Wielkie Płaszcze jest to stowarzyszenie utworzone przez króla Paelisa. Ich zadaniem było chronienie króla, ale głównie mieli głosić królewskie prawa, uczciwie sądzić poddanych oraz walczyć o sprawiedliwość i wolność. Paelis nie żyje, został zamordowany. Reputacja Wielkich Płaszczy wśród społeczeństwa drastycznie się pogarsza. Falcio, Kest i Brasti, którzy kiedyś do nich należeli w poszukiwaniu zarobku zatrudniają się u hrabiego Tremondiego jako jego strażnicy. On także zostaje zabity, a ta trójka zostaje oskarżona o morderstwo. Muszą uciekać, a każdy kolejny dzień jest dla nich walką o przetrwanie. Jednocześnie nadal próbują być wierni swoim ideałom i wypełnić zadanie dane im przez zmarłego władcę.
Ogólnie, zawsze, gdy przybliżałam komuś zarys fabuły tej powieści (bo oczywiście opowiadałam o niej każdemu, kto się nawinął) wszyscy zaczynali się śmiać. Padały teksty w stylu: "Coś im kiepsko wychodzi to chronienie kogokolwiek" itd. Przyznaję jednak, że gdy oglądałam filmiki, w których ktoś mówił właśnie o tej pozycji też zdarzało mi się lekko podśmiewać pod nosem :D
Mi tą książkę bardzo lekko i szybko się czytało, w ogóle nie byłam zmęczona stylem pisania autora. Nie chciałam sobie robić żadnych przerw między kolejnymi rozdziałami, bo nie czułam takie potrzeby. Są one bardzo krótkie, a to, co się w nich dzieje naprawdę wciąga.
Gdy zaczęłam czytać "Ostrze zdrajcy" i byłam na dosłownie pierwszym rozdziale poczułam coś. To było bardzo dziwne uczucie...To było przeczucie, że w tej książce znajdę męża. Nie pomyliłam się i odnalazłam go. Moja relacja z Brastim dopiero się zaczyna, ale to na pewno przerodzi się w coś dużego.
Teraz sobie uświadomiłam, że w tej pozycji nie ma postaci "po jasnej stronie Mocy", która by mnie irytowała. Jest to bardzo miłe, ze strony autora, że nie dał tu kogoś pokroju Clary z "Darów Anioła"*.
Nasza trójka głównych bohaterów to są bardzo poczciwe, wesołe chłopaki. Teraz jak czytam to zdanie w głowie to głupio to brzmi, ale oni po prostu tacy są, nic na to nie poradzę. Bardzo ich lubię, ta ich odwaga nie jest jakaś wymuszona, nie ma się wrażenia, że oni są szlachetni na siłę. Wszystko jest takie bardzo szczere.
Z nich wszystkich Brasti jest oczywiście moim numerem jeden. Z Falciem mogłabym się przyjaźnić, natomiast Kest mi trochę nie podpasował, bo on nigdy nie żartuje i wydaje się być takim smutnym człowiekiem. Ja rozumiem, że on dużo przeżył, ale Falcio chyba przeżył jeszcze więcej i taki nie jest.
Wobec "Ostrza zdrajcy" miałam bardzo duże wymagania, bo nasłuchałam się wielu pozytywnych opinii. Oceniam tą książkę jako kawał dobrej rozrywki, ale na kolana mnie nie powaliła tak jak myślałam, że to zrobi. Wiem jednak, że mnie jest strasznie trudno przekonać w 100% do jakiejś serii już pierwszym tomem. W tym przypadku czuję niedosyt.
Mam jednak wrażenie, że Sebastien de Castell jeszcze konkretnie namiesza w świecie fantastyki i, że za kilka lat może być jednym z czołowych autorów tego gatunku. Ja tymczasem czekam z niecierpliwością na kolejne części. Mam nadzieję, że dadzą mi one to, czego zabrakło mi w pierwszym tomie.
*Przepraszam, jeśli ktoś lubi Clary :)



