaspoilerować, więc powiem tylko tyle, że jest jeden wielki efekt "Wow", ogromne zaskoczenie, a później potok łez.
Jednym słowem- serdecznie Wam polecam "To, co zostawiła"!

niedziela, 1 października 2017

JAK ZNALEŹĆ CZAS NA CZYTANIE?/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI

  Hej, hej, poruszę dziś kwestię bardzo popularnego problemu, czyli jak znaleźć czas na czytanie. Chciałabym, żeby było jasne, jaki mniej więcej poziom czasu wolnego reprezentuję, więc powiem Wam, że chodzę do szkoły, którą zwykle kończę o 14 lub15, oprócz piątku i niedzieli codziennie mam zajęcia dodatkowe, a też nie jest tak, że sobie całkowicie olewam naukę, bo zawsze mam świadectwo z paskiem. Jak widzicie sporą część dnia mam zajętą, ale moje miesięczne wyniki przeczytanych powieści są zazwyczaj bardzo dobre, więc postanowiłam, że zdradzę Wam mój sekret.
  Po pierwsze i wydaje mi się, że najważniejsze polecam sobie zrobić taki mini plan dnia. Nie mówię, że to będzie dobre dla kobiet z dzieckiem, bo maluchy są nieprzewidywalne i raczej ciężko mieć z nimi coś zaplanowane. Ogólnie, wszystkie rady są raczej dla uczniów lub studentów. Z tym planem nie mówię o tym, żeby ustalić, np., że w godzinach od 15-17 robi się pracę domową, bo każdego dnia ma się różną ilość tych zadań, więc trzeba na nie poświęcić różną ilość czasu. Chodzi mi o to, żeby mieć ustaloną kolejność robienia kolejnych rzeczy. Ja osobiści preferuję sposób "obowiązek-przyjemność" i tak na zmianę aż do momentu aż wszystkie obowiązki nie zostaną ogarnięte. Wciśnijcie do tego planu czytanie jako przyjemność i czytajcie.
  Ja zazwyczaj z tą lekturą między obowiązkami mam tak, że robię sobie większy kubek herbaty, czy co tam lubicie i piję przez cały czas czytania. Zazwyczaj poświęcam czas książce aż do chwili, gdy opróżnię cały kubek. Uważam, że to jest bardzo dobry sposób, bo nie jest to ani za długo, ani za krótko.
  Gdy jedziesz gdzieś komunikacją miejską albo jako pasażer bierz ze sobą jakąś powieść. Niech książki będą, jak Twój telefon, nie ruszaj się bez nich z domu. Idziesz do lekarza? Weź jakiś tytuł i czytaj, gdy siedzisz w poczekalni. Normalnie, w takich sytuacjach marnowałbyś czas przeglądając facebooka, a tak to pożerasz kolejne strony. Nawet, jeśli już masz swój samochód i jedziesz w podróż dłuższą niż 5 min to możesz sobie puścić audiobooka, chociaż mi akurat one nie odpowiadają.
  Oczywiście, możecie też testować metody szybkiego czytania, ale ja nigdy ich nie używałam, bo uważam się za osobę, która raczej czyta sprawnie.
  Ostatni sposób jest dość ryzykowny, ale jeśli podejdziecie do niego z dystansem i bez spiny to powinno być ok. Mianowicie, chodzi mi o to, że możecie sobie ustalić średnią liczbę stron, jaką chcecie codziennie przeczytać. U mnie jest to 100 stron, raz się uda, a raz nie. Musicie z tym uważać, bo ja często się łapię na czymś takim: "O nie! Nie przeczytałam dziś 100 stron! Co się teraz stanie?!". Wiecie, wszystko na luzie, czytanie ma być formą relaksu, a nie wyścigiem.
  Dobra, to już wszystkie moje sposoby, mam nadzieję, że trochę Wam pomogą ustawić sobie jakoś czas tak, żeby mieć więcej chwil dla siebie ;)