niedziela, 24 września 2017

MITOLOGIA SŁOWIAŃSKA? TEGO JESZCZE NIE BYŁO!/"ŻNIWIARZ:PUSTA NOC" PAULINY HENDEL

  Hej, hej, ostatnio jakoś tak się złożyło, że przeczytałam pod rząd 3 książki, które zostały napisane przez polskich autorów, co jak dla mnie jest naprawdę dziwne, bo raczej preferuję literaturę obcą. Jak pewnie wiecie, może nie wiecie "Behawiorysta" mnie nie zachwycił, "Zemsty" nie recenzowałam, ale to zupełnie nie był mój klimat. Czy Paulina Hendel wraz z "Pustą nocą" uratowała honor polskich powieści? Czytajcie recenzję, a się przekonacie ;)
  Magda od zawsze widziała zjawy, upiory, całkowicie różniła się od swoich rówieśników. Jej wujek jest Żniwiarzem, czyli osobą, która ma za zadanie chronić ludzkość przed rozmaitymi potworami. Z czasem Magda uczestniczy w coraz dziwniejszych, nawet jak na jej życie, wydarzeniach, towarzyszy jej niepokój i przeczucie, że jakieś tajemnicze niebezpieczeństwo czyha na na nią i jej bliskich.
  Tą historię czyta się dość przyjemnie, choć bez większych emocji. Raczej nie dopada nas nuda, lecz już od początku wiemy, jaki będzie twist fabularny. I naprawdę nie trzeba być Sherlockiem Holmesem, żeby się tego domyślić. Autorka zbyt często i zbyt wprost sugeruje nam, że z pewną postacią jest coś nie tak. Moim zdaniem, zdecydowanie lepiej by było, gdyby w ogóle o tym nie wspominała, a jeśli już to dwa, albo trzy razy na przestrzeni wszystkich rozdziałów.
  Nie mogę jednak odmówić tej powieści, że ma swój wyczuwalny klimacik. Wiecie, cmentarze, potwory, krew, jesień i tak dalej. Bardzo doceniam to, że głównym wątkiem jest tu mitologia słowiańska, która bardzo rzadko jest wykorzystywana w literaturze, więc zastosowanie jej tutaj było dość oryginalnym posunięciem.
  Jedna rzecz trochę mi mimo wszystko nie pasuje. Wiadomo, nie jestem znawcą od słowiańskich wierzeń, aczkolwiek przeszkadzało mi tutaj, że nie mamy nic o bogach i bóstwach tylko ciągle takie: "Potwór tu, trochę inny potwór tam". Ja rozumiem, że ta mitologia obfituje w rozmaite upiory i zjawy, ale bez przesady, gdy wszystko jest potworem tylko każdy trochę się różni od innego to powiedzenie, że jest to oparte o mitologię słowiańską przestaje mieć jakikolwiek sens.
  Przejdźmy do postaci, Magda...Ta dziewczyna pozostaje dla mnie zagadką. Chociaż jednak nie, ona jak dla mnie, jest po prostu tępa. W ogóle "najlepsze" jest to jak gada sama do siebie. Boże, to brzmi tak sztucznie i nierealistycznie. Ogólnie, jak czyta się też niektóre dialogi to ma się takie: "Eeee, ludzie chyba tak nie rozmawiają". Ale wracając do Magdy. Był taki moment, gdy pewna dziewczyna wysłała do niej wiadomość informującą o pewnych strasznych rzeczach i gdy to pisała spieszyła się, więc tu zjadła literkę, tam nie dała "ą" tylko "a", wiecie, tego typu rzeczy. Ja czytam tego maila i takie: "A, ok, spoko, wiem, o co chodzi, teraz będzie akcja". Magda natomiast, tak nie pomyślała. Ona rozszyfrowywała tą wiadomość przez co najmniej jedną stronę. Ja byłam załamana jej poziomem domyślania się treści tego tekstu.
  Ogólnie, bohaterowie są dość prosto napisani, nie mają jakiejś wielkiej filozoficznej głębi, ale nie spodziewałam się jakiś bardzo rozbudowanych charakterów, więc nie przeszkadzało mi to.
  Podsumowując,"Pusta noc" ma wiele wad, ale raczej większość z nich nie przeszkadza w czytaniu. Jest to dość ciekawa historia, na jeden raz ok, pasuje do jesiennego klimatu, więc możecie ją przeczytać, nie zostaniecie przez nią mocno skrzywdzeni.

sobota, 23 września 2017

MOJE ULUBIONE POWIEŚCI JEDNOTOMOWE

  Hej, hej, parę miesięcy temu zrobiłam post o moich ulubionych seriach książkowych, a teraz nadszedł czas na powieści, które maja tylko jedną część. Będą to pozycje, które naprawdę mnie poruszyły, wywołały we mnie dużo emocji i mają w sobie to magiczne "coś". To są naprawdę niezwykłe historie i zaznaczam, że kolejność jest przypadkowa, bo wszystkie są w równym stopniu wyjątkowe.
1. "Rok 1984"- George Orwell
  Jestem przekonana, że każdy z Was kiedykolwiek słyszał o tej książce, ale i tak przytoczę pokrótce jej fabułę. Opowiada ona o kraju, w którym wszystko jest kontrolowane przez rząd jednak pewnego dnia pewien mężczyzna usiłuje wyłamać się z tego systemu przez pisanie dziennika. To jest historia, która naprawdę zmroziła mi krew w żyłach i wydaje mi się, że jest to jedna z najbardziej przerażających opowieści jakie kiedykolwiek przeczytałam. Straszy swoją realnością i naprawdę porusza coś w czytelniku. Czyta się to wszystko z zapartym tchem, a zakończenie po prostu całkowicie szokuje i zostawia z pewnym niepokojem. Bardzo mocna, ale polecam.
2. "Zielona mila"- Stephen King
  Kolejna legendarna pozycja. Od tej książki rozpoczęła się moja cała przygoda z blogiem, pierwsza recenzja dotyczyła właśnie jej. Mówi ona o więzieniu, a konkretnie o bloku E, gdzie skazańcy wyczekują na wykonanie kary śmierci. Pewnego dnia, pojawia się tam człowiek o smutnych oczach, oskarżony o morderstwo i gwałt dwóch małych dziewczynek. Z czasem okazuje się jednak, że ma on tajemniczą moc uzdrawiania. Ile ja się napłakałam na tej powieści...To jest aż nieprawdopodobne. Opowiada o miłości, cierpieniu i generalnie, życiu. Pan Dzwoneczek, który jest szczurem to najlepsza zwierzęca postać wszech czasów. "Zielona mila" jest naprawdę niesamowita. Wywołuje multum uczuć od radości przez wkurzenie do smutku. Naprawdę uważam, że każdy będzie umiał znaleźć coś dla siebie w tej historii.
3. "Papierowe miasta"- John Green
  Dwie pierwsze pozycje były strasznie mocne i poważne, więc teraz trochę spuścimy z tonu. Młodzieżówka, nie przeczę, że "Papierowe miasta" są młodzieżówką. Quentin mieszka obok pewnej tajemniczej dziewczyny, imieniem Margo, z którą kolegował się w dzieciństwie jednak z czasem ich kontakt się zepsuł. Pewnego wieczoru wchodzi ona przez okno do jego pokoju i zabiera go na misję, której celem jest odegranie się na jej wrogach. Następnego dnia dziewczyna znika i nikt nie wie, gdzie się znajduje. Największym plusem tej historii jest humor, w niektórych momentach myślałam, że się po prostu zsikam ze śmiechu. Mamy też tu, powiedzmy, taki trochę wątek kryminalny. Oczywiście, w dość sporym cudzysłowie, ale jest. Ta historia trzyma w takim lekkim napięciu, ale jest też bardzo przyjemna i ja Wam ją serdecznie polecam, nawet jak nie lubicie młodzieżówek.
4. "Duma i uprzedzenie"- Jane Austen
  Było nowocześnie, więc teraz czas na klasykę. "Duma i uprzedzenie", oczekiwałam po tej historii dużo, a jednocześnie mało, bo do klasyków miałam takie podejście: "Niektóre są ok, ale to mimo wszystko nie jest mój klimat". Zakochałam się w "Dumie i uprzedzeniu", tej opowieści o poszukiwaniu męża i zmienianiu się na lepsze dla tej ukochanej osoby. Nie mogę oczywiście, nie wspomnieć tu o fakcie, że pan Darcy to mój książkowy mąż i jest absolutnie cudowny. Ta opowieść ma swoje specyficzne cechy, bardzo często postacie są tak przerysowane, że aż karykaturalne, ale to sprawia, że się wyróżnia wśród tych milionów innych tytułów.
5. "Zanim się pojawiłeś"- Jojo Moyes
  Przedstawiam Wam książkę, która dołączyła na tą listę stosunkowo niedawno, ale moja miłość do niej jest bezgraniczna. Uwielbiam bohaterów tej książki, zwłaszcza Lou i Willa, są naprawdę cudowni. Ta historia sprawiała, że śmiałam się w głos, denerwowałam na rodzinę Lou tak bardzo, że aż miałam ciarki i, że zamieniałam się w fontannę. Ja kocham tą powieść i nienawidzę jednocześnie. Miałam po niej takiego kaca, że głowa mała. Przepiękna historia o miłości, chorobie, po prostu brakuje mi słów, żeby powiedzieć, jak bardzo jest genialna.
  To już wszystkie moje ulubione książki. Mamy już jesień, więc trzeba zadbać o jak najlepsze pozycje do czytania, więc pokazałam Wam kilka tytułów, które Was naprawdę pochłoną.

niedziela, 17 września 2017

"BEHAWIORYSTA" REMIGIUSZA MROZA#KRWAWAJESIEŃ

  Hej, hej, moje lenistwo sprawia, że dokonuje wielu dobrych decyzji w swoim życiu i tak stało się i tym razem. Od pół roku zbieram się, próbuje kupować i czytać kryminały, ale coś mi nie wychodzi, więc postanowiłam, że rozegram to inaczej. Przez całą jesień, czyli przez wrzesień, październik i listopad będę starała się przeczytać chociaż jeden kryminał miesięcznie(przy dobrych wiatrach dwa) . Pomyślałam, że jak oficjalnie ogłoszę to na blogu to nie ma przeproś, muszę zacząć je czytać. Oczywiście, liczą się tu również thrillery i inne rzeczy tego typu. Wszystko w ramach stworzonego przeze mnie cyklu #Krwawajesień, który może powtórzę za rok, zobaczymy. Ten cykl by nie powstał gdyby nie piosenka Taco Hemingwaya o takim samym tytule. Generalnie, polecam całą jego twórczość, bo jest przegenialna. Ale teraz już przejdźmy do omawianej książki, zaczniemy takim patriotycznym akcentem, polską pozycją od Remigiusza Mroza.
  W opolskim przedszkolu zjawia się zamachowiec i jako zakładników bierze dzieci oraz ich opiekunki. Nie ma żadnych żądań, a całą transmisja z akcji jest dostępna w internecie. Zwraca się do widzów z pytaniem kogo z wybranych przez siebie osób z placówki ma zabić, a kogo oszczędzić. Służby są bezsilne, więc proszą o pomoc byłego prokuratora, specjalistę od mowy ciała, by pomógł im ustalić, czego chce przestępca. W końcu udaje im się go aresztować, ale tego typu zamachy nadal trwają i są organizowane przez osobę, która jest identyczna jak ta, która siedzi w areszcie.
  Ja nie wiem, co ja mam Wam powiedzieć o tej powieści. Nie była zła, mogłaby być ciekawa, ale była po prostu nudna. Te wszystkie wydarzenia zostały nam podane z tak mdłą narracją, że we mnie to naprawdę nie wywoływało żadnych większych emocji.
  Poza tym, spodziewałam się czegoś kompletnie innego. Myślałam, że przez wszystkie strony ten zamachowiec będzie siedział w tym przedszkolu i dla mnie to by było ciekawsze, bo całe napięcie związane z tą jedną akcją by tak stopniowo narastało, a tak to on chodzi, morduje, okalecza, morduje, okalecza...Za pierwszym razem ok, za drugim spoko, ale jak ten motyw się ciągle przewija to mam już go dosyć.
  Trzeba jednak przyznać, że są tu rzeczy, które mimo wszystko się udały. Wydaje mi się, że Remigiusz Mróz musiał zrobić dość wnikliwy research, jeśli chodzi o mowę ciała. Chociaż nie wiem, nie znam się, może to wszystko, co tutaj jest powiedziane na ten temat to bzdury, ale na pierwszy rzut oka brzmi to raczej wiarygodnie.
  Przejdę teraz do drugiej rzeczy, która wyszła dobrze. Autor  przedstawił w "Behawioryście" taką ciekawą stronę ludzkiej natury. Mam na myśli to, że ludzie chcieli decydować o tym, kogo zabije zamachowiec i powiem Wam, że ja też miałam takie myśli, kogo ja bym wybrała i to akurat było trochę przerażające, ale był to interesujący aspekt w tej pozycji.
  Strasznie mnie denerwowało to, że główny bohater, czyli Gerard był stylizowany na Sherlocka, a przynajmniej ja odniosłam takie wrażenie. Jako, że jestem fanką Sherlocka to czuję się przez to obrażona, bo tylko on potrafi robić tak, że na ciebie patrzy i od razu wie, kim jesteś, więc Gerard nie może też mieć takich super mocy.
  Jak sami widzicie, Remigiusz Mróz nie podbił mojego serca. Czarny charakter niczym się nie wyróżnia, narracja jest straszliwie ślamazarna. Po prostu szkoda Waszego czasu na "Behawiorystę", bo nie ma w nim nic specjalnego.
  Zamiast czytać tą pozycję możecie obejrzeć film "Gra tajemnic" z Benedictem Cumberbatchem o rozwiązywaniu Enigmy. Naprawdę, nie spodziewałam się czegoś ambitnego, ale ta produkcja zdeptała mnie emocjonalnie.

wtorek, 12 września 2017

JEDNA Z NAJLEPSZYCH KSIĄŻEK TEGO ROKU/"MAŁE ŻYCIE" HANYA YANAGIHARA

  Hej, hej, na początku, by się wytłumaczyć, przepraszam, że tak długo nie było recenzji, po prostu tak wyszło. "Małe życie" ma aż 800 stron, a zaczęła się szkoła, więc jak uda mi się przeczytać 100 stron dziennie to i tak jest sukces. Poza tym, tamten tydzień był dość specyficzny, ale już nieważne, przechodzimy do recenzji.
  Po studiach czwórka przyjaciół z college'u, JB, Malcolm, Willem i Jude przeprowadzają się do wspólnego mieszkania w Nowym Jorku. Wszyscy ogromnie się od siebie różnią jednak najbardziej wyróżnia się Jude, który jest ogromnie tajemniczy i nigdy nie mówi o swojej przyszłości. Na przestrzeni lat ich losy rozchodzą się i schodzą przez ich złe nawyki i toksyczne znajomości.
  Czytacie opis fabuły i pewnie myślicie sobie, jeśli nie znacie tej powieści: "A, nic specjalnego, zwykła historia o życiu". Można powiedzieć, że tak jest, ale mnie niesamowicie fascynują książki, które rozgrywają się przez kilkanaście, kilkadziesiąt lat, tak jakby przez większość życia bohaterów. Głównie z tego względu tak bardzo podobało mi się: "Love, Rosie".
  Autentycznie, czasami czytając "Małe życie" wzruszałam się przez to, co się aktualnie tam działo, ale przez to, że łapała mnie taka nostalgia przez to, że uświadamiałam sobie, ile te postacie mają lat, jak szybko to zleciało i naprawdę, w prawdziwym życiu też miewam takie momenty, kiedy myślę sobie, jak to szybko leci.
  Styl pisania autorki jest dość specyficzny, chociaż nie do końca. Jest taki zwyczajny, nieprzykuwający uwagi, ale jak czasami Yanagihara zarzuci jakim tekstem to aż trzeba go gdzieś zapisać, bo jest tak mądry, a jednocześnie tak prosty. To mi się strasznie podobało, bo bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy powieść jest napisana tak, żeby wcisnąć tam jak najwięcej "głębokich" cytatów (Na przykład, "Mały Książę", przepraszam, ale nienawidzę tej książki.), ale gdy czytelnikowi, co jakiś czas są rzucane takie smaczki to mi to jak najbardziej pasuje. Dam Wam takie dwie sentencje, które sobie zapisałam mimo, że zazwyczaj nie mam zwyczaju ich notować, ale te były jakieś takie inne, wyjątkowe.

W gruncie rzeczy nikt nie chcieli słuchać cudzych historii; chcieli tylko opowiadać swoje własne.
str.109
To ta dziwna osoba(...), która naśladowała gesty i postawy dorosłości kompletnie ich nie rozumiejąc.
str.202
  Natomiast tym, co nie podoba mi się kompozycji tej pozycji są straszliwie długie rozdziały. Niektóre mają nawet po 80 stron! To mi przeszkadzało, bo nie do końca wiedziałam na początku, jak dawkować sobie czytanie. Mówię Wam, jeśli kiedyś coś napiszecie to róbcie rozdziały po 10 stron,  dla mnie są idealne.
  Jak tak jesteśmy przy wadach to powiem jeszcze o tym, czego się spodziewałam dowiadując się, że akcja rozgrywa się w Nowym Jorku. Zwłaszcza okładka sugerowała, że będzie to dość istotne, a tu klops. Nie ma zbytnio oddanej tu atmosfery tego miasta, a gdy już umieszcza się fabułę w tak kultowym miejscu należałoby o to zadbać.
  Przejdźmy do postaci. Są one bardzo szczegółowe, rozpisanie Jude'a to w ogóle jest cud, miód i malinka, ale nawet bohaterowie poboczni nie są jacyś tacy ogołoceni ze swojej przeszłości, a to jest zawsze na plus. Jesteśmy w stanie uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę, bo są bardzo ludzcy. Jeszcze wrócę do Jude'a, ale muszę powiedzieć, że jest to chyba postać z najbardziej rozbudowaną psychiką, jaką do tej pory poznałam w literaturze. Może przeoczyłam jakiś tytuł, w którym była jeszcze lepiej wykreowana osobowość, ale to bez znaczenia. i tak kreacja tego mężczyzny jest genialna.
  Caleb, który nie zdradzę Wam kim jest, żeby nie spoilerować to ktoś, kto zapoznał mnie z nowym uczuciem, jeśli chodzi o książki. Wiecie, pewnie, że od czasu do czasu każdy lubi jakiś czarny charakter, bo jest fascynujący, czy coś w tym stylu. Też mam swoje perełki w tym zakresie, ale to, co robi Caleb. To nie jest Lord Voldemort to, co się tu dzieje może się zdarzyć naprawdę, nawet w tym momencie, kiedy to czytacie. To mnie zmroziło i poczułam wręcz takie obrzydzenie jego postępowaniem. Było jeszcze parę innych postaci, które doprowadzały mnie do takiego stanu, ale on jakoś szczególnie wrył się w moją psychikę. Czytając te fragmenty byłam zamurowana i naprawdę przerażona.
  Teraz tak płynnie przeszliśmy do największej zalety "Małego życia", a są to trudne tematy jakimi się ono zajmuje. Mamy ich tu tak wiele, od tego, jak czują się osoby niepełnosprawne i samookaleczania się do pedofilii i toksycznych związków. Ta pozycja nie ma gotowego rozwiązania na te wszystkie problemy, które mogłabym jeszcze tu wymieniać, ale prezentuje je w taki sposób, że to naprawdę porusza i myśl, że ktoś mógł coś takiego przeżyć towarzyszy bezustannie podczas czytania.
  Podsumowując, polecam Wam ogromnie tą powieść, chociaż moim zdaniem, pokazuje tak wielkie ludzkie okrucieństwo, że myślę, że lepsza będzie dla osób od pierwszej gimnazjum wzwyż(lub 7.klasy, whatever). Naprawdę, mimo tego, że ma 800 stron to jest warta tak dużej ilości czasu, który trzeba na nią poświęcić, bo wciąga i porusza do głębi.