niedziela, 28 stycznia 2018

TEA BOOK TAG

 Hejka, hejka, słuchajcie od października nie było u mnie żadnego tagu. Tak nie może być! Postanowiłam wykorzystać to, że jesteśmy w środku zimy, czyli okresu, w którym najwięcej się czyta i pije herbaty. Ja osobiście jestem wielką fanką tego napoju, mogłabym go pić bez przerwy, więc stwierdziłam, że Tea Book Tag jest dla mnie wręcz idealny.
1. Czarna herbata, czyli mój ulubiony klasyk
  Musicie wiedzieć, że herbata czarna jest jedyną, jaką pijam i żadna inna mi nie smakuje tak bardzo, jak ta. Moim ulubionym klasykiem jest "Duma i uprzedzenie", o czym już nie raz mówiłam. Kiedyś był to "Wielki Gatsby", ale teraz powieść Jane Austen wygrywa w tym starciu. Dla mnie "Duma i uprzedzenie" to coś absolutnie niezwykłego i wyjątkowego. Zachwyca mnie tam fabuła, postacie, cała teatralność tego wszystkiego. Po prostu dla mnie to jest cudo.
2. Zielona herbata, czyli książka tak nudna, że przy jej czytaniu zasnęłam
  Przeczytałam w swoim życiu wiele nudnych powieści, ale żadna nie sprawiła, że zasnęłam. Mogę jednak powiedzieć, że byłam bardzo tego bliska przy czytaniu "Królowej cieni". Strasznie się męczyłam przy czytaniu tej pozycji zwłaszcza, że jest ona dość długa. Po prostu wciąż ziewałam i ziewałam...
3. Czerwona herbata pu-ehr, czyli książka, w której bohaterowie ciągle się przemieszczają
  Zacznę od tego, że ani razu się słyszałam o takiej herbacie, także wychodzi jak ogromnym znawcą tematu jestem :D Postanowiłam dać tutaj absolutny klasyk, czyli pierwszy tom serii "Percy Jackson i bogowie olimpijscy". Ta książka jest w zasadzie opisem drogi, którą muszą odbyć bohaterowie, aby zdobyć takie magiczne perły, jeśli dobrze pamiętam, które pozwolą im wejść do Hadesu.
4. Herbata oolong, czyli książka, której się poświęca zbyt mało uwagi
  "Dziewczyna, którą kochałeś" jest książką napisaną przez Jojo Moyes, czyli bardzo popularną autorkę. Sama historia jest absolutnie świetna, więc można się pytać: "Czemu w takim razie ta powieść nie jest jakaś bardzo znana?". Moim zdaniem, jest to sprawka  pozycji"Zanim się pojawiłeś", którą swoją drogą też bardzo kocham. Wydaje mi się, że sława tej książki działa na niekorzyść innym tytułom tej autorki.
5. Biała herbata, czyli książka niezasłużenie popularna
  Mam nadzieję, że mi to wybaczycie, ale dla mnie taką książką jest "Złodziejka książek". Pomysł jest super i ta pozycja ma ogromny potencjał, ale jakoś styl autora nie sprawił, że byłam całkowicie wciągnięta w tą historię. Wcześniej nasłuchałam się o niej samych ultra pozytywnych opinii, więc bardzo mnie zdziwiło to, że dla mnie ta powieść jest taka 6,5/10.
6. Herbata yerba mate, czyli książka, przy które trzeba przebrnąć przez pierwsze rozdziały, aby akcja się rozwinęła
  Do tej kategorii idealnie pasuje "Małe życie" Hanya Yanagihara. Według mnie tak z 1/4 książki to jest taki wyjątkowo długi wstęp do bardziej konkretnej akcji. Myślę, że to dlatego, że autorka chciała żeby czytelnik poznawał bohaterów tak samo, jak osoby w prawdziwym życiu. Na początku relacji widzimy tylko to, co dany człowiek chce pokazać na pierwszy rzut oka, a dopiero potem odkrywamy ciemniejsze strony jego życia i charakteru.
7. Herbata ziołowa, czyli książka, którą czytano mi na dobranoc, gdy byłam mała
  Mi czytano dużo książek przed pójściem spać, ale ja też dość szybko nauczyłam się czytać, więc powieści, które mi czytano były raczej takie typowo dla przedszkolaków, ale raz moi rodzice postanowili rzucić mnie na głęboką wodę i zapoznać z "Harrym Potterem"! Jak dla sześcioletniego słuchacza to jest to dość ostra lektura. Nie zrozumiałam z niej wtedy wiele, ale bardzo miło ją wspominałam, a po jakimś czasie przeczytałam ją sama w wieku 11 lat.
8. Herbata owocowa, czyli moja ulubiona lekka książka
    Taką książką są dla mnie zdecydowanie "Papierowe miasta" Johna Greena. Czytałam ją, co prawda tylko raz i muszę ją odświeżyć, żeby zobaczyć, czy będzie mi się wciąż podobała tak samo. To jest chyba pozycja, podczas której czytania najbardziej się śmiałam. Naprawdę, humor, który tam jest tak mi odpowiada, że czasami płakałam ze śmiechu.
9. Ice tea, czyli książka, która zmroziła mi krew w żyłach
  Dam tutaj najbardziej przerażającą powieść, jaką kiedykolwiek przeczytałam, a jest to "Rok 1984". Dla mnie wszystkie historie o duchach, zjawach i seryjnych mordercach razem wzięte nie wstrząsają i szokują tak mocno jak ten absolutny już klasyk. To coś się tam działo sprawiało, że była wręcz sparaliżowana strachem.
  Dobra, to już koniec tego tagu. Mam nadzieję, że Wam się podobało. Zapraszam do obserwowania tego bloga ;)

czwartek, 25 stycznia 2018

WIELKI FINAŁ W PIĘCIU SŁOWACH/"NIEZŁOMNI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, słuchajcie, mam już za sobą całą serię "Wybrani". Ta przygoda z tymi książkami zajęła mi około miesiąca. Niektóre tomy były lepsze, niektóre gorsze, ale dzisiaj w końcu się wypowiem finalnie o tym cyklu i o tym, jak go oceniam.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH TOMÓW
  Po całkowitej porażce na negocjacjach z Nathanielem w Londynie Carter zostaje porwany. Wszyscy w Akademii Cimmeria pracują nad planem jego odbicia. Allie musi sobie poradzić bez wsparcia chłopaka ze śmiercią Lucindy, zerwaniem z Sylvianem oraz z sekretami, które mają przed nią jej zaufani przyjaciele.
  Mi osobiście "Niezłomni" bardzo przypominali piąty tom "Darów Anioła", czyli "Miasto zagubionych dusz". Cała fabuła skupia się na ratowaniu bohatera, który dość średnio mnie obchodzi. Dla mnie Carter jest nijaki i nie darzę go jakimś szczególnym uczuciem. W ogóle według mnie, bardzo złym posunięciem jest to, że uwaga czytelnika nie jest zwrócona ku jakiejś takiej konkretnej wojnie z Nathanielem tylko takim podchodom.
  Mi tu brakuje takiej wielkiej, ostatecznej bitwy. Rozumiem, że to nie jest "Harry Potter" i że ten konflikt jest w środowisku takich ludzi biznesu, którzy nie będą spotykać się na jakiejś polanie, żeby się pojedynkować, ale można by tu zrobić jakąś akcję w stylu podłożenia bomby do Cimmerii i takiego napadu na tą szkołę.
  Dla mnie finał "Niezłomnych" to jest po prostu jakiś żart. Mówię o tej akcji z odbijaniem Cartera. Czekamy na to przez większość książki i to jest tak, że generalnie jest ogłoszone to, że tam "ci dobrzy" weszli do budynku no i dosłownie nie mija połowa strony i już jest koniec całej operacji. Ja się wtedy po prostu załamałam. Moim zdaniem, autorka powinna w tym momencie opuścić Allie, która w zasadzie nie robi kompletnie nic poza użalaniem się nad sobą i opisać to, gdzie faktycznie się coś dzieje. Zdecydowanie mogłaby tak zrobić, zwłaszcza, że narracja w tej powieści nie jest pierwszoosobowa.
  Jedyną rzeczą, która C.J. Daugherty mnie zaskoczyła to wątek związany z Rachel. Dla mnie to był kompletny szok i bardzo się wtedy identyfikowałam z Allie, bo ona uważała się za idiotkę, bo niczego nie podejrzewała i ja myślałam wtedy o sobie dokładnie tak samo.
  Dobra, nadszedł czas, żeby ogólnie ocenić sagę "Wybrani". Na pewno nie przeczytam jej drugi raz, to nawet nie podlega wątpliwościom. Powiem Wam, że nie polecam tej historii. Nie przywiązałam się jakoś szczególnie do bohaterów, co jest dla mnie szalenie ważne, bo od tego zależy, jak duże emocje odczuwam. Fabuła też nie była jakaś szczególnie porywająca mimo, że trochę próbowałam się oszukać, że jest ciekawa. Poza tym, są tu schematy typowej młodzieżówki wiecie, trójkąty miłosne, irytująca bohaterka, która ratuje świat itd. "Wybrani" zdecydowanie mnie nie zachwycili.

niedziela, 21 stycznia 2018

KSIĄŻKI, KTÓRE SĄ NICZYM ODGRZEWANE KOTLETY/ŚWIAT WEDŁUG KSIĄŻKOHOLICZKI

  Hej, hej, słuchajcie dzisiejszy post jest niespodzianką zarówno dla mnie jak i dla Was. Podobnie było w zeszłym tygodniu z recenzją "The End of the F***ing World". Miałam robić tag, ale stwierdziłam, że tag nie zając, nie ucieknie, a przypomniało mi się, że bardzo długo nie było żadnego postu ze "Świata według książkoholiczki". Dziś będzie o takich wciąż powtarzających się w różnych powieściach schematach, a mam tu na myśli głównie historie dla młodzieży. Zainspirowała mnie do tego seria "Wybrani", która nie jest zła, ale ma w sobie mnóstwo cech takiej typowej młodzieżówki.
  Zacznijmy od klasyka klasyków, czyli trójkątów miłosnych. Ja się chyba ostatnio ekscytowałam czymś takim jak czytałam "Selekcję" i "Igrzyska Śmierci" tylko, że za pierwszym razem. Było to jakieś 2, 3 lata temu. W tym czasie przeczytałam jeszcze co najmniej 5 innych serii, w których były trójkąty miłosne. Już zupełnie mnie one nie ruszały, możliwe, że jest to spowodowane tym, że "te opcje" do wybrania przez główną bohaterkę nie były jakieś super. Myślę jednak, że nawet gdybym darzyła bohaterów jakimś silnym uczuciem to taki zabieg by mnie nie emocjonował.
  Dla mnie takie zastosowanie czegoś takiego ma same wady. Główna postać, która nie może się zdecydować między dwoma chłopakami, czy dziewczynami po jakimś czasie staje się ultra irytująca. Jeszcze pół biedy, jeśli ona te swoje rozważania przeprowadza tylko w swojej głowie, a tak to jest singielką/singlem, ale jeśli ona ciągle wchodzi w związek z inną osobą i zmienia je jak rękawiczki to ja odpadam.
  Niezwykle szanuje pozycje młodzieżowe, w których nie ma trójkątów miłosnych, mają dla mnie zdecydowanie większą wartość. Oznacza to, że ich autorzy nie idą na łatwiznę za pomocą sprawdzonych chwytów, które wiadomo, że zyskują duże zainteresowanie.
  Jestem zmęczona również tym, że główny bohater/bohaterka bardzo często nagle znajduje się w centrum ogromnego zainteresowania. Nie mówię, że dla czytelnika, bo to jest raczej oczywiste, ale dla całego społeczeństwa występującego w danej historii. Nazywam to "Syndrom ratowania świata". Postać z całkowicie nieznaczącej dla swojego kraju, świata, whatever nagle staje się najważniejsza i od niej zależy wszystko. Rozumiem, że pisanie o życiu takiego zwykłego, nudnego człowieka byłoby trochę bez sensu, ale załóżmy, że dana bohaterka postanawia wstąpić do ruchu oporu, czy czegoś w tym stylu. Autorzy bardzo często stwierdzają: "Nie, ona nie może być zwykłym partyzantem, zróbmy ją generałem. Albo nie! marszałkiem od razu i jeszcze niech będzie twarzą całej rebelii". To jest takie typowe od zera do bohatera, czyli coś co zdarza się w prawdziwym świecie strasznie rzadko, a w tytułach dla młodzieży praktycznie ciągle.
  Dobra, słuchajcie, posłuchaliście troszkę mojego narzekania, ale już daję Wam spokój. Oj, stęskniłam się za tą serią i jestem przekonana, że teraz posty z niej będą się pojawiać zdecydowanie częściej.

piątek, 19 stycznia 2018

NIEZDECYDOWANIE ALLIE JUŻ MNIE DOBIJA/"ZBUNTOWANI" C.J. DAUGHERTY

  Hej, hej, słuchajcie za mną jest już przedostatni tom sagi "Wybrani" i powiem Wam, że chociaż ta część nie była zachwycająca to jest bardzo dobrą furtką dla wielkiego finału.
RECENZJA MOŻE ZAWIERAĆ SPOILERY DOTYCZĄCE POPRZEDNICH TOMÓW
  W Akademii Cimmeria została zaledwie garstka uczniów. Treningi Nocnej Szkoły są coraz bardziej intensywne, Allie szykuje się na wielkie negocjacje z Nathanielem, na które ma pojechać razem z Lucindą. Wszystko się jednak zmienia, gdy wszyscy odkrywają, kto był długo poszukiwanym szpiegiem.
  Wydaje mi się, że "Zbuntowani" to taka kolejna cisza przed burzą, ale jednak nie jest ona aż tak tragiczna jak w "Dziedzictwie". Nawet się wciągnęłam w tą historię i śledziłam ją z dość sporym zainteresowaniem. Dobrze się czytało o tych różnych przygotowaniach do ostatecznej walki z Nathenielem.
  Umówmy się, to, kto okazał się szpiegiem nie było dla mnie jakąś olbrzymią zagadką. Spodziewałam się tego praktycznie od momentu, w którym została wytypowana taka trójka głównych podejrzanych. Jeszcze w "Zagrożonych" miałam pewne wątpliwości, ale jak ich skończyłam to sprawa była już dla mnie oczywista. Moim zdaniem, autorka za bardzo przesłodziła tą postać, która była szpiegiem przez co zdecydowanie była ona dość podejrzana.
  Bardzo mi się zaczęła podobać osoba Nathaniela. Naprawdę, podczas tych wielkich negocjacji zauważyłam u niego takie typowe cechy czarnego charakteru psychopaty, który już w sumie się pogubił w tym, co robi.
  Allie mnie w tym tomie po prostu załamała. Myślałam, że ją uduszę. Przez całą powieść myślę: "Dobra, ogarnęła się, zdecydowała się na pana A" po czym na sam koniec Allie mówi: "Też cię kocham, panie B". Po prostu ręce opadają, a najlepsze jest to, że główna bohaterka argumentuje swoją zmianę zdanie tym, że zawsze kochała pana B i nie decyduje się w końcu na pana A z tych samych powodów, które sprawiły, że wcześniej nie zdecydowała się na pana B.
  Dzisiaj taka króciutka recenzja, bo tak jak mówię w tym tomie nie działo się jakoś bardzo dużo, przez co średnio mam, o czym pisać. Mam nadzieję, że w "Niezłomnych" ta sytuacja się zmieni i będę musiała pisać godzinę zanim wymienię wszystkie rzeczy, która w różnych sposób mnie poruszyły lub zastanowiły.